Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół spraw codziennych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół spraw codziennych. Pokaż wszystkie posty

Czemu nas nie lubią

Politycy, wielki business, a za ich przykładem związane z nimi media bardzo nas, chrześcijan, ostatnio nie lubią. Jesteśmy przez nich wytykani palcami, piętnowani jako przyczyna wielu społecznych kłopotów, idący pod prąd poprawności politycznej.
Jednocześnie obserwujemy paradoks, że wielcy przywódcy religijni, nasz katolicki papież i buddyjski Dalaj Lama, nie dysponując żadną siłą militarną czy potencjałem ekonomicznym, są obdarzani przez świat tzw. zwykłych ludzi prawdziwym szacunkiem, ich głos jest wyczekiwany i uważnie słuchany, niezależnie od przynależności etnicznej, narodowej czy religijnej. Jest on też brany pod uwagę w gremiach poważnych naukowców zajmujących się przyszłością świata. Niestety, wielcy tego świata, rządzący współczesną ekonomią i polityką, kierują się innymi prawami i te głosy idą w poprzek ich interesów, są więc tłumione, krytykowane i ośmieszane na przeróżne sposoby.

Dlaczego tak nas nie lubią? Bo domagamy się stabilizacji i obiektywizacji prawdy w sytuacji, gdy powszechnie w polityce i mediach obowiązuje model prawdy subiektywnej. Bo domagamy się sprawiedliwości społecznej obejmującej wszystkich ludzi, podczas gdy dominuje polityka sukcesu ekonomicznego za wszelką cenę, nie wykluczając inicjowania wojen, nowoczesnych form niewolnictwa, nieuczciwości i wyzysku najsłabszych, absolutnej degradacji środowiska. Bo chcemy by medycyna leczyła, a nie zabijała w zgodzie z prawodawstwem o aborcji czy eutanazji.

Dlaczego tak nas nie lubią? Krótką i zwięzłą odpowiedź na to pytanie dał Papież Franciszek w uroczystość św. Szczepana w ubiegłym roku. Wskazał, że świat nienawidzi chrześcijan z tego samego powodu, z jakiego nienawidził Jezusa, ponieważ On przyniósł światło Boga, a świat woli ciemność, aby ukryć swoje złe uczynki. Istnieje sprzeczność między mentalnością Ewangelii a mentalnością świata. Sprawa to „stara jak świat” – już Księga Mądrości w Starym Testamencie woła: bezbożni mówili sobie: «Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekraczanie Prawa, wypomina nam przekraczanie naszych zasad karności. ... Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne....>>

Po stuleciach św. Jan Chrzciciel, potem Pan Jezus, na pytania ludzi co mają czynić odpowiadali: niech celnik będzie celnikiem ale niech nie kradnie, niech żołnierz będzie żołnierzem, ale niech nad nikim się nie znęca. Niby nic wielkiego, zwykłe wymagania uczciwego pełnienia swych zwykłych obowiązków wynikających z pozycji i z funkcji w społeczeństwie. Żadna funkcja, żaden zawód nie został tu potępiony, jedynie wymagana jest uczciwość i rzetelność w jego pełnieniu. Jakże odlegle od tych zasad jest to, co na co dzień obserwujemy. Właśnie dlatego nas nie lubią, że o tym stale przypominamy, nawet samą swoją obecnością. 

A co na to Bóg? nie grzmi, że się nam krzywda dzieje? Odpowiedź dał nam na Górze Błogosławieństw:
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie.

JuR         kwiecień 2017


Dwie wizje Kościoła

Wiele osób krytykuje pontyfikat papieża Franciszka, jako idący zbyt liberalnym kursem. Dyskusje na ten temat nie mają końca i często są dość ostre, niejednokrotnie sugerowany jest wpływ masonerii i różnych innych lobby inspirowanych przez Złego.
Myślę, że w tym wszystkim ścierają się dwie wizje jak rozumieć misję Kościoła i jego obecną rolę w świecie. Ja osobiście rozumiem działania papieża Franciszka jako dążenie do realizacji polecenia Pana „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” popartego innymi wypowiedziami, np. że przyszedł szukać to co zaginęło, i że gdyby chciał, to Ojciec zesłał by mu do obrony dwanaście hufców aniołów. Moim zdaniem Kościół nie musi bronić siebie i Boga przed światem, Bóg tej obrony nie potrzebuje, natomiast skoro ma iść i głosić światu Dobrą Nowinę, to musi iść nawet tam, gdzie go nie chcą, i głosić ją w języku zrozumiałym dla słuchaczy – to m.in. inkulturacja, którą zapoczątkowali niegdyś Jezuici w Chinach i chyba w Japonii. Nie trwało to długo, zostało na jakiś czas poniechane za sprawą Watykanu, ale zaowocowało, bo jednak na tych terenach chrześcijaństwo przetrwało do dziś. I właśnie teraz ta metoda w pewnym stopniu wraca do łask.

Druga gorąca kwestia to różne dewiacje seksualne i sprawy nieudanych małżeństw. Oczywiście, że nie możemy wszystkiego akceptować bez słowa, musimy mówić jasno co jest dobre a co złe, i według mnie papież od tego nie ucieka, ale jeśli mamy szukać zagubionych owiec, to nie możemy ich gonić z wielkim krzykiem, i wymachiwać kijem, bo uciekną jeszcze dalej. Lepiej podejść do nich spokojnie i powoli nakierowywać tak, by doprowadzać do całego stada.

W kwestii małżeństw mamy wokół nas, nawet wśród najbliższych i dobrze znanych osób, wiele smutnych doświadczeń i wiemy, i czujemy, jak niełatwa jest to sprawa i jak trudno o jednoznaczne dyrektywy. Chyba dlatego papież zwołał ten synod o rodzinie i na tym synodzie też nie uzyskano jednoznacznej odpowiedzi, a radzili przecież nie laicy, tylko ludzie najgłębiej zaangażowani w sprawy Kościelne, a i Duch Święty też chyba z nimi był.

Nie mnie oceniać teologicznie te wszystkie aspekty, piszę tylko w wielkim skrócie i dużym uproszczeniu jak ja to czuję i odbieram.

JuR      wrzesień 2016

Konsekrowana Hostia

Pojawił się w internecie apel-protest domagający się wycofania ze sprzedaży książki dla dzieci, w której zawarta jest historia budząca sprzeciw osób wierzących w Bóstwo Chrystusa. http://www.citizengo.org/pl/pr/33509-opis-profanacji-najswietszego-sakramentu-w-popularnej-ksiazce-dla-dzieciNie czytałem tej książeczki, mając jednak zaufanie do autorów protestu, podpisałem. Mam jednak w związku z tą sprawą pewne refleksje, wykraczające poza sam protest.
Na początku zacytuję co napisali autorzy protestu:
<< Hostia, początkowo schowana przez dziecko w kieszeni, po zdeptaniu przykleja się do podeszwy buta, z której bohaterka zdrapuje pozostałości Najświętszego Sakramentu kawałkiem papieru, aby ostatecznie wyrzucić je na śmietnik. Historia jest ujęta w lekkim, dziecinnym stylu, przepełnionym śmiechem i pozornym szacunkiem dla Najświętszego Sakramentu. W rozdziale pt. „Gdzie jest Bóg?” można przeczytać „Popchnęłam więc przyjaciółkę trochę na bok i nagle Baranek Boży upadł na podłogę.” oraz „Gdzie jest hostia? – zapytała szeptem Luiza – Pod moim butem – odparłam cicho i nagle obie wybuchnęłyśmy śmiechem.”, jak również „Bałam się stąpać, bo przy każdym kroku Ciało Chrystusa stawało się coraz bardziej płaskie” i „… zdjęłam prawy but, żeby sprawdzić, co zostało z Baranka Bożego”. Ostatecznie „Później zawinęłyśmy pozostałość hostii w chusteczkę higieniczną i wyrzuciłyśmy do kosza na śmieci, który stał na placu zabaw.”>>

Zwróciło moją uwagę zdanie w proteście mówiące o pozornym szacunku dla Najświętszego Sakramentu. Pytanie: czy w intencji autorki opowieści było podkreślenie po dziecinnemu wyrażonego niepokoju i niepewności jak się zachować w takiej sytuacji, czy też rzeczywiście ukryty zamiar dewaluowania szacunku dla Sakramentu. Tutaj dochodzę do moich wątpliwości. Do właściwego zachowania się w sytuacji niecodziennej, ale rzeczywiście występującej. Do możliwości złych intencji nie odnoszę się, bo temu już posłużył protest.

Otóż nawet przyjmując tę pierwszą możliwość, istotnie sposób przedstawienia rozwiązania sprawy jest bardzo niewłaściwy. Działając w dobrych intencjach autorka powinna była zasięgnąć rady osoby duchownej, jak w takim przypadku należałoby postąpić, bo przecież sytuacja upuszczenia hostii nie jest taka nieprawdopodobna, zwłaszcza teraz, gdy popularne jest przyjmowanie na rękę (sam kilka razy widziałem jak Opłatek wypadł z ręki szafarza). Często obserwuję w kościołach nie tylko dzieci, ale osoby dorosłe, które naprawdę bardzo niedbałym ruchem wrzucają opłatek do ust już po odejściu od księdza, w drodze powrotnej na swoje miejsce. Czy wszyscy my, dorośli, wiemy jak należałoby się w takiej sytuacji zachować? Czy dzieci w ramach katechezy są też na to uczulane w właściwy dla wieku sposób?

Protestujmy, oczywiście, to nasz obowiązek. Pamiętajmy jednak, że samymi protestami niewiele zbudujemy. Potrzebne jest wyjście naprzeciw, aktywność Ku, a nie tylko Przeciw. Czasy znacznie różne od tych z przed dziesiątek lat, ale kto wie jak rynek by przyjął np. wznowienie powieści Amicisa, adresowanych też do dzieci, ale promujących dobro i szacunek dla wartości. W mojej wiekowej już głowie kołaczą się jakieś wspomnienia o specjalnych zabiegach jakie ksiądz powinien podjąć w podobnej sytuacji, nie wiem, czy to nadal aktualne, i czy obejmuje też zdarzenia bez udziału księdza, gdy np. ktoś dostaje Komunię by zanieść Ją osobie chorej w domu? Czy w sprawie informacji o właściwym zachowaniu nie warto by skierować jakiegoś listu np. do episkopatu?

JuR      15 marca 2016

Ta Ziemia Jest Bezcenna

Wiele lat temu będąc na festiwalu indiańskim Pow Wow kupiłem kopię dokumentu, króry zdumiał mnie i zachwycił swoją treścią. Otóż w 1854 roku "Wielki Biały Wódz" w Waszyngtonie, (tzn. ówczesny Prezydent Stanów Zjednoczonych) złożył ofertę na kupno od Indian dużego obszaru ziemi, oraz obiecał utworzenie rezerwatów dla ludności indiańskiej.
Kupiony przeze mnie dokument to odpowiedź Wodza Indian Seatle. Mówi się o niej, iż jest to najpiękniejsza i najbardziej głęboka refleksja dotycząca środowiska, jaka kiedykolwiek została oficjalnie wypowiedziana.

W niezwykle prosty, a jakże zrozumiały i głęboko prawdziwy sposób Wódz Indian Seatle przed 160. laty ostrzega białych przed ich bezrozumną i zachłanną żądzą podporządkowania sobie wszystkiego co ich otacza i co spotkają na swej drodze. Jak wspaniale te ostrzeżenia i prognozy współbrzmią z tymi problemami społecznymi i środowiskowymi, z którymi nasza "biała i postępowa" cywilizacja obecnie się boryka. Przetłumaczyłem ten dokument i opublikowałem go wówczas w biuletynie Stowarzyszenia Inżynierów Polskich. Warto się z nim zapoznać. Treść jest wciąż aktualna, a że biuletyn docierał do nielicznej grupy czytelników, przytaczam go tutaj.

* * * 
             Ta Ziemia Jest Bezcenna

Jak można sprzedać albo kupić niebo nad nami, ciepło ziemi na której żyjemy? Taka myśl jest nam obca. Skoro świeżość powietrza i błyski lustra wody nie są naszą własnością jak wy możecie je kupić?

Każda cząstka tej ziemi jest święta dla mego narodu.
Każda lśniąca igła sosny, każdy piaszczysty brzeg, każdy strzępek mgły w półmroku lasu, każda leśna polanka, brzęczący owad, są uświęcone pamięcią i doświadczeniem ludzi mojej nacji. Soki które krążą w drzewach niosą pamięć o czerwonoskórym człowieku.

Zmarli białego człowieka zapominają o kraju swego narodzenia gdy idą w wędrówkę pomiędzy gwiazdami. Nasi zmarli nigdy nie zapominają tej cudownej ziemi gdyż ona jest matką czerwonoskórego człowieka.
My jesteśmy częścią tej ziemi i ona jest częścią nas.
Pachnące kwiaty są naszymi siostrami, jeleń, koń, wielki orzeł, one są naszymi braćmi.
Skaliste szczyty, strumyki łąk, ciepło końskiego ciała i człowiek - one wszystkie stanowią jedną rodzinę. 

Nie łatwo

Tak więc, skoro Wielki Wódz w Waszyngtonie śle nam słowo iż chce kupić nasze tereny, żąda od nas bardzo wiele. Wielki Wódz śle nam słowo, iż zapewni nam miejsce w którym będziemy mogli wygodnie żyć według naszego upodobania. On będzie naszym Ojcem a my będziemy jego Dziećmi. 

Tak więc rozważymy jego ofertę kupna naszej ziemi.

Ale nie będzie to łatwe. Bo ta ziemia jest dla nas święta.
Ta połyskująca woda biegnąca w strumykach i rzekach nie jest poprostu wodą, ona jest krwią naszych przodków.

Jeśli sprzedamy wam ziemię, musicie pamiętać że ona jest święta, i musicie uczyć wasze dzieci że ta ziemia jest święta, i że każde migotliwe odbicie w czystej wodzie jezior mówi nam o zdarzeniach i niesie pamięć życia mego narodu.

łagodność

Szmer wody jest głosem ojca mego ojca.
Rzeki są naszymi braćmi, one gaszą nasze pragnienie. Rzeki niosą nasze kanoe i żywią nasze dzieci. Jeśli sprzedamy wam naszą ziemię musicie pamiętać, i musicie uczyć wasze dzieci, że rzeki są naszymi braćmi i waszymi, musicie zatem darzyć je takimi względami jakie okazujecie każdemu bratu.
My wiemy, że biały człowiek nie rozumie nas. Dla niego każdy kawałek ziemi jest taki sam, gdyż on jest obcym, który przychodzi nocą by wziąć z tej ziemi co mu potrzeba.
Ziemia nie jest dla niego bratem lecz wrogiem i gdy tylko ją podbije idzie dalej.
On beztrosko zostawia za sobą groby swych ojców. On beztrosko rabuje ziemię z rąk swych dzieci.
Groby jego ojców, i przyrodzone prawa jego dzieci, są zapoznane. On traktuje jego matkę, Ziemię, i jego brata, niebo, jako rzeczy do kupienia, do splądrowania i sprzedania jak owce albo błyszczące paciorki.
Jego pożądanie zdewastuje ziemię i pozostawi za nim jedynie pustynię.
Ja nie wiem. Nasze drogi są odmienne od waszych dróg.
Widok waszych miast sprawia ból oczom czerwonoskórego człowieka. Ale może jest tak dlatego, że czerwonoskóry jest dzikusem i nie rozumie.
W miastach białego człowieka nie ma miejsca ciszy. Nie ma tam miejsca w którym można usłyszeć jak wiosną rozwijają się liście, albo jak szeleści skrzydło owada.
Ale może to dlatego tylko że ja jestem dzikusem i nie rozumiem.
Hałas zdaje się jedynie obrażać uszy.
I jak można tam żyć, skoro człowiek nie jest w stanie usłyszeć samotnego zawodzenia lelka-kozodoja albo nocnego koncertu żab wokół stawu.
Ja jestem człowiekiem czerwonoskórym i nie rozumiem tego.
Indianie wolą łagodny dźwięk wiatru przelatującego ponad lustrem stawu, zapach samego wiatru, oczyszczonego przez południowy deszcz, albo nasyconego aromatem sosny.

Drogocenne

Powietrze jest drogocenne dla czerwonoskórego człowieka bo wszystkie rzeczy wokół mają wspólny oddech - dzikie zwierzęta, drzewa, człowiek, one wszystkie żyją tym samym oddechem.
Biały człowiek zdaje się nie zauważać powietrza którym oddycha. Tak jak człowiek konający przez wiele dni jest on znieczulony na smród.

Jednak, jeśli sprzedamy naszą ziemię, musicie pamiętać że powietrze jest dla nas drogocenne, że powietrze tej ziemi ma tego samego ducha jakiego ma wszystko co tym powietrzem żyje.
Wiatr który przyniósł pierwszy oddech naszemu dziadkowi również zabrał jego ostatnie tchnienie.

I jeśli sprzedamy wam naszą ziemię, musicie utrzymać ją osobno i traktować jako świętą, jako miejsce w które nawet biały człowiek może przyjść i napawać się zapachem wiatru nasyconego aromatem kwiecistej łąki. 

Jeden warunek

Tak więc rozważymy waszą ofertę kupienia naszej ziemi. Jeśli zdecydujemy się ją zaakceptować, postawię jeden warunek. Biały człowiek musi traktować storzenia na tej ziemi jak jego braci. Ja jestem dzikusem i ja nie rozumiem żadnego innego sposobu.
Ja widziałem tysiące rozkładających się ciał bizonów, pozostawionych na prerii przez białych ludzi strzelających do nich z jadącego pociągu. 
Ja jestem dzikusem i ja nie rozumiem jak może być kopcący żelazny koń ważniejszy od bizona, którego my zabijamy jedynie po to, by utrzymać się przy życiu.
Czymże jest człowiek bez innych stworzeń? Jeśli wszystkie stworzenia znikną, człowiek zemrze z wielkiej samotności ducha.
Gdyż cokolwiek dzieje się ze stworzeniami, wkrótce dzieje się też z człowiekiem. Wszystko jest wzajemnie połączone.

Popioły

Musicie uczyć wasze dzieci że ziemia pod ich stopami jest prochem waszych dziadków. Tak, aby one darzyły ją szacunkiem. Mówcie waszym dzieciom, że ziemia jest bogata życiem naszych bliźnich i krewnych.

Uczcie wasze dzieci to, czego my uczymy nasze dzieci - że Ziemia jest naszą matką.
Cokolwiek dzieje się z Ziemią, dzieje się z synami tej Ziemi. Jeśli człowiek pluje na Ziemię, pluje na samego siebie.
My wiemy: Ziemia nie należy do człowieka; człowiek należy do Ziemi. To my wiemy.
Wszystkie rzeczy są wzajemnie powiązane tak jak krew wiąże jedną rodzinę. Wszystkie rzeczy są powiązane.
Cokolwiek dzieje się z Ziemią, dzieje się z synami tej Ziemi. Człowiek nie przędzie sieci życia; on jest w niej jedynie pasemkiem. cokolwiek czyni on tej sieci, czyni samemu sobie.
Nawet biały człowiek, którego Bóg przechadza się z nim i rozmawia z nim jak przyjaciel z przyjacielem, nie może być wyłączony z powszechnego przeznaczenia.
Mimo wszystko możemy być braćmi.
Zobaczymy.
Jedna jest rzecz którą my wiemy, a którą może biały człowiek odkryje pewnego dnia - nasz Bóg jest tym samym Bogiem.
Wy możecie teraz myśleć że macie Go na własność tak jak chcecie mieć na własność naszą ziemię: ale nie możecie Go tak posiadać. On jest Bogiem człowieka i Jego uczucia są jednakowe dla ludzi czerwonoskórych jak i białych.

Ta Ziemia jest Mu drogocenna i czynienie jej szkody oznacza okazywanie pogardy jej Stworzycielowi.
Biali ludzie również przeminą; może nawet szybciej aniżeli wszystkie inne rasy. Zanieczyść swoje łoże i pewnej nocy udusisz się w swoich własnych odpadach. 

Ale znikając będziecie jasno błyszczeli spalani mocą Boga, który przywiódł was do tej ziemi i dla jakiś specjalnych przyczyn dał wam panowanie nad tą ziemią i nad czerwonoskórym człowiekiem. 

To przeznaczenie jest dla nas tajemnicą, gdyż my nie potrafimy zrozumieć dlaczego wszystkie bizony zostały wymordowane, dzikie konie spętane, tajemne zakątki lasu przesycone ciężkim zapachem białego człowieka, a widok wyniosłych zboczy zamazany gadającymi drutami.

Gdzie podział się gąszcz? Zniknął.
Gdzie podział się orzeł.? Zniknął.
Oto koniec życia i początek czasu przetrwania.
JuR      2013

setka

Znowu alkohol i wynikające z tego problemy. Rozpada się bliskie nam małżeństwo. Drugie w ciągu niewielu lat. Tym razem kobieta kilkanaście lat wytrzymywała, prosiła męża, żyła nadzieją po każdorazowej obietnicy, sama ciągnęła cały dom finansowo i niemal sama była z wszystkimi obowiązkami i w domu i dziecinnymi – praca zawodowa, gotowanie, sprzątanie, zakupy, szkoła, zajęcia pozaszkolne, itd. itd. 
Taiła wszystko przed otoczeniem. Tylko w dzieciach, które wszystko widzą, narastała coraz bardziej wyraźna niechęć do własnego ojca, unikały go jak mogły. Ostatecznie, z myślą o cierpiących dzieciach postanowiła sprawę definitywnie przerwać. Przeżywa to bardzo, wyrzuty sumienia, przecież mają ślub kościelny, to sakrament. Czy będzie mogła przystępować do Komunii świętej? A co będzie z „nim”? Kto o niego zadba? Czy dzieci potrafią kiedyś własnemu ojcu zapomnieć i przebaczyć?

Jak to jest z tym sakramentem? „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość  małżeńską”, „na dobre i na złe”?

Tak, przyrzekałam mu, ale on mnie też przyrzekał to samo. I co? Tak, jest mi wierny, nie zdradza mnie z innymi kobietami, ja go teżnie zdradzam i nie szukam innych. Ale gdzie jest ta miłość? czy on mnie naprawdę kocha, czy on rzeczywiście kocha dzieci? Czy dba o rodzinę? ma ambicje ponad swoje możliwości i tylko tymi ambicjami żyje, tylko one się liczą. Kocha tylko siebie. Ja jestem mu potrzebna jako dekoracja, dzieci sądobre by sięnimi pochwalić, ale zająć? – zawieźćna zajęcia, zapytaćjak było w szkole? „Nie mam czasu, jestem zmęczony”. Ale ma czas i siłę na „setkę”. Tyle razy obiecywał że przestanie, wierzyłam mu i co? Zaczęło się niedługo po ślubie i wtedy mi pierwszy raz obiecał, że przestanie. A to jużtyle lat. A po tej setce tylko dokucza mnie i dzieciom. Już się od niego odsuwają, boją się same z nim w domu zostawać. Nie żeby bił, ale te ustawiczne godzinne kazania i pretensje nie wiadomo o co. Dopiero, gdy podjęłam separację, zaczęłam się dowiadywać od znajomych i nawet sąsiadów, mówią mi, że od dawna widzieli co się dzieje, że to sprawa niemal beznadziejna jeśli sam nie zdecyduje się na leczenie. A on wszystkiemu zaprzecza. To ja jestem winna, dzieci sąwinne, praca jest winna. A przecież od lat niemal nic nie zarabia, mało tego, to ja z moich pensji dokładałam do jego biznesowych poczynań. Co mam zrobić? muszę bodaj dzieci jakoś przed tym ochronić. Zgłosiłam separację, może ten rok go otrzeźwi i cośz sobązrobi, pójdzie do jakiejśporadni, zacznie sięleczyći może da sięzacząćjeszcze raz. Tylko co z dziećmi, czy one potrafiąprzyjąćgo jak ojca. Przecież od urodzenia nie nawiązał z nimi żadnego kontaktu. Wychowuje je, tak, ale to jest tresura a nie normalny kontakt z dzieckiem.

Widząc to, modlę się ze wszystkich sił o Bożą pomoc dla nich, mając nadzieję wbrew nadziei, nadzieję wbrew rozsądkowi. Bo rozsądek podpowiada mi, że w takiej sytuacji należy podjąć wszystkie konieczne środki prawne, by zapewnić w miarę normalne życie głównie dzieciom, które przecież zostają z matką. Tylko pytanie: czy modlitwa o Bożą pomoc, a jednocześnie działanie po ludzku roztropnie, ale jednak jakoś wbrew sakramentowi, to nie jest Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek? Czy nie jest to wyrazem małej wiary w skuteczność modlitwy?  Któż mi odpowie?

W tym małżeństwie na razie jest separacja. To jeszcze nie definitywne rozstanie, to jest czas na refleksję i, oby Bóg dał, powrót. A te różne po ludzku i roztropnie podjęte kroki Bóg, jeśli zechce interweniować, potrafi unieszkodliwić gdyby były Mu zawadą.

Czy jednak da się wrócić do stanu takiego, jaki był na początku, w pierwszych tygodniach po odejściu od ołtarza? Czy da się zaleczyć tę głęboką ranę zadaną dzieciom? Znowu pozostaje tylko modlitwa i nadzieja wbrew doświadczeniu tak wielu innych, którzy byli, i są, w podobnej sytuacji.

Boże – pomóż im, nie zostawiaj ich samych.


JuR      czerwiec 2013

Takie dziwne miejsce

Kaszuby, Wilno, Baraki, Stodoła, Katedra Pod Sosnami, obozy Bałtyk, Wigry, ... . Chyba niewielu jest Polaków w okolicach Toronto, Ottawy i Montrealu, którym te nazwy nic by nie mówiły. To Polskie Kaszuby, miejsce dla naszej polonijnej społeczności jedyne w swoim rodzaju.
To tu przyjeżdża się na wakacje, na Thanks Giving, na grzyby i na ryby, tutaj jezioro otoczone jest polskimi cottages, a drogi i ulice oznaczone są polskimi nazwiskami.

Znacznie mniej znane jest miejsce szczególne, a leżące tuż obok, przez miedzę z tymi obozami i letniskami, w Combermere, w dolinie rzeki Madawaska. Gdy lat temu kilkadziesiąt znalazłem się w Kanadzie, bywałem przez poznanych Polaków zapraszany do ich cottage na Kaszubach. Opowiadali mi jak ten cały obszar został przez Polaków zasiedlony i zagospodarowany, jak powstała nazwa Kaszuby, nieco historii pierwszych wojennych i powojennych imigrantów, co nieco o miejscowości Wilno, która powstała w oparciu o polską imigrację z drugiej połowy XIX stulecia. Wspomnieli też, że niedaleko jest takie dziwne miejsce, że mieszkają tam sympatyczni ludzie w dość prosty sposób, uprawiają jakieś ziółka i jarzynki, mają sklepik ze starociami. Nie wzbudziło to we mnie specjalnego zainteresowania, zwłaszcza, że nie mając własnego środka lokomocji i tak byłem zdany na to, dokąd sami mnie zawiozą.

Po latach dopiero poznałem bliżej to „dziwne miejsce, z ziółkami i sklepikiem pełnym staroci”, i naprawdę przypadło mi ono do serca. To Madonna House, Świecki Apostolat, założony w roku 1947 przez rosyjską arystokratkę (podobno z odległymi polskimi korzeniami), uciekinierkę przed październikową rewolucją. Został zatwierdzony przez prawo kanoniczne i podlega lokalnej diecezji jako Świeckie Stowarzyszenie Wiernych. Konsekrowane osoby świeckie, mężczyźni i kobiety, oraz księża, starają się wcielać w życie nauki Chrystusa żyjąc skromnie, tworząc atmosferę miłości i zrozumienia, służąc potrzebującym swoją nigdy nie narzucającą się, ale zawsze otwartą obecnością. Główny ośrodek jest właśnie tutaj, w Combermere, ale są domy terenowe w kilkudziesięciu miejscach w świecie, nawet w Rosji. Łącznie Madonna House liczy ponad 200 stałych członków świeckich i księży, i ponad stu księży i biskupów „associate”.  Ci ludzie pochodzą z przeróżnych rejonów świata, z różnych kultur i języków, z wielorakich środowisk społecznych. Różnią się wiekiem, charakterami i talentami, ale mają jedno wspólne dążenie: służba Bogu poprzez życie skromne, nastawione na służbę bliźnim, zgodnie z ich „Małą Regułą”. Pielęgnują duchowość opartą na wzorze Świętej Rodziny z Nazaretu.

Niesłychanie trudno jest odpowiedzieć na pytanie co to jest ten Madonna House, jeszcze trudniej laikowi to
zrozumieć. Sama założycielka M.H., Katarzyna Doherty, na to pytanie odpowiadała: „Co to jest Madonna House? Otóż to jest rzecz bardzo prosta. To są otwarte drzwi. To jest kubek herbaty albo filiżanka kawy. To jest zaproszenie do pracy dla wspólnego dobra. To jest miejsce gościnności, miejsce, w którym każdy jest przyjmowany nie na podstawie wykształcenia, talentów, czy czegokolwiek innego. Człowiek jest tam przyjmowany po prostu jako człowiek, i jest darzony miłością”.

Tutaj codzienne życie jest podporządkowane mottu: „Spełniaj swoje najmniejsze, rutynowe obowiązki z największą starannością, z miłości do Boga”. Katarzyna pytana jak rozpoznać wolę Bożą w różnych okolicznościach odpowiadała: "wykonaj doskonale obowiązek chwili (duty of the moment) - to jest Boża wola w stosunku do ciebie".

Katarzyna Doherty zmarła w roku 1985, trwa jej proces beatyfikacyjny, obecnie przysługuje jej tytuł “Służebnicy Bożej”. A założone przez nią „dziwne miejsce” - Madonna House - jak się okazuje jest ludziom potrzebne, rozwija się i wciąż ma nowe powolania, i z nowych obszarów dochodzą prośby biskupów o otwarcie takiego domu na terenie ich diecezji.

JuR      kwiecień 2013

Co jest mądrością

Taki mały cytat z początku XVI wieku (Mikołaj Rej):

Nie ten jest mądry, kto wiele spraw umie,
lecz kto złe od dobrego rozeznać rozumie.

JuR       styczeń 2013

Skąd się wziąłem?

małe dziecko pyta: Mamo – a skąd ja się wziąłem?
bocian cię przyniósł
                        w kapuście cię znalazłam
                                    byłeś w moim brzuszku
                                                ...   ...   ...
człowiek dorosły szpera w genealogii: poszukuje tożsamości, korzeni, źródeł swego istnienia; to samo pytanie „skąd się wziąłem”, tylko na innym poziomie

nauka poszukuje: „skąd się wzięliśmy? – my – ludzkość”; usiłują odpowiedzieć
nauki o ziemi
astronomia
astrofizyka ...
samoistny proces, ewolucja, „przywiezli nas” przybysze z innych planet lub galaktyk,
.... a może jednak z Bożego zamysłu

wciąż to samo pytanie – od kolebki, mojej, twojej, ludzkości,  ...  aż po grób, mój, twój, świata

JuR      styczeń 2013
                        

Pełzająca erozja naszej kultury

(pisałem to parę lat temu, ale temat wciąż jest aktualny)

Adresuję te myśli głównie do ludzi deklarujących się jako chrześcijanie, niekoniecznie katolicy, którzy chcieliby swój chrześcijański światopogląd przekazać następnym pokoleniom.

Niepokoi mnie niezauważalna a postępująca coraz głębiej erozja wartości wypracowanych w kręgu kulturowym który nazywamy judeo-chrześcijańskim, i zastępowanie ich produktami, które niemal pełzająco, ale skutecznie prowadzą do zmiany osobowości i zagubienia naszej tożsamości. Świadomie użyłem tutaj określenia produkt, gdyż w znaczącej części właśnie w takiej skomercjalizowanej postaci wnikają one w naszą codzienność.

Posłużę się paru przykładami by zilustrować o czym myślę:
     "Martial arts". W społeczeństwie w którym żyjemy, w którym spotykamy się z coraz większą agresją, umiejętność samoobrony jest niewątpliwie bardzo pożyteczna. Na to wyzwanie w sposób naturalny rynek odpowiada olbrzymią ofertą kursów. Mają one z reguły egzotycznie brzmiące nazwy, niemal nie spotykam wśród nich nazw nie pochodzących z języków Dalekiego Wschodu. Nie znam się na tym, ale domyślam się, że nasze - o europejskim rodowodzie - społeczeństwa nie wypracowały swoich własnych sposobów na takie okazje. Dlatego chyba z taką fascynacją przyjmowany jest ten import jako jedyne znane rozwiązanie. Z pewnych reklamowych materiałów można się jednak zorientować, że wiele takich kursów obok pożądanej sprawności fizycznej wnosi też elementy filozofii wschodu, i to ten właśnie aspekt budzi mój niepokój. Na ćwiczenia Martial Arts zapisywane są już kilkulatki. W tym wieku niewielkie jest rozeznanie prądów myślowych i filozofii bytu stojących za przekazywanym sposobem zachowania. Ale jednocześnie umysł jest chłonny i te dodatkowe apekty filozoficzne weń wnikają, a "czem skorupka za młodunasiąknie - tem na starość będzie trąciła". Szum informacyjny o "energii kosmicznej", o transcedencji i o podobnych aspektach obcej nam duchowości pozostanie. Czy jesteśmy więc na to ryzyko wystarczająco uczuleni i ostrożni przy zapisywaniu dziecka do klubu?

    Medytacja i "odnowa duchowa". Znękani coraz bardziej wariackim trybem życia i tempem zmian, które ono przynosi poszukujemy spokoju i ciszy. Społeczeństwa krajów rozwiniętych odkryły głęboką pustkę kryjącą się w czysto materialnym dobrobycie i konsumpcyjnym stylu życia. Pojawił się duży głód duchowy - potrzeba znalezienia w sobie azylu od zgiełku otoczenia i odpowiedzi na bardziej podstawowe pytania, takie, które filozofia zwie egzystencjalnymi. I to bardzo dobrze. Cieszmy się z tego. Ale uważajmy czym ten głód zaspokajamy. Rynek znowu odpowiada ofertami grup i sesji medytacyjnych. Najbardziej widoczne są na nim metody wywodzące się z Dalekiego Wschodu. Bo Daleki Wschód, Afryka i ludy tubylcze Północnej Ameryki zachowały znacznie głębszą od nas świadomość jedności wszechświata i konieczności pielęgnowania harmonii sfery materii ze sferą ducha. W tym aspekcie możemy i powinniśmy się od nich wiele nauczyć. Tyle, że większość metod oferowanych na rynku opartych jest o obce nam – chrześcijanom - filozofie zniekształcające pojęcie Boga albo zastępujące Boga np. "energią wszechświata".

Rzecz w moim pojęciu polega tylko na tym, byśmy my - chrześcijanie - uczestnicząc w tych ruchach byli świadomi czego w nich szukamy. Byśmy zewnętrzne gesty i formy związane z praktyką medytacji traktowali jako użyteczne narzędzie, ale byli świadomi że przy jego pomocy poszukujemy Boga, a nie tej np. "energii kosmicznej". Szkoły medytacyjne nawiązujące do modnego obecnie Buddyzmu, New Age, również inne rodem z Dalekiego Wschodu, kładą nacisk na harmonię ciała i umysłu, mówią tylko o tych dwóch elementach. W pojęciu chrześcijańskim człowiek, stworzony przez Boga,  łączy w sobie trzy elementy: ciało, umysł i ducha – one wszystkie trzy mają być w harmonii. Medytacja chrześcijańska dąży do otwarcia naszego ducha na jedność z Bogiem i dopiero taka jedność przywraca nam pełnię życia.

W chrześcijaństwie zresztą medytacja nie jest nowością. Jest ona wręcz pierwotną, ale później raczej zapoznaną formą modlitwy. Pierwsze wieki znały wielu Ojców Pustyni, którzy cenili i praktykowali wewnętrzne wyciszenie jako formę modlitwy prowadzącą do więzi ze Stwórcą. Obecnie medytacja chrześcijańska wraca do łask. Mamy w niej doskonałych przewodników, którzy czerpiąc z dorobku Ojców Pustyni i z metod praktykowanych na Wschodzie wskazują drogę ku niej (w USA - ś.p. O. Tomasz Merton, w Kanadzie - ś.p. O. John Main, OSB i O. Laurence Freeman, OSB, w Polsce - O. Jan Bereza, OSB w Lubiniu, benedyktyni Tynieccy, jezuici w Krakowie, Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej w Polsce). Niestety, ich prace nie mające wymiaru komercyjnego z całą właściwą mu oprawą reklamową, pozostają mało znane szerokiemu społeczeństwu. Pojawia się więc pytanie co możemy uczynić, by przynajmniej ci, którzy przyznają się do chrześcijaństwa, obojętnie jakiego odłamu, poszukując wyciszenia wewnętrznego skierowali się ku chrześcijańskim metodom medytacji, a nie ku tym z wyraźnym charakterem panteizmu. Myślę, że może to być n.p. tematem jakiegoś niedzielnego kazania, a może notatek w biuletynach parafialnych czy w innych mediach poświęconych sprawom religii.

     I kolejny, jakże boleśnie wymowny przykład: język, zwłaszcza reklam i dowcipów opowiadanych i rysunkowych, oraz widowisk. "Bóg" jest w nich odmieniany przez wszystkie przypadki i przedstawiany od srogiego sędziego, poprzez dobrodusznego starca po fajnego kumpla. Nie ma takiej sfery naszego życia, łącznie z najbardziej zdegenerowanymi jego formami, w której pojęcie Boga i słowo "Bóg" nie były by nadużyte. A w naszym własnym, codziennym słowniku, już z dala od reklam: przysłuchajmy się czasem sami sobie, gdy coś mówimy, zwłaszcza w afekcie! Czy zawsze jesteśmy wówczas w zgodzie z drugim przykazaniem? Czy w ogóle pamiętamy, że "nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, nadaremnie"?

W tym miejscu warto wspomnieć, że w ubiegłym roku biskupi Quebeku podjęli ten temat, oburzeni napisem "TaberNac" na koszulkach. TaberNac zostało użyte z bardzo negatywną konotacją, ale wyraźną aluzją do tabernaculum. Pisał o tym The Ottawa Citizen (May 20/2006: "Dressing down at the NAC"): "Earlier this month, the Catholic Church launched a high-profilecampaign to remind Quebeckers that words such as tabernacle, hostie, calisse and sacristie are still sacred objects". Chyba więc nie jestem odosobniony w tej opinii. A przecież np. Muzułmanie pokazali, że potrafią w takich przypadkach reagować zbiorowo i konsekwentnie (chociaż sama forma tych protestów budziła nasz sprzeciw), i że jest to skuteczne.

Fascynacja wschodem to moda, która jak wiele innych mód, przeminie. Ale w swym aspekcie poszukiwania czegoś więcej niż konta w banku, jest to bolesny dowód słabości nauczania chrześcijańskiego, a zwłaszcza naszego nijakiego modelu chrześcijaństwa wcielanego przez nas samych, podkreślam nas - świeckich chrześcijan - w nasze codzienne życie. Nie nośmy na piersiach plakietki ze świętym obrazkiem, ale bądźmy w każdym naszym działaniu i w każdej prowadzonej rozmowie świadkami tej prawdy, którą wyznajemy. Bądźmy poprostu konsekwentni: jak wierzę - tak też postępuję. Nie poddawajmy się biernie prądowi. Jest to szczególnie ważne w obliczu obecnej globalizacji wszelkich wpływów i mieszania i przenikania się kultur. Nie obawiajmy się tego procesu, zresztą i tak go nie zatrzymamy, ale czerpmy z niego korzyści. W tak bliskiej koegzystencji każda z nich może się szalenie wzbogacić o takie wartości których sama dotychczas nie znała, ale wzbogaci się tylko pod warunkiem selekcji tych wartości w oparciu o swój własny dorobek i zachowując swoje własne wyraźne oblicze.

JuR                  2007/2008




Jaka moja wiara taka moja z niej/w niej radość

Często w domowych rozmowach o wierze wraca kwestia radości, której tak mało widać w naszych praktykach religijnych, zarówno tych prywatnych jak publicznych, np. w kościele. Już raz to rozważałem patrząc niejako wstecz, na czynniki które mogły mieć wpływ na nasze odczucia smętno-tragiczne raczej, niż radosne i pełne nadziei.

 Teraz próbuję inaczej, patrzę na moje własne codzienne życie i szukam w nim aspektów radosnych i optymistycznych, których zależności od wiary może sobie nawet nie uświadamiam, ale na pewno wiara żywa i praktykowana powinna sprzyjać ich pojawianiu się. Tutaj natrafiam na zasadnicze pytanie: co rozumiem przez radość wiary? Czy to wiara i religia mają być radością samą w sobie (jak to rozumieć?), czy też wiara i jej wyznawanie mają być źródłem radości, a jeśli tak, to dlaczego i jak się to ma objawiać. Czy szukam radości z wiary czy radości w wierze?

Na pewno odczuwam zadowolenie gdy dobrze spełnię jakiś ciążący na mnie obowiązek, albo gdy zrobię jakiś dobry uczynek, albo gdy sam jestem podmiotem dobrego uczynku spełnionego przez kogoś innego. Czuję radość pod koniec dnia patrząc wstecz i widząc, że dnia nie zmarnowałem, że spędziłem ten dzień dobrze, że nie muszę się wstydzić za źle wykorzystany czas. Może to mało męskie, ale zdarzają mi się chwile wzruszenia gdy jestem świadkiem, albo gdy słyszę, o czyimś naprawdę dobrym czynie. Tylko że to wszystko może z równym powodzeniem być udziałem osoby nie tylko nie wierzącej, ale wręcz przeciwnej wierze. To są w pewnym sensie zachowania normalne, wpisane w ludzką naturę. Jaki więc może to mieć związek z moją wiarą?

Myślę, że nasza wiara sama w sobie jest radosna, jest pełna radości. Wynika to z jej zakotwiczenia w Bogu, który jest samym Dobrem i Miłością, a trudno te dwa przymioty oddzielić od radości. Tem większy powód do radości, że tym dobrem i miłością bez ustanku i bez miary nas obdarza. A ponieważ Jego miłość obejmuje wszystko stworzenie, więc też osoby nie wierzące mają w niej swój udział i mogą mieć w sobie radość, nie zdając sobie sprawy z jej źródła. Krzyż, o którym myślimy głównie jako o symbolu cierpienia i męki, jest tylko największym przejawem tej miłości, a ten jego aspekt niestety często umyka naszej uwadze.

To była by w moim skrótowym myśleniu radość w wierze.

A radość z wiary? Skoro wierzę to znam źródło tej radości, wiem, że jest ona nie przemijająca, mało tego, żyję nadzieją na jej zwielokrotnienie w tamtym świecie. I już tutaj, teraz, czuję radość z faktu, że kiedyś, u kolebki, zostałem w tę wiarę włączony, że jej po drodze nie zagubiłem, że mogę mieć tę nadzieję wybiegającą w przyszłość nie mającą kresu. Tej radości z nadziei pozbawieni są ci, którzy nie znają wiary. Ich radość będzie niepełna, będzie krótkotrwała, może zostać zaćmiona różnymi okolicznościami życia. Radość płynąca z wiary powinna trwać nawet wbrew okolicznościom. Wystarczy, że pomyślę o męczennikach. Dochodzę do wniosku, że radość w wierze i radość z wiary wzajemnie się dopełniają, że jaka moja wiara, taka moja radość z niej płynąca.

Co z tego wszystkiego wynika? A no, że teraz w ciszy własnego sumienia muszę zbadać jaka jest moja wiara, czy jest w stanie podtrzymać radość. Jeśli radości we mnie za mało, to znaczy że z moją wiarą jest coś kiepsko. I muszę uważać, by radości z wiary nie pomylić z życiową beztroską, w przekonaniu że Pan i tak mnie kocha i zginąć nie da.

JuR      Adwnet 2012

Jak z tą moją wiarą (na początku Roku Wiary)

Słuchaj, Izraelu,
Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym.
Będziesz miłował Pana, Boga twojego,
z całego swego serca,
z całej duszy swojej,
ze wszystkich swych sił.
(Księga Powtórzonego Prawa, Rozdz. 6, 4-5)


Właśnie ostatnio przeczytałem w Tygodniku Powszechnym że jeden z znakomitych filozofów i myślicieli żydowskich, zmarły kilkanaście lat temu, a więc nam współczesny, rozróżniał dwa rodzaje miłowania Boga: bojaźń bożą i miłość bożą. Bojaźń ma podłoże bardzo interesowne – chce uniknąć kary i czeka na nagrodę. Miłość ma pobudki czyste, niezależne od konsekwencji.

Zastanawiam się jakie są moje pobudki wiary i czy ja w ogóle mogę powiedzieć, że miłuję Boga. Wiarę niejako odziedziczyłem po rodzinie. Nie przechodziłem jakiś dramatycznych okoliczności załamania tej wiary w okresie dorastania, raczej była ona dla mnie oczywista, zresztą w środowisku w którym się obracałem bardzo niewiele było osób otwarcie i demonstracyjnie niewierzących. Nawet już jako dwudziestolatek, na studiach, związany byłem z odradzającym się właśnie w latach pięćdziesiątych harcerstwem, które też ciążyło ku praktykom religijnym. Tak więc wiara utożsamiała mi się z religią i jej zewnętrznymi praktykami. A tym byłem zawsze wierny. Zdarzały się momenty głębszego wzruszenia o tle religijnym, ale były one naprawdę nieliczne i zawsze pobudzone jakimiś okolicznościami zewnętrznymi.

Późno, bo dopiero w dojrzałym męskim wieku zacząłem interesować się bardziej Pismem Świętym i to z bardzo dziwnych pobudek. Jedna z nich, to dziecięce wspomnienie ilustrowanego Pisma Świętego w którym były obrazy aniołów strącanych do piekła. Teraz chciałem przeczytać jak to naprawdę było. Oczywiście tego opisu nie znalazłem. Druga pobudka to zaskoczenie, że czytania mszalne ze Starego Testamentu opisują dość dokładnie coś, co zaczęło się dziać dopiero wraz z przyjściem Chrystusa. Coś mi tu nie pasowało, postanowiłem to wyjaśnić. W taki sposób zaczął się do dziś trwający okres codziennego czytania Pism. W ślad za tym poszło coraz lepsze ich rozumienie no i pogłębianie wiary.

Po tych latach codziennego ślęczenia nad Pismem i starań o życie zgodne z wiarą, już mi się zdawało że wejściówkę do nieba mam w kieszeni. Wprawdzie nie zdobyłem się nigdy na takie wyzbycie się wszystkiego jak Chrystus radził bogatemu młodzieńcowi, ale i tak moja opinia o mnie samym była całkiem niezła. A tu nagle kwestia: czy moje życie to Bojaźń Boża czy Miłość Boga. Z interesem czy bez interesu?

I widzę, że do Miłości nie dorosłem, daleko mi do tego bym sam poczuł i z czystym sumieniem powiedział, że Boga miłuję w taki sposób, jak to opisują różne święte osoby, od apostołów począwszy, a na nam współczesnych np siostrze Faustynie, skończywszy. Liczę wprawdzie że Bojaźń będę miał zaliczoną, do nieba się dostanę, ale z Miłości chyba pała, więc będę musiał zadowolić się tam miejscem w dalszych rzędach.

JuR listopad 2012

Pani Pokoju w Krzemowej Dolinie

Jakby w innym świecie, na skrzyżowaniu największych autostrad, wśród huku, zgiełku i pędzących ciężarówek, w miejscu potężnych gmachów największych firm komputerowych świata, w Silicon Valley w Kaliforni, już od trzydziestu lat stoi wspaniała - jedenasto metrowa - figura Pani Pokoju. Kopiuję artykuł o tym, z pisma Z POMOCA, wydawanego przez Komotet Pomocy Polskim Misjom z Ottawy. Kopiuję cały artykuł na tle okładki pisma.:
JuR listopad 2012

Moja radość w wierze

   Nie spotkałam obrazu Chrystusa radosnego, zawsze Jego oblicze jest poważne, czasem wręcz groźne. 

   Buntuję się, że najlepszy sposób do dojścia do uświęcania się i rozumienia więcej - to cierpienie; znacznie rzadziej – piękno.


Te dwa cytaty wyrażają coś, co ja sam i wiele osób z którymi się spotykam, odczuwamy w naszej religii. Dlaczego tak jest? Przecież dwa nasze największe święta mają w swych liturgiach Gloria, i Alleluja. Samą radość. W dniu Bożego Narodzenia Aniołowie śpiewają “Zwiastuję wam radość wielką, dziś narodził się nam Zbawiciel, którym jest Jezus Chrystus”.  A w Niedzielę Zmartwychwstania zaczynamy liturgię orędziem: „Weselcie się już, zastępy Aniołów w niebie: weselcie się, słudzy Boga. Niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo. Raduj, się ziemio.

Myślę że ten smętek snujący się przez nasz sposób przeżywania religii ma kilka źródeł, zarówno historycznych ogólno-chrześcijańskich, jak też historycznych specyficznie polskich.
    
Te ogólno-chrześcijańskie to pamięć o męczennikach, wpływ ascezy Ojców Pustyni, widzenie Krzyża jedynie jako symbolu męki, przy odsunięciu na drugi plan, lub w ogóle nie dostrzeganiu, jego symboliki zwycięstwa.

Te specyficznie polskie mają niewątpliwie związek z licznymi bolesnymi doświadczeniami naszej narodowej historii, w której na plan pierwszy wysuwają się rozbiory, powstania, niewola, doświadczenie dwóch wojen i ostatniego okresu powojennego. Te okresy pobudzały powstanie rozlicznych form modlitewnych apelujących do Boga o wsparcie i pomoc. Było to wołanie z głębi bezradności, z głębi przygnębienia. Siłą rzeczy było więc dalekie od radości. To się w nas utrwaliło. Uczęszczając na Msze do kościołów anglojęzycznych zwróciliśmy z żoną uwagę na zupełnie inną tonację śpiewów. Większość melodii towarzyszących liturgii Mszy Świętej jest w nastroju pogodnym, lub nawet radosnym, podczas gdy w podobnych momentach w kościołach polskich melodyka jest melancholijno-smutna, czasem wręcz zawodząca. Daleki jestem w tej chwili od tego że „cudze chwalicie swego nie znacie”, jest to jednak w moim przekonaniu też jednym z składników naszego odczucia religii smutnej.

Wracając raz jeszcze do Ewangelii znowu coś dostrzegam. Otóż dość dobrze zwracamy uwagę i trzymamy w pamięci zalecenie Jezusa przekazane nam przez Mateusza: Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie. Nakładać na siebie jarzmo to dość przygnębiająca perspektywa. Ale to właśnie ten fragment naogół pamiętamy. Natomiast umyka naszej uwadze i pamięci dalszy ciąg tej samej wypowiedzi, jej pozytywny aspekt:  a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.  Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Na koniec tych myśli jeszcze coś od „fachowca”: ks. Mieczysław Łusiak SJ na stronie DEON.PL, w notce pt. Wybierajmy radość, a nie wesołośćpisze:

Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: "Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: «Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie»? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość".

I rzeczywiście tak się stało: kiedy uczniowie płakali z powodu śmierci Jezusa, ci którzy Go zabili weselili się z odniesionego sukcesu. Wkrótce jednak smutek uczniów zamienił się w radość, której podstawą było zmartwychwstanie Jezusa.

Ten świat może spowodować tylko to, że człowiek się weseli, to znaczy wpada w chwilowy nastrój, którego domeną jest ulotne uczucie zadowolenia i satysfakcji. Jezus natomiast daje nam coś, co jest prawdziwą radością. Prawdziwą, bo nieprzemijającą i niebędącą zwykłym zadowoleniem i satysfakcją. Jezus daje radość, która jest trwałym stanem istnienia. Jeżeli nie doświadczamy nieprzemijalności Chrystusowej radości, to tylko dlatego, że zostawiamy Jezusa, a zwracamy się ku światu.>

Te wszystkie tutaj myśli i argumenty wyjaśniają mi sprawę na poziomie rozumowym, ale gdzieś w głębi siebie nadal czuję niedosyt takiej zwykłej, prostej radości płynącej z wiary, radości, którą mógłbym jeszcze zarazić innych. Czuję potrzebę wiary, czuję jaką siłę ona daje w codziennym życiu, gdy się dobrze wsłucham w moją codzienność, to widzę w niej stale Bożą obecność, ale wciąż moja radość z tego płynąca jest taka bardziej eschatologiczna niż osadzona w doczesności. Nie taka jak np. św. Franciszka. Chyba poproszę Go o pomoc. Jest patronem mego ś.p. Ojca, a i moim opiekunem z bierzmowania, może zechce mi pomóc.

ps.      
do sprawy radości w wierze chyba jeszcze wrócę, bo nasuwa mi się inne spojrzenie, mniej filozoficzne, bardziej przyziemne

JuR      listopad 2012