Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół świętości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół świętości. Pokaż wszystkie posty

Parę Myśli o Chrześcijaństwie; co to znaczy, że jestem Chrześcijaninem

pogadanka na majowym Wieczorze w Wierze Polonii North:   

Chcę się dziś podzielić moim spojrzeniem na chrześcijaństwo i moją w nim obecność. Co to właściwie znaczy, być chrześcijaninem? Co z tego wynika i jak się stało, że ja nim jestem?

Co to znaczy być chrześcijaninem

Co to właściwie znaczy ‘być chrześcijaninem’ i co z tego wynika? Myślę, że są to dwa nakładające się na siebie aspekty życia: wiara, że Chrystus jest Synem Bożym, współistotnym z Bogiem Ojcem, i wierząc w to, czuć się zobowiązanym do postępowania zgodnego z Jego nauczaniem. Ten pierwszy aspekt, mianowicie wiara, wiara w istnienie Boga, często budzi wątpliwości, chyba wszyscy tego doświadczamy. Wobec coraz nowych osiągnieć nauki natarczywie pojawia się pytanie które w skrócie można opisać jako „czy wiara i nauka dadzą się pogodzić?”
To zagadnienie jest tematem wielu spotkań i dyskusji autorytetów z różnych dziedzin. Dla laika, jakim ja jestem, dociera z tego jeden wniosek, mianowicie taki, że nauka potrafi coraz dokładniej odpowiedzieć na pytanie jak świat i wszechświat działa, jakie są prawidła rządzące tym działaniem, natomiast jest bezradna w kwestii skąd się to wzięło i dlaczego, kto te prawidła ustanowił? Tutaj do głosu dochodzi wiara. Ale to są problemy nazwijmy to z najwyższej półki. Tutaj warto wspomnieć, że wątpliwość wcale nie jest przeciwieństwem wiary. Przeciwieństwem wiary jest wiedza, a tej, w kwestii istnienia czy nie istnienia Boga, w naszym, ludzkim pojęciu, nie ma żadna z tych dwóch stron. Nawet Jego zaprzeczenie jest oparte na wierze, że Go nie ma, a nie na twardym, naukowym dowodzie.

Dla nas, zwykłych wierzących, również niemałe problemy wyłaniają się w kontekście tego drugiego aspektu, mianowicie życia zgodnego z wiarą. Stale natrafiamy na przeszkody wynikające z naszych ludzkich ułomności, nie mówiąc już o niezrozumieniu, albo wręcz sprzeciwie otoczenia i to, niestety, nie tylko laickiego, czasem również tego, deklarującego się jako ludzie wierzący.

Jesteśmy nielubiani

Widać to na co dzień, że religie, w zasadzie wszystkie, chociaż chrześcijaństwo najbardziej, są bardzo nielubiane. Mówny dalej o nas, katolikach. Wytykani palcami, piętnowani jako przyczyna wielu społecznych kłopotów, idący pod prąd poprawności politycznej. Domagamy się stabilizacji i obiektywizacji prawdy w sytuacji, gdy powszechnie w polityce i mediach obowiązuje model prawdy subiektywnej. Domagamy się sprawiedliwości społecznej obejmującej wszystkich ludzi, podczas gdy dominuje polityka sukcesu ekonomicznego za wszelką cenę, nie wykluczając inicjowania wojen, przymusu ekonomicznego, nieuczciwości i wyzysku najsłabszych.

Można tu zauważyć pewien paradoks: wielcy przywódcy religijni, nasz katolicki papież i buddyjski Dalaj Lama, niedysponujący żadną silą militarną czy potencjałem ekonomicznym, są obdarzani przez ten sam świat prawdziwym szacunkiem, ich głos jest wyczekiwany i uważnie słuchany przez tzw. zwykłych ludzi, niezależnie od przynależności etnicznej, narodowej czy religijnej, liczy się w poważnych debatach naukowych na kluczowe sprawy ogólnoludzkie. Natomiast w realnej polityce światowej jest on uprzejmie wysłuchiwany, ale rzadko brany pod uwagę, bo współczesna ekonomia i polityka rządzą się innymi prawami, mają swoich bożków, i te glosy idą w poprzek ich interesów. Takimi bożkami są obecnie głownie hedonizm i pieniądz.

Dlaczego nas nie lubią
Dlaczego tak nas nie lubią? Krótką i zwięzłą odpowiedź na to pytanie dał kiedyś Papież Franciszek w uroczystość św. Szczepana. Wskazał, że świat nienawidzi chrześcijan z tego samego powodu, z jakiego nienawidził Jezusa, ponieważ On przyniósł światło Boga, a świat woli ciemność, aby ukryć swoje złe uczynki. Istnieje sprzeczność między mentalnością Ewangelii a mentalnością świata. Jest to sprawa „stara jak świat”, bo już Księga Mądrości w Starym Testamencie woła: bezbożni mówili sobie: «Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekraczanie Prawa, wypomina nam przekraczanie naszych zasad karności.... Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne....>>

Kościół, głosem papieża i krajowych episkopatów w całym świecie, wciąż zwraca uwagę polityków i ludzi biznesu na ich odpowiedzialność za całe społeczeństwa, za prawdę, sprawiedliwość, i szacunek dla życia w każdej fazie i postaci, za środowisko, za roztropne, a nie rabunkowe gospodarowanie zasobami. To nie może się podobać, to budzi ich niechęć.

Św. Jan relacjonuje rozmowę Chrystusa z Nikodemem: „…ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło, bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem kto źle czyni, nienawidzi światła …”

Chrystus przyniósł światło i nakazał nam być światłem dla świata. Czy naprawdę tym światłem jesteśmy? Jak wiara wpływa na nasze codzienne życie? Czy nas, mających się za chrześcijan, cokolwiek odróżnia od otoczenia? Czy jesteśmy lampą na świeczniku czy schowaną pod łóżkiem? A może tylko zwietrzałą solą i zgorszeniem? Kościół wciąż nam przypomina, że wszyscy ochrzczeni, każdy na swój sposób, są powołani do czynnego uczestnictwa w Jego działalności misyjnej. Jak żyć, by było to „po bożemu”, by być jasną lampą, a nie ledwo tlącym się ogarkiem?

Pierwsi chrześcijanie byli nieliczni i rozproszeni w pogańskim i często wrogim im otoczeniu. Niejednokrotnie byli prześladowani. A jednak ich sposób życia na tyle się wyróżniał, że przyciągał nowych wyznawców. Byłem na spotkaniu z jednym z kardynałów z Filipin. W jego diecezji mieszka bardzo wielu muzułmanów. Wspomniał znamienną rzecz dotyczącą codziennego zachowania ich i chrześcijan, tego, co widać z zewnątrz. Otóż według niego u muzułmanów widać, że wiara przenika ich życie we wszystkich aspektach widocznych dla otoczenia, widać spójność życia z wiarą, natomiast u chrześcijan często obserwuje się pewnego rodzaju dychotomię, podział życia na część należną Bogu, to kościół i ewentualnie część niedzieli, i część należną światu, w którym już obowiązują inne zasady i prawa, dość odległe od Ewangelii.

Co z tego wynika, że jestem chrześcijaninem

Dotykamy tutaj kwestii co z tego wynika, że jestem, że czuję się, chrześcijaninem. Właściwie każda odpowiedź na takie pytanie rodzi nowe pytania, na które często nie potrafię odpowiedzieć. Do tego dochodzi trudność wynikająca z ułomności języka; język, którym się komunikujemy, niezależnie na jakim poziomie, czy to będzie dyskusja akademicka najwyższego lotu, czy pogawędka przy kawie, jest nie adekwatny, posługuje się pojęciami wziętymi z naszego materialnego świata, który potrafimy określić jakimś wrażeniem zmysłowym, kolorem, smakiem, dotykiem itp., a tu musimy opowiadać o czymś, co w istocie dotyka świata nam nieznanego z obserwacji, świata nie-materialnego. Uciekamy się do przenośni, do analogii, do opisów „na około”. Panu Bogu przypisujemy pozycję naczelnego wodza, aniołów zapisujemy do niebieskich hufców, z przydziałem na odpowiedni odcinek frontu. Myślę, że staro-testamentowy zakaz czynienia sobie obrazów Boga, był właśnie po to, by nie „zamknąć” Pana Boga w jakimś wyobrażeniu na naszą miarę, bo każda z nich będzie nie na miarę. Te trudności językowe są też jedną z przyczyn, dlaczego tak trudno czyta się pisma mistyków. Oni właśnie próbowali naszym, ziemskim językiem wyrazić przeżycia związane z tym innym światem, światem duchowym, co sprawia wrażenie niemal infantylne.

Co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Czy to tylko odfajkowanie rubryki w ankiecie z pytaniem o wyznanie, czy też coś więcej? Otóż chrześcijaństwo to nie jest ideologia, nie jest to też czysta teologia, ale to jest całkowite osobiste otwarcie się na osobę Jezusa. A Jezus powiedział wyraźnie: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Pięknie, ale jak to realizować w życiu? Czy ja sam, tu, gdzie żyję, w moim otoczeniu, gdzie wcale nie jestem śmiertelnie zagrożony, daję czytelne świadectwo wiary? Czy pokazuję, że to wiara właśnie nadaje sens mojemu życiu i nim kieruje. Nie chcę tutaj przemawiać ex cathedra, chcę raczej powiedzieć jak ja sam to widzę i rozumiem, opierając się o oficjalne nauczanie Kościoła.

Pytałem przed chwilą, co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Co wynika dla mnie samego i dla otoczenia? – Otóż to, że rozumiem swoją religię, przystępuję do sakramentów i żyję życiem Kościoła. Wszędzie, gdzie sięga moje działanie, czy tylko mój przykład, mam być świadkiem Boga i Chrystusa. Bóg jest Miłością, mam więc wszędzie wnosić pokój i miłość. Każda osoba, każda okoliczność życiowa jest inna, nie powtarzają się w szczegółach, zmieniamy się też my sami w miarę upływu czasu. Stale jesteśmy w drodze. By nasze życie było pełne i miało sens, musimy każdego dnia od nowa podejmować wysiłek zastanawiania się nad tym, co dobrego robimy, w czym nie domagamy, szukania prawdy o sobie, pamiętając, że każda moja czynność ma aspekt społeczny, jest adresowana do kogoś drugiego: ja zarobkuję, ale ten zarobek służy całej rodzinie, a wyniki mojej pracy służą jeszcze komuś innemu. W tych zmaganiach z codziennością bezwiednie i podświadomie opieramy się o doświadczenia pokoleń przed nami, które są sumą i jakimś uśrednianiem tych niezliczonych indywidualnych ścieżek życia.

Na naszych spotkaniach mówiliśmy już o Dekalogu jako pewnego rodzaju instrukcji życia. Zawiera on dwie Tablice. Na pierwszej jest przypomnienie, że mamy jednego Boga, który jest absolutną Miłością i że to właśnie On jest tym, który wyzwolił Izraela z niewoli egipskiej. Tak, On właśnie wyzwolił z niewoli, a nie wprowadził w niewolę. Na drugiej Tablicy są przestrogi, byśmy nie wpadli w tarapaty i nie znaleźli się w innej niewoli, w sidłach, które sami na siebie zastawiamy; nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż itd. itd. A Chrystus dał nam jeszcze dodatkową radę: jeśli chcesz ominąć kolejkę do nieba, nie czekać za długo w czyśćcu – proszę bardzo, masz Błogosławieństwa z Góry Błogosławieństw.

Dobro jest wpisane w naszą naturę

Dobro jest wpisane w naturę człowieka. Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo – a Bóg jest przecież samym dobrem. Jesteśmy więc podobni do Boga – podobni, ale jednak nie identyczni, bo w każdym obrazie jest jakaś niedoskonałość w stosunku do oryginału. I ta niedoskonałość jest przyczyną naszych upadków. Ale jesteśmy z natury dobrzy.

Nasza osobista świętość, nasza indywidualna droga do Boga, jest w naszych własnych rękach i w naszej mocy. Bóg nie żąda od nas czynów niebywałych, na granicy heroizmu, ale nas zawsze wspiera w dobrem, nawet, jeśli tego wyraźnie w danej chwili nie czujemy. Na świętość składa się niezliczona ilość drobnych, codziennych zdarzeń i nasza w nich postawa, nasze myśli, czyny i zaniedbania. Te sytuacje są w ciągłym ruchu, ‘stale jesteśmy w drodze”, życia nie sposób ująć w szczegółowe reguły. Ale mamy wspaniałego suflera, jest nim nasze sumienie, które na bieżąco dyktuje nam dobre postępowanie. To jest właśnie to wpisane w nas dobro. Prorok Izajasz pisał: „Prawo Twoje mieszka w moim wnętrzu”, to samo powtarza Psalmista; w psalmie 139 czytamy: ‘Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek, i wszystkie moje drogi są Ci znane’. Bóg zna wszystkie moje zamiary i motywy działania. Nawet, gdy zrobię coś, co nie wyszło dobrze, ale miałem czyste i dobre intencje, to jest mi to policzone na plus. Bóg wie, dlaczego coś robię. Mistrz Eckhart, nadreński mistyk z 13/14 wieku, pisał, że „dopóki człowiek ma dobrą wolę, niech niczego się nie obawia”.
Św. Jan Chrzciciel i Pan Jezus, na pytania ludzi co mają czynić odpowiadali: niech celnik będzie celnikiem, ale niech nie kradnie, niech żołnierz będzie żołnierzem, ale niech nad nikim się nie znęca. Niby nic wielkiego, zwykłe wymagania rzetelnego pełnienia swych zwykłych obowiązków wynikających z pozycji i z funkcji w społeczeństwie. Ale to niby „nic wielkiego” jest właśnie, jak się okazuje, najważniejsze, a wcale nie łatwe.

Niebo jest pełne grzeszników

W moim przekonaniu niebo jest pełne grzeszników, ale tylko takich grzeszników, którzy przed sobą samymi i przed Panem Bogiem przyznali się do tego, że są grzesznikami, że często ich wybory nie były prawidłowe. Św. Jan pisze w Apokalipsie, że widzi przed Tronem olbrzymi tłum, 144 tysiące w białych szatach. W mentalności biblijnej 144 tysiące to liczba nie do pojęcia wielka. Widzi ich w białych szatach, bo wybielonych w Krwi Baranka. To właśnie ci, którzy byli świadomi swych grzechów, świadomi, że ich szaty nie były czyste, więc je oczyścili, wybielili i dzięki temu znaleźli się przed Tronem. Nie ma człowieka bezgrzesznego. Ten sam Święty Jan pisał, że kto mówi, iż nie ma grzechu, jest kłamcą. Św. Paweł skarży się, że co innego chce, a co innego czyni, chce dobrze, a czyni źle. Jest świadom, że jest grzeszny. Tak pisał on, święty Paweł, którego listy niemal co tydzień są odczytywane w czasie Mszy świętych.

W naszym życiu nie wszystko robiliśmy bardzo dobrze, nie wszytko wyszło tak jak chcieliśmy. Nie jesteśmy doskonali, wiemy, jak często upadamy. Często, niestety, zasady Ewangelii i wiary stosujemy wybiorczo, zależnie od okoliczności i naszego uznania. Nie mówimy więc o pięknej teorii, ale o tym prawdziwym tu i teraz. Często się potykamy, ale wstajemy i idziemy dalej. Pytałem przed chwilą, co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Otóż mam realizować testament Chrystusa, wnosić, gdzie tylko mogę dobro i miłość. Jak? Prosto, ale nie łatwo: nie mówić o kimś w taki sposób, w jaki nie chciałbym, by mówiono o mnie, postępować zawsze tak, jak chciałbym, by postępowano względem mnie samego. Pierwszą rzeczą jest nasza zwyczajna dobroć w codziennym życiu. Całkiem zwykła dobroć, uprzejmość, uczciwość, cierpliwość, wyrozumiałość dla cudzych potknięć czy błędów. Pierwszymi słowami, którymi po zmartwychwstaniu Jezus zwrócił się do uczniów były: „pokój wam”. Wzorem Chrystusa wnośmy więc pokój na świat wokół nas. Sakramenty; małżeństwo, spowiedź, Eucharystia, traktowane poważnie, nie jako rutyna, naprawdę są w tym wspaniałą pomocą.

Jeśli „świętość” potraktujemy jako przeciwieństwo „grzeszności”, to pamiętajmy, że Pan Jezus mówił, iż każdy grzech będzie odpuszczony, za wyjątkiem grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Skoro zostanie odpuszczony, – ale musimy o to poprosić, poprzez rachunek sumienia i spowiedź - to już mamy otwartą drogę do nieba, nasze szaty zostają wybielone.  Bo grzech to nasz nieprawidłowy wybór, nasza niedoskonałość. Jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu to nie nasze potknięcie, ale nasz całkiem świadomy sprzeciw, całkiem świadomy wybór zła.

Chrześcijaństwo to radość; nie należy jednak jej mylić z wesołością, Chrześcijaństwo to radość z życia, z tego, że nawet jeśli nie potrafimy być doskonali, to i tak wciąż i bezwarunkowo jesteśmy przez Boga kochani i przeznaczeni do wielkiej, choć dla nas teraz niewyobrażalnej, przyszłości. Jeśli tylko pokazujemy, że tego naprawdę chcemy. 
Św. Paweł w liście do Koryntian pisze że „czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, w serce człowieka nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”.

Trafiłem na takie dwie wymowne sentencje: Pewien starożytny mędrzec powiedział:» Wolę pokornie zniesioną klęskę niż zwycięstwo odniesione w pysze«. W podobnym duchu pisze św. Benedykt: »Bóg woli pokutującego grzesznika niż pełną pychy dziewicę«”.

Bóg jest Miłością i nas wzywa do miłości

Bóg jest Miłością i nas wzywa do podobnej miłości. Wzywa, ale pozostawia nam wybór i decyzję. Jak widzieliśmy, dał ogólne rady, dał wskazówki, ale na bieżąco, w każdej konkretnej sytuacji, muszę ja sam decydować i wybierać. Mam jednak na bieżąco dyżurnego suflera w postaci sumienia. Jeśli mamy wątpliwości, nie wiemy, jak postąpić, zwróćmy się o pomoc do Ducha Świętego, na pewno nie zostawi nas samych. Nawet, jeśli musimy działać natychmiast, brak czasu na długi namysł, jedna krótka myśl o Nim, już wystarczy. Tylko Go posłuchajmy. Nie wolno jednak chować głowy w piasek i być biernym. Musimy pamiętać o przypowieści o talentach: ten sługa, który z obawy przed błędem nie zrobił nic, tylko zakopał talenty w ziemi, dostał surową naganę. Wielki teolog ubiegłego wieku, Karl Rahner, w swojej pracy Modlitwa i Wiara zwracał uwagę, że wiara musi żyć uczynkami. Święty Jakub pisze w liście Wiara, która nie jest potwierdzona czynami martwa jest sama w sobie.  Musimy naszą wiarę potwierdzać takim życiem aktywnym, które jest z nią zgodne. Wówczas będziemy tą lampą na świeczniku.

Jak wspomniałem, Kościół, głosem oficjalnym, napomina i wskazuje drogę naszym przywódcom i decydentom, ale czy my, nie pełniący żadnej wysokiej funkcji, tu, w naszym codziennym życiu w rodzinie i w społeczeństwie, naprawdę kierujemy się takimi zasadami, jak to oczekujemy od przywódców? Czy w pracy zawodowej jesteśmy uczciwi? w obliczaniu podatków? czy zawsze mówimy prawdę i nie posądzamy pochopnie bliźnich o złe intencje w ich działaniu? Nawet nasz udział w wyborach do władz jest wyrazem naszych preferencji etycznych, a nie tylko oczekiwań ekonomicznych.

Nauki o człowieku, nauki społeczne, wyraźnie wskazują na tragiczny efekt kultury i cywilizacji oderwanych od pytań natury eschatologicznej, pytań o istotę naszego bytu, o ostateczny cel istnienia. W tej kulturze śmierć istnieje jako element rozrywki, jako epizod gry komputerowej.  Skrajna radykalizacja, zwłaszcza wśród młodzieży, jest w dużej mierze wynikiem tego zagubienia sensu, wyparcia ze świadomości głębszego wymiaru życia, wymiaru najpierw „być”, a dopiero potem „mieć”. Prawdziwą tragedią ludzkości jest brak wiary w Boga, a co za tym idzie, brak nadziei i miłości. Widać nasze codzienne chrześcijaństwo stało się na tyle jałowe, że szukający tego sensu uciekają do innych religii czy filozofii, do radykalnego islamu, do Zen, New Age itp. A Chrystus powiedział całkiem wyraźnie: „Jam zwyciężył świat”. To jest naszą nadzieją.

Wspomniałem o błogosławieństwach z Kazania na Górze. Jezus mówił, że szczęśliwymi są ubodzy w duchu, cierpiący udręki, łagodni, spragnieni, głodni sprawiedliwości, miłosierni, mający czyste serca, starający się o pokój, cierpiący prześladowania za sprawiedliwość, ci, których inni znieważają, prześladują i oczerniają dlatego, że opowiadają się po stronie Jezusa.  Na koniec mówi do nich: „cieszcie się i radujcie, bo wielka jest wasza zapłata w niebie”.

Spróbujmy teraz spojrzeć na ten tłum, który tego słuchał, do którego Pan przemawiał. To wcale nie była jakaś intelektualna elita Izraela. To byli ludzie na ogół prości, umęczeni, zapracowani i poobijani przez życie. Pogardzają nimi i wykorzystują nie tylko cesarska administracja i żołdacy, ale nawet własne wyższe klasy. I to właśnie im Pan Jezus obiecuje błogosławieństwa, jeśli tylko zechcą iść za Nim w Jego imię, Jego drogą. Jak na tym tle wyglądamy my, tutaj w Kanadzie w 21 wieku? Myślę, że bardzo podobnie. Współcześni chrześcijanie doświadczają wielkich zmagań i udręki. Są wystawieni publicznie na szyderstwa i prześladowania. Cierpią więzienie, zabierają im dobytek całego życia. Tracą najbliższych. Na tzw. Zachodzie może nie jest to aż tak dotkliwe, jak na przykład w Syrii, ale coraz częściej i w naszym świecie chrześcijanie doświadczają ogromu zła, cierpienia, bólu, tylko za to, że nimi są. Media oczerniają, kpią i pokazują palcem jakie to w naszym Kościele dzieją się straszne rzeczy, sądy zabraniają widocznych oznak wiary i wymierzają kary za obronę jej zasad. Daleko to od tamtych czasów? Może więc i dla nas są te błogosławieństwa dostępne. W każdym razie mam taką nadzieję i na ile potrafię, staram się trwać.

Jak się zostaje chrześcijaninem

Ostatnia kwestia, którą rozważam, to pytanie jak to się dzieje, że ktoś zostaje chrześcijaninem. Najprościej będzie mi odpowiedzieć na pytanie jak to się stało, że ja sam, konkretnie ja, Jerzy, jestem chrześcijaninem. Jestem nim, bo urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej i moi rodzice zadbali o moje odpowiednie w tym kierunku wychowanie, a ja, po wyjściu z pod ich opieki, jakimś cudem  pozostałem na tej drodze. Tak jest ze mną, ta odpowiedź jest istotnie bardzo prosta. Jednak nie wszyscy, którzy w dzieciństwie zastali ochrzczeni, późnej wytrwali, również nie wszystkim ochrzczonym w ich dzieciństwie, ich rodzice zapewniali odpowiednie dalsze prowadzenie w wierze. Czy taki człowiek, ochrzczony, ale absolutnie daleki od praktyk religijnych, jest chrześcijaninem czy nie? Z drugiej strony są ludzie, którzy chrześcijanami stali się w wieku dorosłym, z własnej woli, czasem nawet wbrew woli rodziców i swego środowiska. Parę znanych nazwisk z całkiem niedawnego okresu: św. Edyta Stein, filozof i męczennica, zginęła w obozie Auschwitz II-Birkenau, Kardynał Jean-Marie Lustiger, metropolita Paryża, Simone Weil, uznana w chrześcijaństwie za wielką myślicielkę i mistyczkę, chociaż formalnie nigdy nie ochrzczona. Wiemy, że radykalny islam i radykalny hinduizm karzą śmiercią za konwersje na chrześcijaństwo, a jednak są tacy, którzy to czynią. Dlaczego, co ich do tego skłania? Nie podejmuję się odpowiedzieć na te pytania, jestem tylko pewien, że każda z tych osób w sobie znanych okolicznościach odpowiedziała na wołanie łaski. Tym głosem łaski w wielu przypadkach jest żywy przykład tych, którzy już chrześcijanami są i którzy żyją w zgodzie z wiarą. To oznacza, że każdy z nas może być tą przynętą, na którą złapie się ktoś niewierzący. Mam tu bardzo świeży i żywy przykład jak to zwykle rozmowy przy pracy mojej żony z współpracownicą – Chinką i zupełną ateistką - doprowadziły do tego, że dołączyła ona do jakiejś grupy ewangelizacyjnej działającej w jej środowisku.

Proszę państwa, czujemy, że nam dokuczają, że nas nie lubią. Czasem myślimy z nostalgią jak to drzewiej dobrze bywało. No to teraz posłuchajmy. Anonimowy autor dokumentu z II / III wieku, znanego nam pod nazwą „listu do Diogneta” tak pisze:
“Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem.
Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym.
Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich.
Mieszkają w miastach helleńskich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosując się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzą.
Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze.
Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy.
Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą.
Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała.
Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, własnym życiem zwyciężają prawa. Kochają wszystkich ludzi, a wszyscy ich prześladują.”
I pomyśleć, że ci dziwni, nielubiani i prześladowani chrześcijanie, przetrwali do naszych czasów, dwa tysiące lat! Coś w tym musi być!

Modlitwa wątpiącego

Na koniec takie dwie modlitwy na nasze pogmatwane życiowe sytuacje i wątpliwości.
Trapista, mistyk naszych czasów, Tomasz Merton, modlił się tak:

Moj Panie Boże, nie mam pojęcia, dokąd idę. Nie widzę drogi przede mną.
Nie mam pewności, gdzie ona się skończy.
Tak naprawdę nie znam też siebie, a to, że myślę, że postępuję według Twojej woli nie oznacza, że rzeczywiście tak jest.
Ale wierzę, że moje pragnienie podobania się Tobie już Ci się podoba. I mam taką nadzieje, że to pragnienie podobania się Tobie jest we wszystkim, co czynię, i że nigdy nie uczynię czegoś przeciwnego temu pragnieniu.
Wiem też, że gdybym to uczynił, zawrócisz mnie na właściwą drogę chociaż nawet mógłbym o tym nie wiedzieć.
Będę Ci więc zawsze ufał, nawet, gdy będę zagubiony i czuł się jak w cieniu śmierci. Nie będę się lękał, bo Ty zawsze jesteś ze mną, i nigdy mnie nie pozostawisz samego wobec niebezpieczeństw.
                                                           Amen

A w Brewiarzu jest taka ładna i prosta modlitwa na rozpoczęcie kolejnego dnia: 
Wszechmogący Boże, od Ciebie pochodzi wszystko, co jest dobre i piękne, daj nam z radością rozpocząć dzień dzisiejszy i spełniać wszystkie prace z miłości ku Tobie i bliźnim.

JuR                                                       kwiecień 2018

Chrześcijanin - Lampą pod łóżkiem czy na świeczniku?

Chcę się podzielić moim spojrzeniem na chrześcijaństwo i moją w nim obecność. Co to właściwie znaczy, być chrześcijaninem? Co z tego wynika i jak się stało, że nim jestem? Chcę mówić z pozycji „takiego maluczkiego i ubogiego w duchu”, a nie „uczonego w piśmie”.  

Co to znaczy ‘być chrześcijaninem’ i co z tego wynika?
Myślę, że są to nakładające się na siebie aspekty życia: po pierwsze wiara, że Chrystus jest Synem Bożym, współistotnym z Bogiem Ojcem, oraz po drugie, wynikające z niej zobowiązanie do postępowania zgodnego z Jego nauczaniem. Ten pierwszy aspekt, mianowicie wiara, wiara w istnienie Boga, w sens świata, w Boskość Chrystusa, jest podstawą. Czasem, nawet u osób duchownych, rodzą się wątpliwości, ale nie oczekujemy naukowych podstaw naszej wiary, bo gdyby były niepodważalne dowody, nie mówilibyśmy o wierze tylko o wiedzy. Nie tutaj więc leży istota problemu. Problemy wyłaniają się w kontekście tego drugiego aspektu, mianowicie życia zgodnego z wiarą. Tutaj stale natrafiamy na przeszkody wynikające z naszych ludzkich ułomności, nie mówiąc już o niezrozumieniu, albo wręcz sprzeciwie otoczenia i to nie tylko programowo wrogiego wierze, czasem również tego, deklarującego się jako ludzie wierzący. Czy nas, mających się za chrześcijan, cokolwiek odróżnia od otoczenia? Czy jesteśmy lampą na świeczniku czy też taką schowaną pod łóżkiem? A może tylko zwietrzałą solą i zgorszeniem?

Pierwsi chrześcijanie byli nieliczni i rozproszeni w pogańskim i często wrogim im otoczeniu. Niejednokrotnie byli prześladowani. A jednak ich sposób życia na tyle się wyróżniał, że przyciągał nowych wyznawców. Byłem na spotkaniu z jednym z kardynałów z Filipin. W jego diecezji mieszka wielu muzułmanów. Wspomniał znamienną rzecz dotyczącą codziennego zachowania ich i chrześcijan, tego, co widać z daleka. Otóż według jego obserwacji u muzułmanów widać, że wiara przenika ich życie we wszystkich aspektach widocznych dla otoczenia, widać spójność całego życia z wiarą, natomiast u chrześcijan często obserwuje się pewnego rodzaju dychotomię, podział życia na część należną Bogu, to kościół i ewentualnie część niedzieli, oraz część należną światu, w którym już obowiązują inne zasady i prawa.

Dotykamy tutaj kwestii co z tego wynika, że jestem, że czuję się, chrześcijaninem. Właściwie każda odpowiedź na takie pytanie rodzi nowe pytania, na które często nie potrafię odpowiedzieć. Niemniej próbuję. Co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Czy to tylko odfajkowanie rubryki w ankiecie z pytaniem o wyznanie, czy też coś więcej? Otóż chrześcijaństwo nie jest ideologią, nie stanowi go też nawet najwyższego lotu teologia. Chrześcijaństwo to osobiste, całkowite otwarcie się na osobę Jezusa. Pięknie, ale co to znaczy i jak to realizować w życiu? Jak żyć, by było to „po bożemu”, by każdy, na swojej drodze życia, czynnie uczestniczył w misyjnej funkcji Kościoła.

Co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Co wynika dla mnie samego i dla otoczenia? Otóż to, że wszędzie i stale, w zajęciach, radościach i troskach, towarzyszy mi świadomość rzeczywistej obecności Ducha Jezusa w moim sercu, i że wszędzie gdzie sięga moje działanie, czy tylko mój przykład, mam być świadkiem Boga i Chrystusa. By nasze życie było pełne i miało sens, musimy każdego dnia od nowa podejmować wysiłek zastanawiania się nad tym, co dobrego robimy, w czym nie domagamy, szukania prawdy o sobie,  pamiętając, że każda moja czynność ma aspekt społeczny, jest adresowana do kogoś drugiego: ja zarobkuję, ale ten zarobek służy rodzinie, a wyniki mojej pracy służą jeszcze komuś innemu. W tych zmaganiach z codziennością bezwiednie wykorzystujemy  doświadczenia pokoleń przed nami, które są sumą i jakimś uśrednianiem niezliczonych indywidualnych ścieżek życia.

Dobro jest wpisane w naturę człowieka. Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo – a Bóg jest przecież samym dobrem. Po stworzeniu powiedział, że wszystko co zrobił jest bardzo dobre. Jesteśmy, więc podobni do Boga – podobni, ale nie identyczni, bo w każdym obrazie jest jakaś niedoskonałość w stosunku do oryginału. I ta niedoskonałość jest przyczyną naszego upadku. Ale jesteśmy z natury dobrzy i mamy dążyć do świętości.

Nasza osobista świętość, nasza indywidualna droga do Boga, jest w naszych własnych rękach i w naszej mocy. Bóg jest miłością, mam więc wszędzie wnosić pokój i miłość. Bóg nie żąda od nas czynów niebywałych, na granicy heroizmu, ale nas zawsze wspiera w dobrem, nawet, jeśli tego wyraźnie w danej chwili nie czujemy. Na świętość składa się niezliczona ilość drobnych, codziennych zdarzeń i nasza w nich postawa, nasze myśli, czyny i zaniedbania. Te sytuacje są w ciągłym ruchu, życia nie sposób ująć w szczegółowe reguły. Ale mamy wspaniałego suflera, jest nim nasze sumienie, które na bieżąco dyktuje nam dobre postępowanie. To jest właśnie to wpisane w nas dobro. Prorok Izajasz pisał: „Prawo Twoje mieszka w moim wnętrzu”, to samo powtarza Psalmista; w psalmie 139 czytamy: ‘Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek, i wszystkie moje drogi są Ci znane’. Bóg zna wszystkie moje zamiary i motywy działania. Nawet, gdy zrobię coś, co nie wyszło dobrze, ale miałem czyste i dobre intencje, to jest mi to policzone na plus. Bóg wie, dlaczego coś robię. Mistrz Eckhart, nadreński mistyk z 13/14 wieku, pisał, że „dopóki człowiek ma dobrą wolę, niech niczego się nie obawia”. Pięknie modli się współczesny mistyk, trapista, Tomasz Merton:

Moj Panie Boże, nie mam pojęcia, dokąd idę.
Nie widzę drogi przede mną.
Nie mam pewności, gdzie ona się skończy.

     Tak naprawdę nie znam też siebie,
    A to, że myślę, że postępuję według Twojej woli
    Nie oznacza, że rzeczywiście tak jest.

Ale wierzę, że moje pragnienie podobania się Tobie
Już Ci się podoba.
   I mam taką nadzieje, że to pragnienie podobania się Tobie
   jest we wszystkim, co czynię.
   I że nigdy nie uczynię czegoś przeciwnego temu                pragnieniu.

Wiem też, że gdybym to uczynił,
Zawrócisz mnie na właściwą drogę
Chociaż nawet mógłbym o tym nie wiedzieć.

   Będę Ci więc zawsze ufał, nawet, gdy będę zagubiony 
   I czuł się jak w cieniu śmierci.

Nie będę się lękał, bo Ty zawsze jesteś ze mną,
I nigdy mnie nie pozostawisz samego wobec niebezpieczeństw.
                Amen

Myślę, że niebo jest pełne grzeszników. W moim przekonaniu niebo jest pełne grzeszników, ale tylko takich grzeszników, którzy przed sobą samymi i przed Panem Bogiem przyznali się do tego, że są grzesznikami, że często ich wybory nie były prawidłowe. Św. Jan pisze w Apokalipsie, że widzi przed Tronem olbrzymi tłum, 144 tysiące w białych szatach. W mentalności biblijnej 144 tysiące to liczba nie do pojęcia wielka. Widzi ich w białych szatach, bo wybielonych w Krwi Baranka. To właśnie ci, którzy byli świadomi swych grzechów, świadomi, że ich szaty nie były czyste, więc je oczyścili, wybielili i dzięki temu znaleźli się przed Tronem. Nie ma człowieka bezgrzesznego. Ten sam Święty Jan pisał, że kto mówi, iż nie ma grzechu, jest kłamcą. Św. Paweł skarży się, że co innego chce, a co innego czyni, chce dobrze, a czyni źle. Jest świadom swojej grzeszności. Tak pisał on, święty Paweł, którego listy niemal co tydzień są odczytywane w czasie Mszy świętych.

Co wynika z tego, że jestem chrześcijaninem? Otóż mam realizować testament Chrystusa, wnosić gdzie tylko mogę dobro i miłość. Jak? Prosto, ale nie łatwo: nie mówić o kimś w taki sposób, w jaki nie chciałbym, by mówiono o mnie, postępować zawsze tak, jak chciałbym, by postępowano względem mnie samego. Sakramenty; małżeństwo, spowiedź, Eucharystia, traktowane poważnie, nie jako rutyna, naprawdę są w tym wspaniałą pomocą.

Jeśli „świętość” potraktujemy jako przeciwieństwo „grzeszności”, to pamiętajmy, że Pan Jezus mówił, iż każdy grzech będzie odpuszczony, za wyjątkiem grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Skoro zostanie odpuszczony, – ale musimy o to poprosić, poprzez rachunek sumienia i spowiedź - to już mamy otwartą drogę do nieba, nasze szaty zostają wybielone.  Bo grzech to nasz nieprawidłowy wybór, nasza niedoskonałość. Jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu to nasz świadomy sprzeciw, świadomy wybór zła.

Trafiłem na takie dwie wymowne sentencje: Pewien starożytny mędrzec powiedział: »Wolę pokornie zniesioną klęskę niż zwycięstwo odniesione w pysze«. W podobnym duchu pisze św. Benedykt: „Bóg woli pokutującego grzesznika niż pełną pychy dziewicę«”.

Bóg jest Miłością, i nas wzywa do podobnej miłości. Wzywa, ale nam pozostawia wolny wybór i decyzję. Dał ogólne rady, wskazówki, Dekalog i Błogosławieństwa, ale na bieżąco, w każdej konkretnej sytuacji, muszę ja sam decydować i wybierać. Jeśli mamy wątpliwości, nie wiemy jak postąpić, zwróćmy się o pomoc do Ducha Świętego, na pewno nie zostawi nas samych. Nawet, jeśli musimy działać natychmiast, brak czasu na długi namysł, jedna krótka myśl o Nim, już wystarczy. Tylko Go posłuchajmy. Nie wolno jednak chować głowy w piasek i być biernym. Musimy pamiętać o przypowieści o talentach: ten sługa, który z obawy przed błędem nie zrobił nic, dostał surową naganę. Wielki teolog ubiegłego wieku, Karl Rahner, w swojej pracy Modlitwa i Wiara zwracał uwagę, że wiara musi żyć uczynkami. Święty Jakub pisze w liście Wiara, która nie jest potwierdzona czynami martwa jest sama w sobie.  Musimy naszą wiarę potwierdzać takim życiem aktywnym, które jest z nią zgodne.
W Brewiarzu jest taka ładna i prosta modlitwa na rozpoczęcie dnia: 
Wszechmogący Boże, od Ciebie pochodzi wszystko, co jest dobre i piękne, daj nam z radością rozpocząć dzień dzisiejszy      i spełniać wszystkie prace z miłości ku Tobie i bliźnim.

Spójrzmy na te tłumy, do których Pan niegdyś przemawiał, którym przedstawiał właściwą drogę postępowania. To nie była jakaś intelektualna elita Izraela. To ludzie prości, umęczeni, zapracowani i poobijani przez życie. Pogardzają nimi i wykorzystują nie tylko cesarska administracja i żołdacy, ale nawet własne wyższe klasy. I to właśnie im Pan Jezus obiecuje błogosławieństwa, jeśli tylko zechcą iść za Nim w Jego imię. Jak na tym tle wyglądamy my, tutaj w Kanadzie w 21 wieku? Całkiem podobnie na co dzień doświadczamy trosk, życiowych zmagań i udręk. Jesteśmy często obiektem publicznych szyderstw i prześladowań. Na naszym tzw. Zachodzie może nie jest to aż tak dotkliwe, jak w krajach islamskich, ale coraz częściej i w naszym świecie chrześcijanie doświadczają ogromu zła, cierpienia, bólu. Media oczerniają, kpią i pokazują palcem jakie to w naszym Kościele dzieją się straszne rzeczy, sądy zabraniają widocznych oznak wiary i wymierzają kary za obronę jej zasad. Daleko to od tamtych czasów? Tak więc i do nas te błogosławieństwa się odnoszą i są nam dostępne.

Ostatnia kwestia, którą rozważam, to pytanie jak to się dzieje, że ktoś zostaje chrześcijaninem. Najprościej będzie mi odpowiedzieć na pytanie jak to się stało, że ja sam, konkretnie ja, Jerzy, jestem chrześcijaninem. Jestem nim, bo urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej i moi rodzice zadbali o moje odpowiednie w tym kierunku wychowanie, a ja, po wyjściu z pod ich opieki, jakimś cudem pozostałem na tej drodze. Tak jest ze mną, ta odpowiedź jest istotnie bardzo prosta. Jednak nie wszyscy, którzy w dzieciństwie zostali ochrzczeni, późnej wytrwali, również nie wszystkim dzieciom ochrzczonym rodzice zapewniali odpowiednie dalsze prowadzenie w wierze. Czy taki człowiek, ochrzczony, ale absolutnie daleki od praktyk religijnych jest chrześcijaninem czy nie? Z drugiej strony są ludzie, którzy chrześcijanami stali się w wieku dorosłym, z własnej woli, czasem nawet wbrew woli rodziców i swego środowiska. Parę znanych nazwisk z całkiem niedawnego okresu: św. Edyta Stein, filozof i męczennica, zginęła w obozie Auschwitz II-Birkenau, Kardynał Jean-Marie Lustiger, metropolita Paryża, Simone Weil, uznana w chrześcijaństwie za wielką myślicielkę i mistyczkę, chociaż formalnie nigdy nie była ochrzczona. Wiemy, że radykalny islam i radykalny hinduizm karzą śmiercią za konwersje na chrześcijaństwo, a jednak są tacy, którzy to czynią. Dlaczego, co ich do tego skłania? Nie podejmuję się odpowiedzieć na te pytania, jestem tylko pewien, że każda z tych osób w sobie znanych okolicznościach odpowiedziała na wołanie łaski. Tym głosem łaski w wielu przypadkach jest żywy przykład tych, którzy już chrześcijanami są i którzy żyją w zgodzie z wiarą, są taką „lampą na świeczniku”. To oznacza, że każdy z nas może być tą przynętą, na którą złapie się ktoś niewierzący. Mam na to bardzo żywy przykład: otóż luźne rozmowy mojej żony z jej współpracownicą –zupełną ateistką - doprowadziły do tego, że dołączyła ona do jakiejś grupy ewangelizacyjnej.


JuR          14 wrzesień 2017

Świętość na co dzień

(wg. prelekcji w Polonia North, Bolton, Ontario, Kanada)

Proszę państwa, mamy dziś rozważać naszą codzienną świętość spoglądając na wzór życia Świętej Rodziny.
Temat, który nas interesuje, to okres około 30 lat życia Jezusa, przed Jego chrztem i publicznym wystąpieniem. Ten okres przyjęto nazywać ukrytym życiem Jezusa, gdyż na dobrą sprawę Ewangelie i Listy niemal nic o tym okresie nie mówią.
W takim określeniu odnosimy się głównie do życia Jezusa, ale przecież Jezus nie żył samotnie, przyszedł na świat i żył w rodzinie, a ta rodzina żyła w jakiejś szerszej społeczności, w określonym czasie historycznym i określonym miejscu na ziemi. Tak więc można na ten okres patrzeć wielorako, eksponując różne aspekty, które w danej chwili nas interesują. Można koncentrować się na Jezusie i Jego dojrzewaniu do wystąpienia publicznego, można też większą uwagę zwrócić na Jego rodzinę i jej życie. Piotr ma w zanadrzu bardzo ciekawe  filmy rozwijające wątek Jezusa, jak w ciągu tych trzydziestu lat kształtowała się Jego osobowość. Ja chcę dziś zastanowić się, na ile życie Jego rodziny, jako całości i jako trzech osób, tę rodzinę tworzących, może stanowić wzór według którego możemy doskonalić nasze własne życie. Oczywiście, w wielu miejscach te spojrzenia będą się nakładały, przecież patrzymy a te same osoby, w tych samych kolcznościach.

Świętość w Naszym Życiu

Duchu Święty, który wszystko uświęcasz,
Bądź z nami w czasie tego spotkania,
wzbudzaj w nas pragnienie świętości
i wskazuj nam drogę ku niej
poprzez rzetelne spełnianie
naszych codziennych obowiązków.
Pomóż nam tak kształtować nasze sumienia,
by każde nasze działanie było zgodne z Bożą wolą.
Prosimy Cię o to, przez Chrystusa, naszego Pana
Amen

Na początku taka uwaga i prośba: proszę tego co powiem nie traktować jako wykładu ex katedra, jako czegoś, co jest potwierdzone przez wszystkie odpowiednie autorytety. Chcę jedynie opowiedzieć, skąd się wzięło moje zainteresowanie tematem „świętości na co dzień” jak szukałem odpowiedzi, do czego doszedłem i jak teraz to widzę. Może też uda się nam na koniec nieco na ten temat podyskutować i wymienić własne poglądy.

W pewnym wieku człowiek zapomina gdzie położył okulary, ale doskonale pamięta sceny z odległych czasów. Otóż ja tak właśnie pamiętam, że gdy w wczesnej młodości czytałem różne pobożne książki i opowiadania o świętych, to potem sam też chciałem być świętym. Taka dygresja – teraz dzieci mają do czytania książeczki mniej pobożne, ale za to lepiej wprowadzające w zagadnienie równości i tolerancji we wszystkich odmianach. Ostatnio spotkałem w internecie apel-protest przeciwko zamiarom by w jakiejś popularnej bajce Disneya o pięknej królewnie śniącej o równie pięknym królewiczu, tego królewicza zamienić na drugą królewnę, bo to będzie bardziej „nowocześnie”. I potem te dzieci też tak zechcą. Żeby była równość i nowoczesność.

Ale wracajmy do tematu.  Otóż te moje święte myśli z wiekiem gdzieś się zagubiły, życie poszło po swojemu. Kilkadziesiąt lat temu bylem na rekolekcjach u Benedyktynów w Tyńcu koło Krakowa. Spytałem tam czy dobre było moje wrażenie że większość znanych świętych to były osoby duchowne. Rekolekcjonista potwierdził, ale też dodał, że zbliża się czas świeckich świętych. Nie minęło wiele lat, gdy istotnie na ołtarze zaczęli wchodzić świeccy, a nawet rodziny. Na tym moje rozważania o świętości właściwie się skończyły. Do czasu. Do czasu, gdy odeszła najpierw moja teściowa, potem po kolei rodzice. Podjąłem wówczas spisywanie rodzinnej kroniki i wspomnień, zacząłem przeglądać korespondencję z rodzicami i nagle zobaczyłem całe ich życie, życie teściowej i wielu innych znanych mi osób, a nawet moje własne, w zupełnie nowym świetle. Spojrzałem na nich jak na świętych. Dlaczego, cóż takiego zrobili w życiu? Niby nic szczególnego, nic, co dało by się zapisać w jakimś eseju hagiograficznym, a jednak popatrzyłem na nich jak na świętych.

Moi rodzice przeżyli dwie wojny ze wszystkim co one niosły, wychowali czterech synów, pracowali tak, jak im warunki pozwalały, ale zawsze rzetelnie, na tyle, że do Mamy, która była nauczycielką, wiele lat po przejściu na emeryturę przychodzili z kwiatami i wyrazami wdzięczności byli uczniowie, a do Ojca niemal do ostatniej Jego chwili byli podwładni.  Teściowa podczas wojny straciła męża i została sama z swoją Matką i dwójką małych dzieci, w obcym mieście i środowisku. Utrzymywała ich, wychowała i wypuściła w świat jako prawych ludzi. Gdzie tu znamiona jakiejś szczególnej świętości?

Otóż to. A jednak. Pan Bóg dał Adamowi i Ewie polecenie „bądźcie płodni, zaludniajcie Ziemię i czyńcie ją sobie poddaną”. Mamy zaludniać Ziemię i czynić ją sobie poddaną. Zaludniać, to znaczy mieć potomstwo, o to potomstwo dbać, i je wychowywać. Czynić sobie Ziemię poddaną to znaczy pracować. Właśnie tak przeżyli swoje życie moi rodzice, moja teściowa, znajomi i nie byli oni jedynymi, takich jest przecież olbrzymia większość, my sami też, każdy na własną miarę, tak postępujemy. Malo tego, z reguły odbywa się to „w pocie czoła”, jak to usłyszeli Adam i Ewa przy eksmisji z Raju.

Czyż nie jest to spełnianiem Bożej woli w takich warunkach, w jakich przyszło im, czy nam, żyć? A jeśli było tym spełnianiem, to znaczy że ma znamiona świętości. Bo przecież świętość to pełnienie Bożej woli. To znaczy że zwykłe życie, zwykłych ludzi, może stać się życiem świętym. 

W Starym Testamencie Bóg wzywa swój Naród Wybrany by był święty, bo On sam, Bóg, jest święty. Wzywa cały Naród, nie jakieś wybrane osoby, nie jednostki, ale wszystkich, cały lud. Bóg nie daje zadań przekraczających nasze siły i możliwości. Skoro więc apeluje o świętość wszystkich, to znaczy że wszyscy jesteśmy do niej zdolni, niezależnie od wieku, stanu, pozycji społecznej czy zdrowia, każdy na swoją miarę, każdy inaczej, ale każdy. Chrystus powtarza to wezwanie w Nowym Testamencie.

Na ogół łączymy świętość, w każdym razie tę certyfikowaną i mającą papieską pieczęć, z jakimiś szczególnymi dokonaniami, z heroizmem albo martyrologią. Ale przecież nie wszyscy są powołani do heroizmu, tak jak nie mogą być wszyscy męczennikami, a mamy wszyscy być świętymi. Więc jak to jest? Jak rozumieć świętość?

 Myślę, że mamy tu do rozważenia dwie świętości. Jedna, to ta oficjalna, z dyplomem i pieczęcią Watykanu, na nią rzeczywiście trzeba jakoś specjalnie zasłużyć, i przejść długą drogę formalną (oczywiście nie kandydat na świętego, tylko, po jego odejściu, jego „promotorzy” – np. proces ks. Piotra Skargi, trwa już, z przerwami, ponad 400 lat). To jest droga dla jednostek.
Druga świętość, to ta zwykła, bez dyplomów i pieczęci. Listy Apostolskie adresowane są często do świętych jakiejś gminy. Są adresowane do całej gminy, a nie tylko do wybranych w niej ówczesnych VIPów. I tych wszystkich, całą gminę, apostołowie nazywają świętymi.

Nie udało mi się trafić na jakąś jednoznaczną definicję świętości, są raczej jej opisy. Z tych opisów odpowiada mi szczególnie ten jeden, o którym wspomniałem przed chwilą. Bardzo prosty: świętość jest to czynienie woli Bożej względem nas w każdej konkretnej chwili i sytuacji. Niby bardzo proste, pozostaje tylko pytanie jak tę Bożą wolę rozpoznać na bieżąco, w momencie, w którym się aktualnie znajdujemy? Jak ja to rozumiem? Otóż Bóg dał nam trzy władze: rozum, sumienie (serce) i wolną wolę. Rozum analizuje możliwości i skutki działania, sumienie ocenia i wskazuje najwłaściwszą drogę, a wola decyduje, jakie działanie podejmę.
Weźmy dwie sytuacje z życia:

Na parkingu znalazłem banknot 20 dolarowy. Dziękuję Ci, Panie Boże, za to, będę mógł pójść na ekstra kawę i dobre ciacho, na które akurat miałem ochotę, i jeszcze pomodlę się za osobę, która te pieniądze zgubiła. Albo może inaczej, może dam połowę do skarbonki dla biednych, a sobie wezmę tylko drugą połowę. A może lepiej będzie dać wszystko na Mszę za zmarłych? Moje ego głosuje za kawą i ciastkiem, sumienie podpowiada myśl, że ja znalazłem to, co ktoś inny zgubił, więc dobrze by było zrobić coś dobrego dla innych. Sam nie wiem, pomyślę, nie muszę tego robić w tym momencie. W końcu, po namyśle, decyduję się na to trzecie, daję na mszę.

Inna sytuacja: Gotuję zupę i akurat zapłakało dziecko. Serce przynagla, ale najpierw wyłączam palnik, by się coś złego nie stało, a dopiero potem idę do dziecka. Rozum podpowiada, że tak jest bezpieczniej, nie ryzykuję pożaru, gdybym zabawił dłużej przy dziecku i zupa się wygotuje.

Jak w tym przykładzie z dzieckiem, często musimy działać natychmiast, nie ma czasu na długi namysł. W takich sytuacjach postępowanie dyktuje nam intuicja i odruch, ukształtowane poprzednimi doświadczeniami, ale one też były wynikiem współdziałania tych trzech władz.
Tu moim zdaniem jest miejsce naszej codziennej, zwykłej świętości: świadomie kształtować nasze sumienie, aby nam dobrze wskazywało drogę. A potem w każdej sytuacji i w każdej chwili pełnić swoje obowiązki z całym oddaniem, wykorzystując te trzy władze. I koniecznie uczyć tego nasze dzieci,

Kościół stawia nam za wzór Świętą Rodzinę. Skoro ma być dla nas wzorem, to my, by ten wzór naśladować, powinniśmy jak najwięcej o nim wiedzieć. A my tak niewiele o tej Rodzinie wiemy. To trzy osoby: Matka, Jej Syn Jezus i Jego przybrany ojciec Józef. Na każdą z tych osób można patrzeć oddzielnie, a później na nie wszystkie razem jako na rodzinę. Praktycznie nie da się tego tak dokładnie podzielić i uporządkować, życie każdej rodziny jest przecież wypadkową indywidualnych osobowości jej członków, ale też zachowania tych poszczególnych osób są uwarunkowane przez życie całości. Są to stale sprzężenia zwrotne.

Powiedziałem, że o życiu Świętej Rodziny wiemy bardzo niewiele, zaledwie kilka razy wspomniane są w Pismach jakieś epizody tego życia: zwiastowanie, wizyta u Elżbiety, obrzezanie, ucieczka do Egiptu, wizyta w Świątyni i na tym koniec. Łącznie kilkanaście zdań z trzydziestu lat rodzinnego życia Jezusa przed Jego chrztem i publicznym nauczaniem. Dla nas, szukających informacji o naszym wzorze, to niesłychanie mało, a jednocześnie, paradoksalnie, to bardzo dobrze. W czym ten paradoks i dlaczego tak dobrze skoro tak mało? Otóż gdyby Ewangeliści zostawili więcej informacji, to niemal odruchowo nasze rozważania koncentrowałyby się na tych opisach, z pominięciem szerokiego społecznego, kulturowego, politycznego i gospodarczego tła, na którym to życie się toczyło. Dalej – ponieważ brak takich zapisów, to rozumiemy, że żadnych niezwykłych objawów życia tej Rodziny i jej trzech osób otoczenie nie zaobserwowało. Przecież po wystąpieniu Jezusa w synagodze w Jego rodzinnym Nazarecie, słuchacze oburzali się, że znają doskonale Jego samego, jako cieślę, Jego ojca - cieślę Józefa, Jego Matkę, Miriam, Jego krewnych, jako zwykłych ludzi, takich jak oni sami, więc skąd u Niego taka mądrość.

Nie mając konkretnych zapisów, musimy iść drogą nieco okrężną – skoro żyli jak wszyscy inni, nic szczególnego, to popatrzmy na tych wszystkich innych, bo tutaj wiadomości mamy szalenie dużo. Składają się na to odkrycia i prace wielu nauk, nie tylko biblijnych, a może nawet głównie nie biblijnych. To archeologia, kulturoznawstwo, języki starożytne, historia itd. itd. Tak więc zwykłe, przeciętne życie Palestyny, Galilei, Nazaretu, w czasach Jezusa, możemy odtworzyć z dużą dokładnością.

Mamy jeszcze jedną poważną trudność na jaką natrafiamy, jest nią podwójna, Boska i ludzka, natura Jezusa. Co z tym zrobić? Przecież nie będę się zastanawiał dlaczego Jezus-Bóg jest święty i jak naśladować Jego Boskość. Wiemy jednak, że Jezus był pełnym Bogiem, ale był też pełnym człowiekiem, we wszystkim, z wyjątkiem grzechu, podobnym do nas. Możemy więc spokojnie rozważać ten ukryty, 30-letni okres Jego życia z rodziną tak samo, jak patrzylibyśmy na każdego innego mieszkańca ówczesnego Nazaretu, pomijając Jego Boskość. Tak postępując, w żaden sposób nie naruszamy nauczania Kościoła. Konstytucja Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II stwierdza o Chrystusie: „On bowiem, Syn Boży, poprzez wcielenie zjednoczył się w pewien sposób z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami wykonywał pracę, ludzkim umysłem myślał, ludzką wolą działał, ludzkim sercem kochał. Zrodzony z Maryi Dziewicy, stal się prawdziwie jednym z nas, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu”.

Zobaczmy teraz jak to życie w czasach Jezusa i w ”Jego” okolicach wyglądało. Z Ewangelii wiemy, że Maryja i Józef  na ofiarę w Świątyni złożyli dwa gołębie, a więc to, co należało od ludzi ubogich, wiemy, że żyli w Galilei, konkretnie w Nazarecie, i że Józef był cieślą, że byli pobożni, bo odbywali corocznie pielgrzymkę do Jerozolimy, a jest to nie byle spacer, bo ok. 150 km.  

Tu jest projekcja z Power Point, z dokładniejszym omówieniem każdego obrazu – oddzielny post pt. Świętość na codzień prezentacja 

Po tym wszystkim co potrafiliśmy sobie odtworzyć, widać, że naśladowanie życia Św. Rodziny nie musi być takie trudne. Popatrzmy jeszcze raz:

Maryja, żona, matka, troszczy się o całe gospodarstwo domowe, wychowanie syna, nakarmienie męża i syna, cerowanie ubrań, mycie garnków, utrzymanie porządku, odwiedza i pomaga ciężarnej krewnej Elżbiecie, ma krewnych i sąsiadki. A jako młode dziewczę, 15-16 letnie, już zaręczona ale jeszcze przed ślubem, staje przed wyzwaniem, które może zbić z nóg: Anioł objawia Jej Boży plan. Ona sytuacji kompletnie nie rozumie, ale zadaje tylko jedno krótkie pytanie jak to będzie? Już nie docieka szczegółów, co ma robić, jak sobie da radę, czy dostanie specjalne przywileje, pięciogwiazdkowy apartament w jakiej metropolii, służbę, ochronę osobistą, itp. Nie, nic z tych rzeczy, zawierza Bogu i mówi krótkie zgoda.

Józef, zwykły rzemieślnik, zawierza głosowi Boga (jak go usłyszał, tego nie wiem, ale uwierzył), adoptuje nie swoje dziecko, po krótkim czasie jeszcze raz słyszy ten Głos i ostrzeżenie, ale zamiast dać jakąś gwardię ochronną, Głos wysyła Rodzinę na emigrację. Wszyscy troje stają się emigrantami politycznymi - refugee, z powodu tego nie-jego Syna, na którego dybie Herod, zazdrosny o swój tron. Po powrocie z emigracji Józef nadal pracuje na utrzymanie rodziny, przyucza syna do zawodu, dba o jego naukę i formację religijną, czyni to, co czyni każdy inny ojciec. W opisach ewangelicznych Józef jest jeszcze mniej obecny niż Maryja. Jest jednak przedstawiony jako mąż sprawiedliwy. Sprawiedliwy w języku biblijnym oznacza osobę która żyje według woli Bożej wyrażonej w Torze, w stałej otwartości na głos Boży i w świadomości stałej Bożej obecności w jej życiu. Człowiek sprawiedliwy z pokorą, bez szemrania podejmuje swoje obowiązki, nie oddziela tego, co Boże od tego co ziemskie, sacrum od profanum, jego całe życie jest ścisłą jednością sacrum i profanum.

Jezus, normalne dziecko, bawi się z rówieśnikami, miewa potłuczone kolana i rozbity nos, ma przyjaciół, jest posłuszny rodzicom, podejmuje takie prace jak większość w jego otoczeniu, pomaga ojcu w warsztacie, pracuje na roli, po śmierci Józefa, zgodnie z tradycją, kontynuuje jego zawód i opiekuje się matką. Może sprawiał rodzicom nieco mniej kłopotów niż rówieśnicy, ale wiemy dobrze że zawsze są dzieci łatwiejsze i dzieci trudniejsze. Jest jeden epizod w którym wymknął się spod rodzicielskiej opieki, to było podczas pielgrzymki do Jerozolimy, gdy bez wiedzy Rodziców pozostał w świątyni. Rodziców reakcja była całkowicie normalna i dla nas zrozumiała – głęboko zaniepokojeni szukają go rozpaczliwe. A co On po odnalezieniu Go? W tym jednym zdarzeniu ujawnia na moment swoją świadomość Bożego Synostwa, mówiąc, że winien być w tym co należy do Jego Ojca. A przecież Świątynia nie należała do Jego ziemskiego – przybranego ojca Józefa, lecz do Jego prawdziwego Ojca – Boga. Natychmiast jednak powraca do swego człowieczeństwa i w nim pozostaje do końca swych ziemskich dni. W Ewangelii jest zapisane że wrócił, był im posłuszny, i wzrastał w latach, mądrości i łaskach. Wzrost w każdym z tych aspektów jest przecież właściwy dla istot ziemskich, niedoskonałych i poddanych działaniu czasu. W Bogu nie ma wzrostu, Bóg jest niezmienny, nie podlega czasowi. Na pewno miał swoje słabości, Mateusz opisuje jak sam, już jako mężczyzna, o sobie mówił z humorem, że ma opinię pijaka i żarłoka, przyjaciela społecznych mętów.

Żadne z tych trojga, ani wszyscy razem jako rodzina, niczym się nie wyróżnia z otoczenia. Współmieszkańcy Nazaretu pamiętają ich jako Miriam, Józefa cieślę, i Jezusa też cieślę, syna tegoż Józefa. I tyle. Potem, po wystąpieniu Jezusa w synagodze, pytają zaskoczeni skąd u Niego taka wiedza i moc? Bo przecież nigdy przez te ubiegłe trzydzieści lat niczego odbiegającego od otoczenia u niego i Jego rodziny nie zauważyli.

Widocznie nie potrzeba żadnych spektakularnych czynów, bohaterstwa, czy męczeństwa, wystarczy żyć przyzwoicie, zgodnie z Bożymi zasadami, na miarę swego stanu i okoliczności. Nie ważne jest co przyszło nam robić, ważne, by robić to rzetelnie, najlepiej jak potrafimy. Świętość nie jest zarezerwowana dla niewielkiej liczby specjalnie wybranych osób, jest powołaniem wszystkich i jest możliwa dla wszystkich. Świętość to radzenie sobie z zastaną rzeczywistością w sposób uczciwy, zgodnie z Bożymi przykazaniami. To życie Ewangelią pośród zwykłych, codziennych obowiązków. Dla większości z nas będzie to codzienne życie w małżeństwie i rodzinie. Zapytamy teraz co robić, czego Bóg od nas oczekuje – otóż całym sobą oddać się innym członkom rodziny, nigdy nie stawiając siebie na pierwszym miejscu, raczej na ostatnim, służebnym. Życie Ewangelią w taki sposób, bez oklasków i widowiska, daje wiarygodne świadectwo czym jest wiara i Kościół, staje się, bez naszych starań, wzorem dla innych. A gdy nam coś nie wychodzi, to przepraszamy i próbujemy dalej, lepiej. Grzech jest wpisany w naszą naturę, najwięksi święci też grzeszyli i wciąż prosili o Boże miłosierdzie (mamy za sobą cykl prelekcji Piotra na temat Bożego miłosierdzia, które nie ma granic).

Tu znowu taka dygresja: natrafiłem kilka razy na wyniki różnych badań społecznych, z których wynikało, że w rodzinach określających się jako praktykujący chrześcijanie występuje znacznie mniej patologii, niż w obojętnych religijnie. To też coś mówi.

Na zakończenie jeszcze wypowiedzi trzech osób:

św. Jan Paweł II

…dążenie do świętości nie powinno być czymś abstrakcyjnym, ogólnym, lecz winno stać się autentycznym programem życia. «Szukajcie świętości w codziennym życiu» - w zwyczajnym życiu. Nie polega ona oczywiście na dokonywaniu rzeczy niezwykłych, lecz na niezwykłym podejściu do rzeczy zwykłych i codziennych. …

Błogosławiony kardynał Schuster, arcybiskup Mediolanu, zmarły w latach 50-tych

«Ludzie nie dają się już przekonać naszym kazaniom, lecz w obliczu świętości — jeszcze wierzą, jeszcze klękają, jeszcze się modlą. Gdy przechodzi święty, żywy czy zmarły, przychodzą wszyscy…. Diabeł nie lęka się naszych stadionów sportowych, naszych kin; on boi się naszej świętości.  Błogosławię wam. Bądźcie święci»

Symeon Nowy Teolog, Xw., wielki pisarz mistyczny chrześcijańskiego Wschodu

Wielu uważa za błogosławione życie pustelnicze, inni życie we wspólnocie,
a więc cenobityczne, inni zaś sprawowanie rządów, wychowanie, nauczanie, zakładanie kościołów, mówiąc, że to przynosi pożytek duszy i ciału różnych ludzi. Ja natomiast nie przedkładam jednego rodzaju życia nad drugi, ani też nie mówię, że jeden jest godny pochwały, drugi zaś wzgardy. Jakiekolwiek więc są czyny i dzieła, błogosławione jest życie, które prowadzi się dla Boga i według Boga.

Proszę państwa, wszystko zaczęło się od Zwiastowania. Anioł Gabriel przyniósł młodemu dziewczęciu niebywałą wiadomość – propozycję, iż jako dziewica porodzi syna. O czymś takim świat nie słyszał, a Ona odpowiedziała „zgoda”, zupełnie nie wiedząc co Ją dalej czeka.

A Józef – proszę sobie wyobrazić zakochanego młodzieńca, który już po oficjalnych zaręczynach, ale przed ślubem, dowiaduje się, że jego luba spodziewa się dziecka, bez jego udziału.

Obydwoje zawierzyli Bogu i postępowali, i żyli, jak im okoliczności pozwalały, bez żadnej taryfy ulgowej. A teraz ta Rodzina jest dla nas wzorem świętości.

Został nam jeszcze do rozważenia jeden aspekt naszej codziennej świętości, mianowicie do czego nam to jest potrzebne? Po co się o nią starać?  Żyjemy w społeczeństwie i kulturze, które są nastawione bardzo ekonomicznie – każda nasza działalność powinna przynieść określony, całkiem wymierny zysk, im większy tym lepiej. Co więc daje nam świętość, ile na niej możemy zarobić? Jaka z niej korzyść? Na pewno jest w niej silny aspekt metafizyczny, po prostu miłość – jako odpowiedź na Bożą miłość do nas jako ludzkości i do nas indywidualnie, do każdego z nas po imieniu. Ale ten aspekt jest wyczuwalny i wiodący w przypadku niewielkiej liczby osób, to będą najczęściej ci „nobilitowani” święci, Ale my, szara masa, co my z tego mamy?

Pójdźmy po kolei. Nasza świętość to czynienie Bożej woli najlepiej jak potrafimy w każdej chwili, w całym życiu, w domu, w pracy, na spacerze i na ulicy. Jaka jest Boża wola? Chrystus streścił ją dla nas w jednym zdaniu: „abyście się wzajemnie miłowali”. Jeżeli wszystko co czynimy będzie dyktowane wzajemną miłością, nie tą hedoniczną, zdewaluowaną obecnie do zaspokojenia chwilowych pożądań, ale tą pełną, prawdziwą, to zanikną nasze zajadłe spory, kłótnie, wojny, zabójstwa, oszustwa, kradzieże i tyle różnych innych gnębiących nas zjawisk. Święty Paweł w swoich listach wymienia szereg z nich. To oczywiście jest mało wyobrażalne i mało realne w zakresie globalnym. Jest to jednak w zasięgu naszej wyobraźni i naszych możliwości w kręgu najpierw rodzinnym, potem w tym otoczeniu, w którym żyjemy, z którym się stykamy. Jeśli takich osób będzie więcej to i te kręgi dobra się powiększą. A czyż w naszym własnym życiu mało jest miejsca na poprawę uczuć i zachowań w myśl tego wskazania byście się wzajemnie miłowali. Tego nie da się bezpośrednio przeliczyć na dolary, ale będą to bardzo realne i bardzo wartościowe wyniki starań o świętość. Naprawdę warto o nią zabiegać.

Zanim skończymy, poprośmy tego samego Anioła Gabriela, który rozmawiał z Miriam, o pomoc w naszym życiu:

Święty Gabrielu, Archaniele,
który oznajmiłeś zwyklej ludzkiej rodzinie,
że pod jej opiekę odda się Prawdziwy Bóg, Stwórca wszechświata,
I ta rodzina stała się świętym wzorem dla nas wszystkich,
Prosimy Cię, dopomagaj nam w dążeniu do świętości
w warunkach, w których Pan stawia nas w konkretnej chwili i miejscu,
w troskach i radościach naszego dnia codziennego.
Naucz nas kochać świat i ludzi oraz wybaczać wzajemne przewinienia.
Wspieraj i prowadź nas i nasze rodziny do pokoju,
zgody i prawdziwej miłości

Amen.