Moja radość w wierze

   Nie spotkałam obrazu Chrystusa radosnego, zawsze Jego oblicze jest poważne, czasem wręcz groźne. 

   Buntuję się, że najlepszy sposób do dojścia do uświęcania się i rozumienia więcej - to cierpienie; znacznie rzadziej – piękno.


Te dwa cytaty wyrażają coś, co ja sam i wiele osób z którymi się spotykam, odczuwamy w naszej religii. Dlaczego tak jest? Przecież dwa nasze największe święta mają w swych liturgiach Gloria, i Alleluja. Samą radość. W dniu Bożego Narodzenia Aniołowie śpiewają “Zwiastuję wam radość wielką, dziś narodził się nam Zbawiciel, którym jest Jezus Chrystus”.  A w Niedzielę Zmartwychwstania zaczynamy liturgię orędziem: „Weselcie się już, zastępy Aniołów w niebie: weselcie się, słudzy Boga. Niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo. Raduj, się ziemio.

Myślę że ten smętek snujący się przez nasz sposób przeżywania religii ma kilka źródeł, zarówno historycznych ogólno-chrześcijańskich, jak też historycznych specyficznie polskich.
    
Te ogólno-chrześcijańskie to pamięć o męczennikach, wpływ ascezy Ojców Pustyni, widzenie Krzyża jedynie jako symbolu męki, przy odsunięciu na drugi plan, lub w ogóle nie dostrzeganiu, jego symboliki zwycięstwa.

Te specyficznie polskie mają niewątpliwie związek z licznymi bolesnymi doświadczeniami naszej narodowej historii, w której na plan pierwszy wysuwają się rozbiory, powstania, niewola, doświadczenie dwóch wojen i ostatniego okresu powojennego. Te okresy pobudzały powstanie rozlicznych form modlitewnych apelujących do Boga o wsparcie i pomoc. Było to wołanie z głębi bezradności, z głębi przygnębienia. Siłą rzeczy było więc dalekie od radości. To się w nas utrwaliło. Uczęszczając na Msze do kościołów anglojęzycznych zwróciliśmy z żoną uwagę na zupełnie inną tonację śpiewów. Większość melodii towarzyszących liturgii Mszy Świętej jest w nastroju pogodnym, lub nawet radosnym, podczas gdy w podobnych momentach w kościołach polskich melodyka jest melancholijno-smutna, czasem wręcz zawodząca. Daleki jestem w tej chwili od tego że „cudze chwalicie swego nie znacie”, jest to jednak w moim przekonaniu też jednym z składników naszego odczucia religii smutnej.

Wracając raz jeszcze do Ewangelii znowu coś dostrzegam. Otóż dość dobrze zwracamy uwagę i trzymamy w pamięci zalecenie Jezusa przekazane nam przez Mateusza: Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie. Nakładać na siebie jarzmo to dość przygnębiająca perspektywa. Ale to właśnie ten fragment naogół pamiętamy. Natomiast umyka naszej uwadze i pamięci dalszy ciąg tej samej wypowiedzi, jej pozytywny aspekt:  a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.  Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Na koniec tych myśli jeszcze coś od „fachowca”: ks. Mieczysław Łusiak SJ na stronie DEON.PL, w notce pt. Wybierajmy radość, a nie wesołośćpisze:

Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: "Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: «Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie»? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość".

I rzeczywiście tak się stało: kiedy uczniowie płakali z powodu śmierci Jezusa, ci którzy Go zabili weselili się z odniesionego sukcesu. Wkrótce jednak smutek uczniów zamienił się w radość, której podstawą było zmartwychwstanie Jezusa.

Ten świat może spowodować tylko to, że człowiek się weseli, to znaczy wpada w chwilowy nastrój, którego domeną jest ulotne uczucie zadowolenia i satysfakcji. Jezus natomiast daje nam coś, co jest prawdziwą radością. Prawdziwą, bo nieprzemijającą i niebędącą zwykłym zadowoleniem i satysfakcją. Jezus daje radość, która jest trwałym stanem istnienia. Jeżeli nie doświadczamy nieprzemijalności Chrystusowej radości, to tylko dlatego, że zostawiamy Jezusa, a zwracamy się ku światu.>

Te wszystkie tutaj myśli i argumenty wyjaśniają mi sprawę na poziomie rozumowym, ale gdzieś w głębi siebie nadal czuję niedosyt takiej zwykłej, prostej radości płynącej z wiary, radości, którą mógłbym jeszcze zarazić innych. Czuję potrzebę wiary, czuję jaką siłę ona daje w codziennym życiu, gdy się dobrze wsłucham w moją codzienność, to widzę w niej stale Bożą obecność, ale wciąż moja radość z tego płynąca jest taka bardziej eschatologiczna niż osadzona w doczesności. Nie taka jak np. św. Franciszka. Chyba poproszę Go o pomoc. Jest patronem mego ś.p. Ojca, a i moim opiekunem z bierzmowania, może zechce mi pomóc.

ps.      
do sprawy radości w wierze chyba jeszcze wrócę, bo nasuwa mi się inne spojrzenie, mniej filozoficzne, bardziej przyziemne

JuR      listopad 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi