Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół kalendarza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół kalendarza. Pokaż wszystkie posty

Przed Wielkim Postem


Niemal połowa lutego, a już za parę tygodni Wielki Post, trzeba będzie coś postanowić. Doskonale wiem i pamiętam, że wiele z tych moich pobożnych postanowień pozostaje nie do końca zrealizowanych, bo zawsze coś przeszkodziło, zawsze było jakieś “ale” (tutaj każdy może sobie wstawić własne “ale …”).
Chodzi za mną myśl, by w tym roku postąpić nieco inaczej. Nie będę podejmował z góry żadnych konkretnych postanowień. One i tak są zwykle wymyślane nieco na siłę. Myślę, że równie trudne do wypełnienia, a na pewno z dużym pożytkiem nie tylko duchowym ale również ogólnym dla mnie i bliskich będzie podejmowanie nazwijmy je doraźnych postanowień, nasuwających się w różnych sytuacjach w ciągu dnia. Nie odpowiem ostro na zwróconą mi uwagę, będę unikał zaspokajania chwilowych zachcianek, na dodatkowe ciastko, na drugą kawę, na drugą porcję czegoś tylko dlatego, że mi smakuje, itp. Gdy tylko pomyślę, że mogę tego ciastka nie wziąć, to już kropka, ciastko zostaje na stole.

Takie to są te moje myśli, nie do końca jeszcze wiem, czy dobre i czy się zdecyduję, to naprawdę może być niełatwe.

Trochę inaczej, ale też nawiązanie do okresu przed Wielkanocą. W piśmie Restoration, wydawanym przez Madonna House w Combermere, które jest mi bardzo bliskie swoją duchowością, trafiłem na artykuł jednej z członkiń tego zgromadzenia, która pisze o tym, jak to ona sama, zamiatając podłogi i schody, odnalazła drogę naśladowania Chrystusa w  rzetelnym wypełnianiu codziennych, najbardziej zwykłych, nudnych i nie zawsze przyjemnych obowiązków. W jakimś konkretnym przypadku brud z podłogi i schodów, używanych przez wszystkich mieszkańców domu, nawiewany był na nią samą i do niej przylegał. Skłoniło ją to do rozważań, jak to Chrystus idąc na Krzyż wziął na siebie cały brud grzechów świata, by go oczyścić przed Ojcem.

Zasada “duty of the moment –  obowiązek chwili”  - Bóg chce ode mnie dobrego, najlepszego jak potrafię, wykonania takiego zadania, jakie mi w danej chwili zleca czy to poprzez okoliczności, czy poprzez polecenie przełożonego, czy potrzebę bliźniego. Nie rozważania co było przed chwilą, ani planowania, co zrobię i jak zrobię za chwilę, ale pełnej uwagi zwróconej na to, co robię w tej konkretnej chwili. Ona się już nie powtórzy, Ta zasada, będąca jednym z głównych elementów duchowości benedyktyńskiej i konsekwentnie realizowana w Madonna House, jest mi bardzo bliska. Co wcale nie znaczy, że potrafię  naprawdę bez szemrania i bez potknąć, realizować ją w moim własnym życiu. Ale nie można się cofać przed próbami.


JuR         luty 2017

Mycie nóg


Po dyskusji z Piotrem na temat mycia nóg, Pan Jezus mówi: Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.

W każdej, nawet najbardziej prozaicznej sytuacji, mam naśladować Pana Jezusa, postępować za Jego nauką i przykładem

Oj, niełatwo.

Przecież stać mnie na coś więcej, niż mycie naczyń. Nie po to tyle lat spędziłem na nauce, by teraz tak marnować czas. Coś to chyba nie tak. To nie dla mnie. Chyba że Ewangelista się pomylił i coś przekręcił.

JuR      Wielki Czwartek 2016 

Parę myśli na najbliższe dni Wielkiego Postu


Niemal co dzień w czytaniu liturgicznym znajduję coś, co mnie pobudza do refleksji na temat
mego własnego życia. Oto tylko kilka z nich:

Przed spowiedzią

Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej,
W ogromie swej litości zgładź moją nieprawość….
            Pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz  (Psalm 51)
Papież nawołuje do odmiany sposobu życia, ogłasza Rok Miłosierdzia, a Syn Boży wołał:

Nadchodzi godzina, nawet już jest, kiedy to umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą.  (Jan, 15)

O kulcie pieniądza, ekonomii przed i ponad człowiekiem:

U stop Horebu zrobili cielca i pokłon oddawali bożkowi ulanemu ze złota. Zamienili swą Chwałę na podobieństwo cielca jedzącego siano.   (Psalm 106)


Niechęć i sprzeciww stosunku do Chrześcijan:

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny i sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekroczenie Prawa … jest potępieniem naszych zamysłów … (Mądrość, 2)


JuR             11 Marzec 2016

Wielki Post i tęcza

Wielki Post – czas nawrócenia, nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię. Nie zwróćcie tylko nawróćcie. Nawracać się, to znaczy odmienić sposób życia, skorygować cele i drogi. Nasz codzienny sposób widzenia świata to zwykle kłopoty, troski, praca, zabiegi o zapewnienie sobie i bliskim właściwego według nas poziomu życia. To normalne i konieczne.
Ale jest to też jak marsz po wyboistej drodze pełnej błota i kałuż. Patrzymy pod nogi, skaczemy przez kałuże, wzrok utkwiony w ziemię. Nawet nie dostrzegamy, że wokół kwitnące łąki, śpiewające ptaki, a na horyzoncie jaśnieje tęcza. Czy nasze wielkopostne nawracanie nie mogłoby polegać też na tym, że przez te czterdzieści dni co jakiś czas oderwiemy wzrok od ścieżki i spojrzymy nieco dalej i wyżej, by zobaczyć tęczę. Zobaczyć i naprawdę dostrzec piękno świata, który dostaliśmy w prezencie od Ojca. Dostrzec to piękno, pomyśleć o Ojcu i podziękować Mu za nie.

A o ścieżce piszę dlatego, że przypomina mi się słyszane jeszcze w czasach wczesnej młodości kazanie, w którym ksiądz właśnie o takiej drodze mówił. Przytaczał przykład: jeśli będziesz tylko zważał, aby nie wdepnąć w kałużę, to będziesz drogą bardzo zmęczony i przypuszczalnie i tak buty obłocisz. Raczej, uważając na kałuże, z większą uwagą wypatruj miejsc suchych, by na nich stawiać kolejne kroki. Tak więc moja myśl zmierza ku temu, by nie koncentrować się tylko na unikaniu zła, tych kałuż na drodze, ale też uważnie się rozglądać za możliwością czynienia dobra, i to dobro czynić. Na pewno przy okazji zobaczymy tęczę, taką tęczę, jaką Pan po potopie rozpiął na obłokach jako znak Swego przymierza z ludźmi.

JuR      luty 2016

Ostatnia Niedziela Adwentu

Ostatnie przygotowania spraw ziemskich, co na stół, co pod choinkę. Za nami wysłuchane rekolekcje, rachunek sumienia, rozliczenie z postanowień podjętych u początku Adwentu, kilka, może kilkanaście minut w konfesjonale (ach, tutaj też kolejki), radość z odnowionej relacji z Ojcem.

Wigilia tuż-tuż, jeszcze tyko kilka dni i zaczniemy śpiewać
Wesołą nowinę bracia słuchajcie
Niebieską Dziecinę ze mną witajcie

Wszystkim czytelnikom tego tekstu, jak również ich Rodzinom i bliskim, najserdeczniejsze życzenia Błogosławieństwa Nowo Narodzonego, zdrowia, radości życia i nadziei, Jam zwyciężył świat, na przekor zawirowaniom świata wokół nas.

Chwała na wysokości Bogu
a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.

JuR      Adwent 2015

Mój koniec świata

Koniec roku liturgicznego, początek nowego. Kilka dni temu były czytania o końcu świata, jak go widział prorok Daniel, co o tym mówił sam Jezus. Wizje niemal dokładnie pokrywają się z tym, co często wraca w różnych rozmowach i publikacjach, że właśnie teraz doświadczamy takich wojen, kataklizmów, że wszelkie zło zerwało się z łańcucha i wstrząsa światem, że koniec bliski.
Jak ja to widzę?, czy się nie lękam? Nie ukrywam, też się lękam, mam takie same myśli i skojarzenia. Jednak są we mnie dwa głosy, dwa odczucia. Jest myśl, którą trudno wyrazić na papierze, odczucie, do którego nie łatwo się przyznać. Spadające gwiazdy, a potem znak Syna Człowieczego i Chrystus na obłokach. Chciałbym to zobaczyć na własne oczy, przekonać się, na ile ta wizja odpowiada rzeczywistości. I chciałbym zobaczyć wówczas miny tych wszystkich, którzy teraz są ponad ten nasz religijny ciemnogród (ale to już czysta schadenfreude, aż wstyd się do tego przyznać).

A gdybym ten znak na obłokach zobaczył na własne oczy, to jeszcze pytanie czy będą to oczy mnie jeszcze żywego moim obecnym, ziemskim życiem, czy też już tego mnie „po drugiej stronie”. Tak, chciałbym to widzieć i wiedzieć, tylko jednocześnie bardzo bym nie chciał znaleźć się po niewłaściwej stronie tłumu stojącego przed Obliczem i Tronem.

To kilka takich pytań wysnutych z fantazji i naiwnej, niemal dziecinnej, ciekawości, ale bez rozsądnej odpowiedzi i dotyczą one totalnego, definitywnego, eschatologicznego końca całego znanego nam świata. Kiedy on nastąpi wie tylko Ojciec w Niebie, my wiemy, że będzie on niezależny od naszych obaw, dociekań i domniemywań.

 Mam jednak w sobie i drugi aspekt obrazu końca świata, znacznie ważniejszy i wymagający poważnego potraktowania już od zaraz. Końca, który na pewno nastąpi jeszcze za mojego życia, a dokładnie mówiąc to życie zakończy. Czy mam się go lękać? A może oczekiwać pogodnie, jako momentu uwolnienia od wszystkich lęków i katastroficznych obrazów? Jestem w wieku, w którym „statystycznie” mogę każdej chwili odejść w sposób całkowicie naturalny. Nie chcę wystawiać sobie oceny z mojego życia, nie było ono i w dalszym ciągu nie jest wolne od upadków, nawet wielkich. To prawda, nie zabiłem nikogo, ani nie popełniłem czynu, o którym bym wiedział, że ex opere operato niesie za sobą ekskomunikę. Ale jakżeż bardzo jestem umorusany codziennym błotem, o którym często nawet przy spowiedzi nie wspominam, by księdzu głowy nie zawracać takimi sprawami. Skorupa się z tego zrobiła naprawdę gruba, trzeba będzie długiego wypalania czyśćcowym ogniem by odpadła.

Czy w tej sytuacji mogę z niecierpliwością wyglądać spotkania z Panem? czy będzie ono dla mnie „bezpieczne”? W czasach mojej pierwszej edukacji religijnej Bóg był przedstawiany jako sprawiedliwy sędzia, który za dobro nagradza, a za zło karze. Od lat kilkudziesięciu w obrazie Boga dominuje miłosierdzie. Ono nie wyklucza sprawiedliwości i kary, jednak inaczej karze kochający rodzic, a inaczej policjant. A Bóg jest Ojcem. Od wielu lat praktykuję Medytację Chrześcijańską, ostatnio też Modlitwę Jezusową. Obydwie te formy prowadzą mnie ku coraz większemu zaufaniu właśnie w Ojcowskie Miłosierdzie, dominujące nad policyjną sprawiedliwością i karą.

Tak więc, jak na dziś, mogę powiedzieć, że chyba nie lękam się odejścia, mimo iż wiem na jak surowy sąd zasługuję. Obym tylko miał księdza przy sobie. Owszem, pewno będę się bał i bronił przed towarzyszącymi stanami bólu czy niedołężności, to chyba normalne. Ale jeśli myślę o moim własnym końcu świata, to więcej z lękiem i troską o tych, których pozostawię, i którym na dodatek pozostawię na głowie cały mój ziemski kram, książki, pamiątki, zbiory, i inne zabawki starego chłopa, które znajdą w różnych schowkach.

JuR                 grudzień 2015

Adwent - po co te cztery tygodnie?

Rozpoczął się Adwent – przed nami cztery tygodnie wyczekiwania. Tylko na co będziemy czekali? Czy na prezenty po choinką, samą choinkę, rodzinne spotkanie przy stole i może jeszcze z opłatkiem i z kolędami? Oczywiście, to jest to, czego się spodziewamy i do czego się przygotowujemy. To wszystko składa się na atmosferę świąt i nic złego w tym zestawie oczekiwań nie ma.
Tylko że jest on niepełny, brakuje w tym jednego, najważniejszego – brakuje Osoby, na którą czekamy, i na którą te wszystkie elementy mają wskazywać, i która ma być centrum naszych wszystkich przed - , i około-świątecznych zabiegów.

Boże Narodzenie. Bóg nie ma początku i nie ma końca, jakże więc można mówić o Jego narodzeniu. Co zatem obchodzimy, czego wyczekujemy? Będziemy obchodzili dwutysięczne któreś Jego urodziny jako człowieka, podobnego nam we wszystkim za wyjątkiem grzechu, jak pisał św. Paweł. W swojej Bosko-ludzkiej naturze, jako człowiek narodził się i umarł, ale jako Bóg jest wciąż z nami, wśród nas i w nas. I te wszystkie świąteczne tradycje i zabiegi mają nam przypominać tę Jego obecność, skłaniać nas do coraz większej świadomości tej Obecności i do postepowania zgodnego z tą świadomością, i do ciągłego korygowania naszego życiowego kursu, podobnie jak sternik widząc przed sobą latarnię koryguje stale kurs łodzi spychanej z trasy podmuchami wiatru.

Czas Adwentu powinien być dla mnie tym czasem, w którym uświadamiam sobie jak daleko życiowe wichry oddaliły mnie od trasy wyznaczonej poprzez Chrzest, Pierwszą Komunię i Bierzmowanie i koryguję trasę, podejmuję wysiłek powrotu na właściwy kurs.

To czas większego skupienia na istocie mojej wiary, otwarcia się na zamieszkującego we mnie i działającego we mnie Ducha Świętego, czas głębszej modlitwy, uświadomienia sobie własnych ułomności i grzeszności, spowiedzi i odnowienia prawdziwej, dziecięcej, zażyłości z moim -  naszym Niebieskim Ojcem, poprzez naszego ziemskiego Brata, Jezusa, którego urodziny będziemy tak uroczyście obchodzić.

Mickiewicz pisał
Wierzysz, że się Bóg narodził w Betlejemskim żłobie
lecz biada ci, jeśli nie narodził się w tobie.

Czy ja sam potrafię otworzyć się na te Narodziny?


JuR, początek Adwentu 2015

Niedziela Trójcy Świętej

Święto Trójcy Świętej, na Mszy kazanie o znaku krzyża. Kreśląc ten znak na sobie i powtarzając słowa W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego wyznajemy naszą wiarę w Trójcę. Nie rozumiemy Jej w pełni, chyba nigdy do tego nie dojdziemy, bo ta tajemnica wykracza poza zdolność naszego umysłu. Na tym zresztą polega wiara, że obejmuje to, czego rozum objąć nie jest w stanie. Niemniej każde nasze przeżegnanie się jest więc wyznaniem wiary.
Słuchając kazania pytam sam siebie i przyznaję – jakże często to moje „wyznanie wiary” przypomina raczej odpędzanie natrętnej muchy, po prostu macham ręką przed nosem. Czy ktoś stojący z boku jest w stanie rozpoznać w tych ruchach jaki kolwiek znak?

JuR         Niedziela Trójcy Świętej, 2013

Połowa Wielkiego Postu

Połowa Wielkiego Postu, czas pomyśleć jak ten okres spędziłem, jak zrealizowałem swoje postanowienia, co dalej - czy pójdę na rekolekcje, czy w końcu chociaż jeden raz odprawię Drogę Krzyżową? 

Zadając sobie te pytania myślami krążyłem głównie wokół postanowień nazwijmy to biernych - a więc zaczynających się od frazy “nie będę...”. Dopiero w dalszej kolejności było coś aktywnego -  “pójdę ..”, “odprawię ...”. Tu się zatrzymałem. Przy tym “odprawię ...”, oczywiście mowa o Drodze Krzyżowej, coś mnie zatrzymało. Na 14 tradycyjnych stacji patrzyłem zwykle jako na ciąg męki, w czasie której wydobyło się całe ludzkie okrucieństwo inicjatorów, wykonawców i świadków wyroku. Po ludzku patrząc, bez światła nadziei na jakiekolwiek dobro, które mogło by się tam ujawnić.

A przecież to zwykłe, ludzkie dobro też się tam dokonywało. Była Weronika, współczująca i samorzutnie spiesząca z gestem miłosierdzia, był Szymon z Cyreny, wprawdzie przymuszony, ale  w trakcie drogi wewnętrznie przemieniany, był łotr wiszący obok, bezsilny, ale bodaj słowem wyrażający całą dziejącą się niesprawiedliwość, był Jozef, członek Wysokiej Rady, ktory poprosił o Ciało, i oddał Mu swój własny grób. Były też niewiasty, które swym płaczem wyrażały współczucie, one nie zdobyły się jednak na żaden czynny gest.

Czy moje rozważania Drogi Krzyżowej nie przypominają czasem postawy tych niewiast. Raz w roku obchodzę czternaście wyróżnionych punktów na ścianie kościoła, coś tam medytuję, próbuje, na ogół bez powodzenia, wzbudzić w sobie współczucie i żal, a potem wracam do codzienności i właściwie nic się nie zmieniło. Może było by dobrze nie tylko współczuć, nie tylko unikać zła – tego “nie bedę ...” -  ale też pójść za przykładem Weroniki i zdobyć się na jakąś dobrą aktywność. Już teraz, nie czekając na specjalne okazje; czynić dobro takie, jakie w danych okolicznościach jestem w stanie, ale z lenistwa czy innych pobudek nie czynię.

Przecież Chrystus nie cierpiał męki po to, by mnie zachęcić do samobiczowania, ale za to, że nauczał jak dobrze żyć. A dobrze żyć to znaczy czynić dobro – nie tylko o dobru mówić, ale je naprawdę całym sobą realizować. Jeśli tak będę postępował, to, przynajmniej w moim życiu, droga od Ogrodu Oliwnego po Kalwarię nie będzie zmarnowana.

Wypić jedną kawę mniej w tygodniu, a tego dolara za nią dać na dobry cel w kościele, albo, gdy już się od tej kawy nie mogę powstrzymać, wypić ją, ale jednocześnie do skarbonki kościelnej wrzucić jej równowartość. To taki malutki pierwszy kroczek od postanowienia biernego (nie wypić) do aktywnego – dać do skarbonki dla kogoś kto nie ma. Post i jałmużna; bierne przechodzi w czynne.

JuR      Wielki Post 2013




Nowy Rok – Dzień Modlitwy o Pokój

Przepisane z modlitewnika, z roku 1985:

Panie, Boże pokoju, któryś stworzył ludzi, przedmiot Twej łaskawości, aby byli współuczestnikami Twej chwały, błogosławimy Cię i składamy Ci dzięki, boś nam zesłał Jezusa, Twego ukochanego Syna, a w tajemnicy paschalnej uczyniłeś Go sprawcą wszelkiego zbawienia, źródłem wszelkiego pokoju, więzią wszelkiego braterstwa.


Składamy Ci dzięki za pragnienia, wysiłki i czyny, które Twój Duch wzbudził w naszych czasach, aby zastąpić nienawiść miłością, nieufność zrozumieniem, obojętność solidarnością. Otwórz jeszcze bardziej nasze umysły i nasze serca na konkretne potrzeby miłości wszystkich naszych braci, abyśmy się stawali coraz bardziej budowniczymi pokoju.

Pomnij, Ojcze miłosierdzia, na wszystkich, którzy się trudzą, cierpią i umierają usiłując nadać światu charakter bardziej braterski. Niechaj Twoje królestwo sprawiedliwości, pokoju i miłości ogarnie ludzi wszelkich ras i języków. A ziemia niechaj napełnia się Twą chwałą.
Amen


Pokój – tak bardzo przez wszystkich upragniony, a jednocześnie tak trudny do osiągnięcia. Pokój można rozumieć dwojako: albo jako brak konfliktów i stanu wojny – to ten pokój którego oczekuje świat, albo jako wewnętrzny stan ducha wolnego od niechęci i napięć. To taki pokój o którym Chrystus mówił: „Pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani nie lęka”. Ja sam, jako niżej podpisany JuR, praktycznie nie mam żadnego wpływu na światową politykę i na wciąż toczące się wojny. Ale tenże sam JuR jest w pełni władny żyć w wewnętrznym pokoju, a poprzez ten swój wewnętrzny pokój obdarzać pokojem tych, z którymi się styka. Tylko tych, ale też aż tak wielu „tych”. Bo już to wielokrotnie doświadczyłem, że gdy np. w sklepie trafię na nachmurzoną i szorstką kasjerkę a płacąc uśmiechnę się do niej, to z reguły ona też odpowiada uśmiechem. Jeden promyk słońca więcej w jej życiu.

JuR        koniec roku 2012

Pod koniec Adwentu

Kończy się kolejny adwent, Boże Narodzenie za dwa dni. Jak ten adwent przeszedłem i jak wchodzę w ten dzień, na który czekamy? Czy tylko z myślami jakie złożę życzenia przy dzieleniu się opłatkiem i jak rodzina przyjmie prezenty, czy może z czymś więcej, z jakimś własnym, nawet maciupeńkim sukcesem w pokonywaniu moich wad, słabości, tego, na co najczęściej żona zwraca mi uwagę? Czy potrafiłem wyrobić w sobie poczucie stałej Bożej obecności i mojego stałego otwarcia na tę obecność?

Pisałem przed laty jak ewaluowało moje pojęcie przedświątecznych postanowień („umartwień”, jak się dawniej mówiło)(strona Z moich Zeszytow - 2) Jak od dziecinnych ograniczeń słodyczy i innych prostych przyjemności doszedłem do czegoś, co wymaga ode mnie więcej uwagi na każdą chwilę, a nie tylko sporadycznie w godzinach łaknienia. Do większej kontroli moich myśli i słów, zwłaszcza w stosunkach z domownikami, gdzie normalnie człowiek czuje się swobodniejszy w wyrażaniu swych emocji.

Podsumowując teraz ten mój tegoroczny adwent widzę, że na pewno przeszedłem go pełen dobrych chęci, niestety, tych chęci nie potrafiłem konsekwentnie wcielać w życie. Co jakiś czas podejmowałem dobrą myśl, nawet przez kilka godzin, a może i dni, udawało mi się przy niej trwać, ale potem gdzieś się ulatniała. Za parę dni wracała, przypominała się, domagała uwagi, ale w wielu przypadkach pozostawała tylko jako nieuleczony wyrzut sumienia.

Pisałem we wspomnianym wyżej tekście o powiedzeniu mego św. pamięci ojca iż „dobrymi chęciami piekło brukowane” i o cytacie z Mickiewicza „w słowach chęć tylko widzim, w działaniu potęgę, trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę”.

Naprawdę, tak mój ojciec jak Mickiewicz mieli rację. W stu procentach.

JuR koniec adwentu 2012

Adwentowe Oczekiwania

Co się dzieje, do czego te wszystkie przygotowania? Sklepy od miesiąca pełne błyskotek, prezentów i zachęt do ich kupowania, „Season Greetings”, czasem ale bardzo rzadko Merry Christmass. Kup tylko tu i tylko to, bo niedość że to najlepszy prezent z możliwych, to jeszcze zaoszczędzisz kupując go.
To biznes złapał wiatr i gna na całego. Byle szybciej, byle więcej sprzedać i zarobić. A ludzie omamieni reklamą nagromadzą to kolorowe barachło pod choinkami, a po kilku dniach światełka na choinkach zgasną, choinki pójdą do śmieci, a zawartość tych wszystkich paczek i paczuszek do piwnicy albo innego schowka rzeczy nieużytecznych. „Święta, święta i po świętach”. Na chwilę tylko, bo zaraz będzie nowy szał, chociażby pod hasłem św. Walentego.

 Adwent – czas oczekiwania. Czemu on służy, czego w nim oczekujemy? Czego JA oczekuję? Nie jacyś anonimowi, bezkształtni MY, tylko konkretnie, wskazany palcem JA. Wygląda na to, że ja też w dużej mierze uległem temu powszechnemu praniu mózgów, chociaż u mnie na pierwszy plan wysuwa się spodziewana ciepła, rodzinna atmosfera świąt, a nie te obłędne zakupy. Tyle, że nie to jest teraz najważniejsze. Spotkania z bliskimi, wspólne kolędowanie, Pasterka, Nowy Rok. To nie jest złe, to wszystko są dobre i potrzebne aspekty by Święta były naprawdę świąteczne. Ale co to wszystko znaczy, skąd się to wzięło i czemu służy? Przecież u źródeł tych obchodów leży fakt sprzed dwóch tysiącleci, fakt umiejscowiony w czasie i geografii właśnie te dwadzieścia wieków temu, a jednocześnie wymykający się i przekraczający wszelkie nasze po ludzku zrozumiałe granice czasowo-przestrzenne, fakt w każdej chwili i w każdym miejscu dziejący się „tu i teraz”.

To właśnie ten fakt powinien być u mnie na pierwszym miejscu listy adwentowych oczekiwań i przeżyć. Choinka, światełka, prezenty i kolędy mają tylko ułatwiać mi zrozumienie i podkreślać całą radosną i niepojętą wagę tego jedynego zdarzenia. Mają mnie pobudzić i przynaglić do wchłonięcia całym sobą tej prawdy i pójścia za nią „na całego”, tak jak handel idzie na całego w swoich sprawach.

JuR                  Adwent 2012

Listopadowe Myśli - Pamięci Naszych Rodziców

Nie ma już tutaj z nami, na Ziemi, naszych rodziców. Odeszli, wypełnili swoje zadanie i Pan ich odwołał. Teraz my jesteśmy blisko czoła kolejki, a ta pozycja, wraz z atmosferą miesiąca listopada, wprowadzają w czas wspominania i refleksji nad istotą życia.

Patrzę ma moich rodziców i widzę u nich od wczesnej młodości przejawiane zaangażowanie w czynienie dobra. Z wspomnień mojej Mamy wiem, iż charyzmat pracy dla drugich sięga czasów Jej dzieciństwa, (Jej ojciec też był społecznikiem) i lat gimnazjalnych. Była aktywną harcerką, jej drużyna inicjowała wiele działań na rzecz odrodzonej właśnie po I wojnie Polski, jej miasta Lwowa, i poszczególnych ludzi, zwłaszcza chorych i samotnych. Lata międzywojenne, wojna i czasy powojenne to dalszy ciąg tego społecznego podejścia. Taką aktywność na rzecz drugich, z niemal zupełnym zapomnieniem o sobie samej, przejawiała do ostatniej chwili. W jednym z jej zapisków znalazłem taką notatkę: nigdy nie zrobiłaś wiele / póki nie zrobisz czegoś wartościowego. Będąc już w podeszłym wieku i niemal nie wychodząc z domu nadal organizowała przeróżne akcje pomocy dla Polaków pozostałych na Wschodzie. Ojciec w młodości ministrant, członek Sodalicji Mariańskiej, w czasie wojny jak mógł, wykorzystywał swoją zawodową pozycję do pomocy znajomym i nieznajomym. Lata powojenne to troska o czterech synów, którym trzeba zapewnić właściwe wychowanie i start życiowy. Później stałe współdziałanie z Mamą w jej społecznych inicjatywach. Ja sam niejednokrotnie odczuwałem nawet pewną zazdrość o to zainteresowanie „na zewnątrz rodziny” zamiast ku swoim najbliższym, jak obserwowałem to wśród wielu znajomych, nakierowanych całym jestestwem jedynie na swoją własną rodzinę. Myślę, że moi bracia podobnie, chociaż tego nie mówili.

Wspominam Teściową. W momencie wkroczenia Niemców do Lwowa teść, pracownik Politechniki Lwowskiej, był w okolicach Warszawy, tam później zginął on sam i jego matka. Została sama z dwójką małych dzieci. Do mieszkania wkracza niemiecki oficer. Po chwili nakazuje, by w ciągu dwóch godzin stawiła się w komendzie. Te dwie godziny dostała od niego w prezencie na uratowanie siebie i dzieci. Nie wiemy jaką cenę on sam za to zapłacił, ale pokazał, że w każdym narodzie są ludzie dobrzy, potrafiący czynić dobro niezależnie od okoliczności. Po wojnie sama z tą dwójką dzieci i własną matką wychowuje i kształci dzieci, utrzymuje dom, mieszkając w te cztery osoby w dwóch mini-pokoikach, z łazienką pełniącą też funkcję kuchni, na drugim końcu długiego korytarza. Wyszła z domu przed wojną zamożnego, teraz przez lata niemal pozbawiona własnego życia na rzecz tych pozostałych bliskich. Od kiedy ją poznałem, zawsze była pogodna, nie słyszałem od niej słów potępiania kogo kolwiek.

Życiu moich rodziców od wczesnego dzieciństwa towarzyszyła modlitwa, a głęboka wiara kierowała ich codziennym postępowaniem i inspirowała do ustawicznego poszukiwania okazji do dobrych uczynków. To określenie dobry uczynek w ciągu mojego własnego życia jakoś stopniowo zanikało, jakby ze wstydem wycofywało się z codziennego języka i czasem tylko pojawiało się w pobliżu konfesjonału. A tymczasem dobry uczynek jest tym, bez czego nasza wiara jest bezwartościowa – "wiara bez uczynków martwa jest". Mama i Tato, Teściowa, niemiecki oficer, swym życiem pokazali nam, że ten dobry uczynek może wyparty został z naszego słownictwa, ale w swej treści nic nie stracił na znaczeniu, że można go świadczyć w każdych okolicznościach, w każdej kondycji fizycznej i finansowej.

W swych listach do nas Mama pisała (czasem cytowała, nie wiem skąd):
Serce sercu serce daje
Serce w sercu niech zostaje
Serce serce o to prosi
Niech to serce w sercu nosi

Sama będąc w podeszłych latach bardzo głęboko odczuwała potrzeby innych starszych osób
i jak tylko mogła wybiegała im naprzeciw. Gdy nie mogła inaczej to bodaj telefonowała by rozproszyć na chwilę ich osamotnienie. Przytoczę na koniec wiersz, który tez nam przysłała ku pamięci:
Nie tylko chleba starszym ludziom potrzeba, nie tylko chleba
Ale miłości od dzieci potrzeba
Nie tylko opieką należy otoczyć ich stare lata, Nie tylko opieką
Ale otrzeć te oczy smutne gdy łzy z nich ciekną
Gdyby tak dzieci o tym wiedziały, gdyby wiedziały
To by im z serca okruch miłości choć czasem dały.

"Czy uświadomiliście sobie jaki jest sens waszego życia? Czego Bóg żąda od każdego z nas? Jakimi metodami osiągniemy cel, który Bóg nam wyznaczył?"

Miłość bliźniego – nie fizyczna jej strona  - ale ta miłość, która musi być czysta, bezinteresowna w najwyższym stopniu. Taka miłość otworzy nam drogę ku prawdziwemu Życiu.

JuR                  koniec października 2012

 (ten sam tekst również na stronie Polonii North)

Listopad – gdzie są nasi bliscy?

Zbliża się listopad. Dzień Zaduszny, Wszystkich Świętych. Święci w języku używanym w listach apostolskich, a potem przez pierwszych chrześcijan, to byli wszyscy wyznający Chrystusa. Wszyscy oni byli, i my też jesteśmy, powołani do świętości. Do świętości powołani też byli nasi bliscy, którzy już odeszli z tego swiata. Nasza tradycja dwa pierwsze dni listopada w sposób szczególny poświęca odwiedzaniu grobów bliskich. Wspominaniu ich, modlitwom w ich intencji.

Mieszkam w Kanadzie, tu jeszcze nikt z naszych bliskich nie spoczął, nie mamy tu żadnego bliskiego grobu. Myśl biegnie więc tam, gdzie oni są - rodzina moja i żony; nie sięgam daleko wstecz, zaledwie dwa – trzy pokolenia, o których pamięć w rodzinie jest jeszcze żywa. Groby rozproszone po różnych zakątkach byłej Rzeczypospolitej: Podole, Lwów, Warszawa, Zakopane, Morawy, Kraków, Katowice, Opolszczyzna. Tam pozostali, tam są pochowani. Ale czy oni naprawdę tam pozostali? Tam pozostały już tylko prochy z ich ciał. A oni – gdzie są Oni? Gdzie są ci wszyscy nasi święci? Nie ci kanonizowani, nie tacy z obrazków, ale święci z racji chrztu, który niegdyś wprowadził ich w krąg Ludu Wybranego, Królewskiego Kapłaństwa, Narodu Świętego, uczynił z nich Szczególną Własność Boga, jak pisze Apostoł Piotr. Gdzie Oni są? Nie ich ciała tylko ONI. Bo to ICH mamy w tych dniach wspominać, ICH odwiedzać, o NICH pamiętać, nie o ich dawno nie istniejących ciałach.

Dlaczego pytam gdzie ONI są? Oni są przecież tu, koło nas, z nami. Wierzę w świętych obcowanie, więc wierzę i wiem – powinienem wiedzieć - że oni są stale obecni w naszym życiu, że je widzą, że tak jak my wstawiamy się u Pana w ich intencji, tak oni wstawiają się za nami. To właśnie jest obcowanie, takie życie ze świadomością, że ten ktoś jest przy mnie, zna moje troski i radości, zawsze myśli o mym dobru i zabiega o nie, każdej chwili jest gotów mi pomóc. A jednak w tych dniach myśli biegną do miejsc spoczynku ich ciał, do znanych cmentarzy i grobów. Tu gdzie mieszkamy nie ma zwyczaju odwiedzania cmentarzy w tych dniach listopadowych, brak nam bardzo tej jedynej w ciągu roku atmosfery nasyconej zapachem palących się świeczek i zniczy, z dala widocznej poświaty od nich bijącej, krzątaniny wokół grobów, nawet tych grobów zapomnianych, na których ktoś litościwy zapalił opuszczonej duszy samotną świeczkę. To prawda, że większość naszych dawnych, w Kraju, spotkań przy grobach sprowadzała się do króciutkiej chwili własnej modlitwy, a reszta czasu to było wspólne milczenie, albo rozmowy nie wiele mające wspólnego z istotą tych dni. Mimo to czuło się, wisiał w powietrzu i otaczał wszystko wokół, jakiś specyficzny nastrój powagi i refleksji. Tego wszystkiego nam brak.

Nasi księża, świadomi tych braków, organizują w niedziele najbliższe 1-go listopada wspólne modlitwy na cmentarzach, na których istnieją większe kwatery grobów polskich. One wprawdzie nie zastąpią tego, czego nam tak bardzo brak, ale przypominają o naszych zmarłych i dają impuls do chwili zadumy. Bez tego, zabiegani codziennością, zupełnie byśmy ich wymazali z pamięci. Tak po trochu zaniechując naszych polskich zwyczajów i tradycji i zapominając o przodkach, stalibyśmy się wkrótce istotami „z nikąd” – bez korzeni, bez własnej tożsamości i kultury, takimi amebami rzucanymi przez prądy. A za kilka czy kilkanaście lat nasze dzieci nawet by nie potrafiły odpowiedzieć sobie samym na pytanie kim są i skąd się wzięły. Lata temu Norwid pisał: „Ojczyzna to ziemia i groby”. Taka wspólna modlitwa za wszystkich zmarłych, w tym jednym dniu w roku, daje nam świeży oddech naszej pierwszej ziemskiej Ojczyzny.

JuR                  październik/listopad  2012


Listopadowe refleksje – trzy stare notki

Dwa pierwsze dni listopada to czas szczególnych refleksji. Od lat je notowałem, teraz kilka z nich próbuję zebrać razem.


Stare cmentarze         (notka z roku 2007)

Mieszkając od kilkunastu lat w rejonie zwanym GTA i poruszając się po okolicach napotykam bardzo często malutkie, czasem zaledwie kilku, co najwyżej kilkunasto-grobowe cmentarzyki. Wciśnięte niejednokrotnie pomiędzy zabudowania przemysłowe, czasem ukryte wśród domów mieszkalnych, są niewątpliwie świadectwem niezbyt chyba odległej (jak na moje europejskie pojęcie historii) przeszłości, gdy te okolice nie wiedziały jeszcze co to znaczy Greater Toronto Area, a ludność mieszkała i gospodarowała w niewielkich osadach rozrzuconych po terenie. Zmarłych, co zupełnie naturalne, grzebano w pobliżu osady, no, może parę minut jazdy konnym zaprzęgiem od peryferyjnych domostw.        
                         
Na wielu z tych cmentarzyków nie widać obecnie nawet śladów pamięci o spoczywających tam zmarłych, niemniej są one jakoś omijane przez zachłannych i wszystkożernych a wiecznie nienasyconych deweloperów. Niedawno nawet, co odnotowalem z dużym zaskoczeniem i oczywiście łaskotaniem pod sercem, w Brampton gdzie mieszkam podjęto inicjatywę zadbania o nie, nie tylko jako o świadectwo historii, ale poprostu jako o miejsca pochówku, miejsca, gdzie spoczywają zmarli. Tak więc cieszmy się, bo skoro podejmujemy takie "cmentarne" inicjatywy to znaczy że jeszcze nie całkiem zdziczeliśmy. Grzebanie zmarłych i jakiś rodzaj pamięci o nich jest ponoć jednym z wyrożników rodzaju Homo. A przecież na takim skrawku gruntu można by wybudować jakiś budynek i sprzedać albo wynająć mieszkania, a ci zmarli to żaden dochód - czysta strata, bo jeszcze wypada czasem bodaj trawę skosić.

 I tak jakoś patrząc na te cmentarze i w myślach polecając Panu ich nieznanych mi "mieszkańców" pomyślałem o dziwnej logice naszych czasów. Z jednej strony pamiętamy o zmarłych, zamieszczamy w gazetach nekrologi i wspomnienia o nich, witamy z honorami każdego poległego w Afganistanie żołnierza, podliczamy ile to ludzkich istnień zabrało tornado czy tsumani, a z drugiej bez zmróżenia oka pozbywamy się co dzień setek istnień, które nawet nie zdążyły samodzielnie odetchnąć, bo wyrwano je z łona matki (czy matka to właściwe słowo w tym przypadku?). Kilkanaście dni temu świat obiegła wiadomość o tragedii w jakimś szpitalu włoskim, w którym na zlecenie rodziców usunięcia jednej z bliźniaczek z rozpoznaną wadą rozwojową pomyłkowo usunięto zdrową. A jaka była reakcja rodziców? "Jesteśmy zdruzgotani" - powiedzieli prasie, ale zaraz usunęli tę drugą też. Dziecko wymagające jakiejś większej troski poprostu nie było im potrzebne.

Znamienna też jest zmiana naszego obiegowego słownictwa. Gdy byłem młody, a nawet jeszcze w moim męskim wieku mówiło się często że ona jest "w stanie błogosławionym". Obecnie nie słyszę tego określenia, natomiast zwykle spotykam w rozmowach powiedzenie"wpadła". Takie słownictwo, a słowo powinno przecież wyrażac treść naszych odczuć i myśli, wpisuje się jakoś w tę ogólną mentalność ekonomiczno - hedonistyczną: dziecko to kłopot, wydatki, zmartwienia, uwiązanie i ograniczenie własnej swobody, rezygnacja ze "spełnienia się", itd, itd. A więc dobrze się zastanówmy i przekalkulujmy. No a już dziecko mniej niż doskonałe - toć to przecież zupełny absurd.   

Może by tak w okolicach naszych polskich Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego pomyśleć też o tych małych duszach, które jako społeczeństwo wszyscy mamy jakoś na sumieniu. Nie znam się na teologii i nie wiem czy nie wygłaszam teraz jakiejś herezji, ale tak sobie myślę, że może te małe duszyczki gdzieś tam z wysoka patrzą na swych biologicznych rodziców i kto wie, czy nie wstawiają się za nimi. Tam przecież powinna panować powszechna miłość bez cienia jakichkolwiek negatywnych uczuć, a taka miłość nakazywała by zabieganie o dobro tych pozostałych "na dole" nawet jeśli się okazali ... no właśnie -- jak to określić?
JuR       2007



Listopad          (notka z roku 2008)

Jak wycieczki i archeologia pobudziły mnie do rozważań o świętych obcowaniu. Gdy odmawiam modlitwę „Wieczny odpoczynek. racz im dać Panie...” to powinienem objąć nią nie tylko tych, których znałem z imienia i nazwiska, ale ... no właśnie, kogo? I jak daleko wstecz w czasie?

Przeczytałem ostatnio wspomnienie księdza, który z jakiegoś powodu był przez długi czas zmuszony do odprawiania codziennej mszy świętej całkowicie samotnie. Gdy kolejne etapy liturgii wymagały zwrócenia się do wiernych wiedział, że zwraca się do fizycznej pustki wokół siebie. Aż pewnego razu wznosząc ręce podczas wezwania do Ojcze Nasz odniósł wrażenie, że ręce zatrzymują mu się na wysokości bioder, a w przymkniętych oczach zobaczył nieskończony łańcuch ludzki ciągnący się w obydwie strony od jego rąk. Zrozumiał, że w tym momencie, tak jak w każdej mszy odprawianej na świecie, urzeczywistnia się „świętych obcowanie”. Od tego czasu wszystkim jego następnym mszom, mimo iż nadal odprawianym w samotności, towarzyszyło poczucie głębokiej więzi z całą ludzkościa, tą żyjącą obecnie w różnych zakątkach świata, i tymi pokoleniami które już dawno odeszły.

Pod wpływem tego wspomnienia pomyślałem o moich wewnętrznych niepokojach ilekroć czytałem o wykopaliskach w których odkrywano szczątki ludzkie, jak np. o egipskich piramidach z mumiami, które później poddawane są różnym badaniom, a na końcu wystawiane w muzeach na widok publiczny. Wiem, że na pewno przez wielu, jeśli nie wszystkich, czytelników tego tekstu zostanę potraktowany jako ciemnogród i mamut. Ale cóż pocznę, skoro takie ciemnogrodzkie myśli mnie nachodzą. Otóż jak wąska jest granica, jeżeli wogóle takowa istnieje, pomiędzy takim naukowym wtargnięciem w czyjeś miejsce wiecznego spoczynku, a tym co nazywamy profanacją zwłok.

Takie myśli ponownie mnie naszły ze zdwojoną siłą gdy na jednej z wycieczek przewodnik zaprowadził nas w pustynną okolicę w Peru, gdzie przypadkowo robotnicy pracujący przy wykopach natknęli się na szereg grobowców Indian zawierających doskonale zachowane zwłoki, pochowane zgodnie z rytuałem, w pełnych uroczystych szatach i w odpowiednich pozycjach. Odkopano kilka takich grobowców, zawierających łącznie kilkanaście zwłok. Widok fascynujący, bo szaty nie zbutwiałe, w pełnych, nie wyblakłych kolorach, jedynie czaszki wybielałe, pozbawione skóry i mięśni, natomiast pozostały na nich włosy splecione w  długie warkocze (podobno długość warkocza była związana z rangą społeczną).

Patrzyłem w głąb grobowców na te postacie siedzące na ziemi niczym na jakimś  zgromadzeniu plemiennym, dolatywały mnie komentarze innych oglądających i myślałem sobie, że jeśli Bóg pozwoli naszemu światu jeszcze trochę potrwać to za kilkasetlat ktoś może tak samo patrzeć na mnie. Patrzyliśmy na nich jak na lalki w sklepie, komentowali że bylitacy malutcy, a we mnie tkwiła myśl, że to przecież kiedyś byli żywi ludzie, mieli swe rodziny, domy, problemy, radości i smutki. Mieli swoje bóstwa którym oddawali cześć i kto wie czy nie z większym respektem niż my traktujemy naszą wiarę. I że choć według naszych pojęć poganie,to też dzieci Boże i za nich też Chrystus cierpiał. I dalej rozważałem że przecież nasze ciała z prochu powstały i w proch się obrócą, że te postacie które teraz oglądam to już tylko ładnie uformowana i zakonserwowana materia, duch z nich dawno uleciał, więc o co chodzi. Ale jednak w każdej kulturze, nawet takiej która całkowicie neguje niematerialny wymiar człowieka, istnieje respekt dla ludzkich zwłok. I nie ma w tej sprawie jakiegoś czasu krytycznego, przed upływem którego zwłoki są nietykalne,  a po którym można już traktować je dowolnie.

I tu wracam do kwestii moich wątpliwości. Powiedzmy, (a historia odkryć uczy że takich przypadków jest sporo), że osoby prywatne odkrywają taki grobowiec i wydobywają z niego wszystko co wartościowe i co można ewentualnie spieniężyć czy inaczej wykorzystać. Bez wątpienia traktujemy to jako przestępstwo w kategoriach prawnych, a nierzadko również jako profanację zwłok. A jeśli teraz ekipa wyposażona w etykietę „naukowa” rozbiera takiego nieboszczyka, odwija bandaże spowijające mumię, zabiera z grobowca wszystkie przedmioty i eksponuje je w rozmaitych muzeach to co? Czyż nie czyni tego samego? Aby otworzyć sarkofag z podziemi katedry wawelskiej potrzeba z pewnością zgody wielu urzędów na wysokich poziomach władzy. A jeśli przy wykopach pod głęboki fundament robotnicy natrafią na szczątki bezimiennego grobu to zajmie się tym ekipa lokalnych archeologów. Czym się te dwie osoby różnią w świetle wiary? Bóg przecież nie patrzy na osobę. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi, więc dlaczego jeden ma być po śmierci chroniony a drugi nie?

I jeszcze dalsze myśli i pytania mnie nurtowały. Właśnie zbliżone do tej wizji księdza o świętych obcowaniu. Mamy się modlić za żywych i umarłych. A więc naszą modlitwą obejmujemy też tych wszystkich zmumifikowanych władców sprzed tysiącleci, żołnierzy faraona zalanych falami Morza Czerwonego w pogoni za Mojżeszem i jego ludem, i tych bezimiennych których niekompletne szkielety są przypadkowo odkrywane podczas robót ziemnych, i tych którzy zostali zaskoczeni wybuchem Wezuwiusza i zginęli pod jego popiołami, a teraz oglądamy w Pompei ich zwęglone i pokurczone zwłoki ....?  Z wszystkich czasów i pokoleń? Bez wyjątku? A co z bratobójcą Kainem? A co ze Stalinem? Jak u Boga liczy się czas „czyśćcowy”? A może wielu z nich jest już oczyszczonych i naszej modlitwy nie potrzebuje?
Listopad – miesiąc pamięci o zmarłych ....

JuR       2008



Ojczyzna – to ziemia i groby  (notka z roku 2009)
Nieco nostalgii za tym, co zostawiliśmy za oceanem
ten tekst poświęcam pamięci Rodziców

Zbliża się listopad,  miesiąc poświęcony pamięci zmarłych. W pierwszym roku po przyjeździe  do Kanady postanowiliśmy pójść 1 listopada całą rodziną na najbliższy cmentarz i chociaż wszystkie „nasze” groby pozostały w Polsce (a te starsze we Lwowie), to przynajmniej na jakimś tutejszym opuszczonym zaświecić świeczkę i zmówić wieczne odpoczywanie. Jakież było nasze zdumienie i rozczarowanie, gdy jeden, drugi, ...  kolejny odwiedzany cmentarz  przysłowiowo świecił pustkami. Głucho, ciemno, ani żywej duszy. Nawet baliśmy się tę przyniesioną świeczkę zapalić, by nas nie posądzono o pirotechniczne zamiary. Zrobiło się nam smutno. A pamięć podsuwała obrazy wryte tam od dzieciństwa – całą atmosferę porządkowania cmentarzy, czyszczenia grobów, sadzenia swieżych kwiatów, spotkań rodziny przy grobie bliskich, z dala widocznej łuny nad cmentarzem i specyficznego zapachu uschłych lisci (wszak to już listopad i zwykle te dnie były chłodne) i topiącej się stearyny z niezliczonych świeczek i lampionów.

Mam od dzieciństwa wpajaną przez rodziców świadomość świętych obcowania.  Pamięć o zmarłych tych których jeszcze sami znaliśmy, a zwłaszcza najbliższych z rodziny i grona przyjaciół wydaje się sprawą normalną przez najbliższe kilka lat po ich odejściu. Potem codzienność odsuwa ich postacie w cień, i czasem tylko w jakąś okrągłą rocznicę pojawi się ich wspomnienie. Mama nauczyła mnie, swoimi naukami i własnym przykładem, że zmarli nie rozpłynęli się w nicości, że oni są z nami i my mamy być z nimi, i że my ich, a oni nas wzajemnie się modlitwami wspomagamy. Jak daleko wstecz sięgam pamięcią zawsze przy jakichkolwiek rodzinnych spotkaniach z modlitwą było też "wieczne odpoczywanie" często w intencji konkretnej osoby, a często ogólnie za zmarłych. Często się przeciw temu buntowałem, ale dojrzewając w latach widzę jak głęboka była Rodziców świadomość "świętych obcowania" i jaka konsekwencja w pamięci o nich. Mama też wzbudziła we mnie nawyk który praktykuję do dzisiaj, że ilekroć jestem świadkiem pogrzebu zanoszę do Boga krótkie westchnienie o miłosierdzie dla tej duszy. Tak samo dzięki Mamie przechodząc koło jakiego kolwiek cmentarza modlę się w intencji wszystkich tam spoczywających; czasem nawet tę modlitewną pamięć rozszerzam na wszystkie ludy i pokolenia, bo przecież naprawdę wszyscy miłosierdzia potrzebujemy.

Katechizm wymienia uczynki miłosierne co do duszy: Modlić się za żywych i umarłych.

Moja Mama w swoich wspomnieniach spisanych dla nas – czterech synów i ich dzieci pisała tak o swoich latach szkolnych:
Z harcerstwa wyniosłyśmy szacunek dla powstańców z r. 1863.
Na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny harcerze trzymali straż przy grobach osób zasłużonych, a nekropolia lwowska ma ich wiele. To był zaszczyt i honor - stać na straży.

A w latach osiemdziesiątych pisała do nas:
 „Pamiętajcie o modlitwie – albo dawajcie co miesiąc do skarbonki 5 zł na wspólną mszę za dusze zmarłych.  Schowajcie tę kartkę, uszanujcie moją myśl – pomagajcie zmarłym".

Nie wiem na ile powszechny był to zwyczaj, ale u moich rodziców zawsze w rocznicę śmierci kogoś z bliskich Mama wystawiała zdjęcie tej osoby i paliła przy nim świeczkę. Nie mogę z czystym sumieniem potwierdzić że te rodzinne nauki i zwyczaje sam zachowuję i że przekazałem je nie zubożone swym córkom. Wiele z nich po drodze zaginęło, inne jakoś się nie przyjęły w moim domu. Dopóki byliśmy w Polsce to cała ta zewnętrzna oprawa Święta Zmarłych była czymś zupełnie oczywistym i dzieci w tym uczestniczyły i w tym wzrastały. Ale tutaj, przy zupełnym braku świątecznego klimatu tych dni nie stało wytrwałości i umiejętności kontynuowania. Piszę wyraźnie o zewnętrznej oprawie, bo myślę że do zrozumienia istoty Święta potrzeba wewnętrznie dojrzeć, a to przychodzi na ogół z wiekiem. Nawet nie wiem, czy ja sam już je w pełni rozumiem.

Na zakończenie zacytuję z pamięci – więc może nie całkiem precyzyjnie – uwagę którą przed laty usłyszałem na nagranych na taśmę magnetofonową rekolekcjach ks. Malińskiego. Wspominając iż w Japonii spotkał się z zwyczajem przechowywania prochów zmarłych przodków w specjalnych urnach w domu i obdarzania ich dużą czcią, mówi że my „wyjałowiliśmy nasze otoczenie (z  pamięci tych co odeszli - JuR) i teraz samotni wyjemy jak te wilki do księżyca”.

ps.       A może ksiądz się myli? Przecież już od miesiąca przestrzeń wokół nas wypełniają halloween’owe duchy, straszydła i kościotrupy.

JuR       Październik 2009

Rekolekcje – czas przejrzenia i nawrócenia

Czytanie z Ewangelii wg św. Marka o uzdrowienu niewidomego wskazało mi etapy które trzeba przejść w drodze do nawrócenia - do "przejrzenia" w sensie duchowym:

1.     niewidomego „przyprowadzili” do Jezusa, nawet nie przyszedł sam, tylko został przyprowadzony - to jest rola każdego z nas "posłanych" - przyprowadzić kolejnego "niewidomego", albo też samemu dać się przyprowadzić, np. zareagować na ogłoszenie o rekolekcjach i pójść na nie
2.     Chrystus wyprowadził go poza wieś - trzeba się odsunąć od całego zgiełku "wsi", od wszystkiego co nas bez przerwy atakuje i absorbuje, i znaleźć w sobie nieco spokoju, znaleźć się „na pustyni”
3.     teraz dać czas Chrystusowi (Duchowi Świętemu) by "położył rękę"; wysłuchać uważnie nauk rekolekcyjnych
4.     następuje pierwsze, jeszcze nie całkiem wyraźne "przejrzenie" -  zaczynamy dostrzegać wartości inne niż ten cały światowy („wiejski”) zgiełk, chociaż wciąż jeszcze jakoś w nim tkwimy
5.     Chrystus (Duch Święty) dalej działa i utwierdza naszą wiarę („widzimy wyraźnie”); wysłuchane nauki pobudzają nas do własnych rozważań i postanowienia o zmianach w naszym życiu
6.     po przejrzeniu "nie wracaj do wsi" - nie nasłuchuj zgiełku świata jako jedynego źródła informacji i motywu działania, ale pozostań w wewnętrznym spokoju i z właściwym dystansem do tego, czym nieustannie atakują media, a co jest ważne tylko do kolejnej migawki w TV.

JuR      marzec 2012

Droga Krzyżowa – po której jestem stronie?

Całe moje życie to droga krzyżowa przebywana na przemian raz z Jezusem a raz z Jego przeciwnikami i katami.

Gdy przyjmuję niedogodności, trudy, przeciwności, choroby, niesympatycznych bliźnich, ze spokojem i zaufaniem w ostateczny dobry cel tego wszystkiego – jestem wraz z Jezusem, pomagam Mu nieść Jego Krzyż.

Ilekroć utyskuję, narzekam na los i Pana, który dopuszcza na mnie takie zdarzenia – jestem żołnierzem przywiązującym Jezusa do słupa by Go biczować. A gdy grzeszę – już jestem tym który biczuje; każdy mój grzech to uderzenie biczem.

Tłum pod pałacem Piłata woła ukrzyżuj Go. Jestem w tym tłumie. Krytykuję publicznie Kościół, księży, praktyki religijne – jestem jednym z tych wołających o ukrzyżowanie.

Ile razy milczę wobec nieprawdy, zwłaszcza wobec złych słów mówionych o Kościele, kapłanach, o Chrześcijaństwie – jestem z Piłatem, po jego stronie; widzę zło i nie reaguję na w miarę moich możliwości – umywam ręce jak Piłat, skazujący Jezusa na śmierć.

       I.            Stacja I.    Jezus na śmierć skazany

Panie Jezu, jestem z Tobą ilekroć staję w obronie prawdy, gdy bronię kogoś przed zarzutami i obmową;
gdy milczę, nawet w duchu, wobec niesprawiedliwego zarzutu ze strony domowników; gdy spokojnie przyjmuję i wyjaśnam nieporozumienia, bez zdenerwowania i „odbijania”.

Ale przebacz, Panie, gdy plotkuję o znajomych, sam ich obmawiam, gdy moje słowa czynią komuś krzywdę, psują opinię, albo niesłusznie osądzają ich czyny. 
Staję wówczas przeciwko Tobie, jestem po stronie tłumu wołającego o skazanie Cię.

     II.            Stacja II.    Jezus bierze krzyż na ramiona

Panie Jezu, wkładam na Twe ramiona krzyż ilekroć gderam i źle i niedbale wykonuję moje codzienne obowiązki, służbowe, domowe, rodzinne, społeczne, gdy na pierwszym miejscu stawiam swoje osobiste zachcianki, zaniedbując dobro żony, rodzeństwa, dzieci. 
Proszę Cię, pomóż mi podjąć dobrowolnie i konsekwentnie utrzymywać jakieś  osobiste umartwienie, nie wymagane żadną inną przyczyną jak tylko z pobudek miłości Ciebie i bliźniego; pomóż też zawsze, bez wyjątku, na pierwszym miejscu stawiać dobro bliźniego, a nie moje własne „Tylko miłość powinna rozstrzygać, czy coś ma być wykonane czy zaniechane, (z encykliki Redemptoris Missio JPII)

    III.            Stacja III.   Jezus pierwszy raz upada

Znam osobę, która upada pod ciężarem myśli i psychicznego bólu, których nie ma z kim podzielić. Czuje się zupełnie osamotniona wśród najbliższych. Potrzebuje życzliwego i cierpliwego rozmówcy, ale głównie słuchacza. Wiem, że mógłbym nim być, liczy na mnie, ale ja  wciąż unikam.
Panie Jezu – pomóż mi się przełamać i wyjść jej naprzeciw.

   IV.            Stacja IV.   Jezus spotyka Matkę

Ból bezradnego patrzenia na cierpienia kogoś najbliższego, własnego dziecka. Nie jestem w stanie nic temu zaradzić. Jedyne, co mogę zrobić, to modlić się i wierzyć, że w Bożych planach ma on sens. I ufając Bogu iść z tym dzieckiem.
Maryjo, prowadź.

     V.            Stacja V.   Szymon pomaga Jezusowi nieść krzyż

Panie Jezu, proszę, pomóż mi zawsze z całego serca i wszystkich sił i możliwości pomagać bliźnim w jakiejkolwiek opresji się znajdą.
Pomóż mi wyzbyć się swoich zachcianek i osobistych przyjemności, i oddać się całkowicie temu, co daje prawdziwe dobro żonie, dzieciom, bliźnim. Św Paweł pisze: niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne – dla jego dobra, dla zbudowania.
   
   VI.            Stacja VI.   Weronika ociera Jezusowi twarz

Panie Jezu, zdawało mi się, że ocieram parę kropel potu z Twojej twarzy gdy podjąłem starania o przywrócenie w rodzinie zgody zagrożonej przy debatach o drażliwej sprawie. Ale jednocześnie w myślach i rozmowach obciążam winą tylko jedną stronę, nie widząc udziału mego własnego i pozostałych osób. więc tak naprawdę to nic nie ocieram, a raczej jeszcze dodaję Ci trosk.
Przebacz mi i dopomóż bym zobaczył też moją winę w powstaniu tych nieporozumień.

 VII.            Stacja VII.   Jezus drugi raz upada

Nie dotrzymałem tego, co sobie kiedyś postanowiłem; znowu odpowiedziałem żonie złym i zniecierpliwionym tonem.
Z łakomstwa zjadam więcej niż potrzebuję, nie dotrzymuję swoich postanowień postnych.

VIII.         Stacja VIII.   Jezus pociesza płaczące niewiasty

Krytykuję tyle spraw wokół mnie, również w Kościele, a sam tak mało czynię, by cokolwiek poprawić.

   IX.            Stacja IX.    Jezus upada po raz trzeci

Jezu, znowu uniosłem się w domu i doprowadziłem do spięcia z żoną;
tak nieuważnie i niedbale odmawiam modlitwy;
ta dziewczyna w kościele w ławce przede mną - patrzyłem na nią, a nie na ołtarz;
nawet w kolejce do komunii myśl wędrowała na boki.

     X.            Stacja X.    Jezus z szat obnażony

W każdym konflikcie są dwie strony. Czy ja zawsze zastanawiam się dobrze nad swoim postępowaniem, zanim zacznęszukać winy u drugiego? Czy potrafię przyznać się do mego błędu?

   XI.            Stacja XI.   Jezus przybity do krzyża

Każdy mój podniesiony głos, każda moja myśl zła lub niechętna wobec kogoś, mój zły postępek, nawet jeśli nie był grzechem ciężkim, był gwoździem wbijanym w Twe ręce.

  XII.            Stacja XII.   Jezus na krzyżu umiera

Panie Jezu, cierpiałeś i umarłeś za wszystkich ludzi, ze wszystkich czasów, ras, narodów i pokoleń. Za mnie też. Chociaż mnie przy tym fizycznie nie było, to w bólu, męce, pogardzie i drwinach tłumu które znosiłeś, w ucieczce uczni, w zaparciu się Piotra, był mój udział, ja jestem cząstką tego tłumu zadającego Ci śmierć.

XIII.          Stacja XIII i XIV.  Jezus zdjęty z krzyża i złożony do grobu

Panie Jezu, nawet Twoi najbliżsi, Twa Matka i uczeń, byli bezradni patrząc, wśród drwiącego tłumu,  na Twą mękę i śmierć. Ale gdy tylko już mogli, uczynili to, co było w ich mocy: z miłością zatroskali się o Twe Ciało.
Pozwól Panie Jezu i dopomóż bym przez poprawę życia, unikanie grzechu myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, przez dobre uczynki względem ciała i duszy, miał też udział w łasce i zasługach tych, którzy fizycznie zdejmowali Cię z krzyża i składali w grobie.

Zakończenie

Panie Jezu, jakiż to paradoks - na Golgocie wraz z tłumem drwiłem z Ciebie i wysyłałem Cię na śmierć, a teraz cieszę i raduję że powróciłeś i żyjesz.  I to z bardzo egoistycznych pobudek, bo przez Twą mękę dla mnie otwarłeś drogę do nieba i wieczności. Teraz już tylko ode mnie zależy czy zechcę nią iść.

Prorok Izajasz nawołuje:
... Ten, kto postępuje sprawiedliwie
i kto mówi uczciwie,
kto odrzuca zyski bezprawne,
kto się wzbrania dłońmi przed wzięciem podarku,
kto zatyka uszy, by o krwi nie słuchać,
kto zamyka oczy, by na zło nie patrzeć - ten będzie mieszkał na wysokościach ...,

Panie Jezu, jeszcze raz proszę, pomóż mi.

 JuR 2012, luty/marzec