Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół modlitwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokół modlitwy. Pokaż wszystkie posty

Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi


Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi

Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi



Nasze dzisiejsze spotkanie jest poświęcone modlitwie, ale nie tyle modlitwie w ogóle, ile jej pewnej specjalnej formie, zwanej Modlitwą Serca, Modlitwą Ciszy, Medytacją Chrześcijańską, Modlitwą Jednego Słowa lub Monologiczną.

Najstarsze  mity, zwyczaje ludowe, wykopaliska archeologiczne, świadczą, że od sformowania pierwszych społeczności ludzkość była świadoma, iż człowiek nie jest bytem niezależnym i przemijającym bezpowrotnie z chwilą śmierci. 

Stale pojawiają się postacie bóstw i wiara w życie pozagrobowe. Archeologia odkrywa miejsca pochówku, miejsca kultu i przedmioty kultu religijnego. Są one świadectwem odwiecznej ludzkiej świadomości, że istnieje jakiś byt nadrzędny, któremu podporządkowane jest wszystko, co istnieje. Ten nieznany Byt wyobrażano sobie na wiele sposobów, uobecniano go w świętych drzewach, świętych kamieniach, zwierzętach lub planetach. Z czasem zaczęto też poszukiwać sposobów nawiązania jakiejś głębszej więzi z tym Bytem, zwłaszcza, że zaczęto też zdawać sobie sprawę z jego działania w najgłębszym wnętrzu, w tym, co nazywano i nazywamy do dziś, sercem człowieka. Na Dalekim Wschodzie, który był kolebką wielu wielkich kultur, rozwinęły się metody  medytacyjne. W większości zwracają się one ku poszukiwaniu tego Bytu, chociaż nie potrafią go nazwać. Mówiąc w dużym skrócie i nie wnikając w szczegóły każdej z nich, mają one odwracać nas od świata zewnętrznego i prowadzić ku własnemu wnętrzu, w którym powinna panować cisza i spokój, w którym działa jakaś forma tego absolutu, w postaci np. Energii Wszechświata, Ogólnej Harmonii, Praprzyczyny Bytu, itp. Czasem z tego powodu można spotkać ich określenie jako medytacje kosmiczne. Ich wspólną istotą jest technika wyciszania, polegająca na bezruchu ciała i umysłu, na wykluczeniu na czas medytacji wszelkich bodźców fizycznych i psychicznych, poprzez pełne skoncentrowanie się na wielokrotnym powtarzaniu tylko jednego wybranego słowa, zwanego mantrą.

Rozważmy teraz kilka prawd znanych nam z podstaw naszej wiary. Judaizm i Chrześcijaństwo od początku wiedziały, że tym bytem nadrzędnym jest Bóg, a Chrystus i św. Paweł wyraźnie mówią, że w naszych sercach zamieszkuje nie kto inny, tylko sam Duch Święty. Ten Duch jest naszym najgłębszym, najprawdziwszym Ja, jest samym centrum naszego jestestwa. Pierwsze wieki chrześcijaństwa bardzo intensywnie poszukiwały sposobu nawiązania łączności z tym Duchem, a przynamniej usłyszenia Jego głosu w nas. I z tych poszukiwań zrodziła się, w kręgach tzw. Ojców Pustyni, metoda modlitwy niemal identyczna z medytacjami Dalekiego Wschodu. Ta metoda modlitwy przez wieki praktykowana była głównie w zakonach, gdyż uważano ją za niestosowną dla osób z poza klasztornych murów.

Spójrzmy teraz na nasze czasy, na współczesność. Żyjemy w atmosferze ustawicznego chaosu, niepokojów w sensie zarówno dosłownym fizycznym, takim jak ustawiczne wojny, kataklizmy, akty terrorystyczne i temu podobne, jak i psychicznego, w postaci ustawicznego szumu informacyjnego, z którego już nie potrafimy wyłowić tego, co naprawdę ważne a pominąć to, co jest aktualne tylko w danej krótkiej chwili, co za moment zostanie wyparte nową wiadomością „z ostatniej chwili”, nowym „breaking news”. Powszechna i forsowana przez media i rządy laicyzacja i relatywizacja prawdy pozbawia wielu ludzi jakiegoś głębszego sensu życia, a zwiększona ilość czasu wolnego, czy to dzięki postępowi technicznemu czy wskutek bezrobocia, pozostawia wewnętrzną pustkę, wypełnianą często narkotykami albo seksem traktowanym sportowo-rozrywkowo. Nasze systemy psychiczne nie nadążają za tym, ulegają rozstrojeniu.  Służby zdrowia, a zwłaszcza psychologowie na całym świecie obserwują narastającą liczbę rożnego rodzaju depresji, prowadzących niejednokrotnie do samobójstw lub do tak ostatnio głośnej eutanazji na żądanie, nawet wśród ludzi bardzo młodych, nastolatków. Wykluczenie, czasem wręcz negowanie religii zrujnowało stabilny fundament życia, płaszczyznę odniesienia dla pojęć prawdy, dobra i zła. Kruszymy skałę, na której ludzkoś trwała od zarania dziejów, a budujemy  dom na piasku, jak z przypowieści Chrystusa.

W tzw. zachodnim kręgu kulturowym obserwuje się spontaniczną, chociaż często nieświadomą, obronę przed tym, w postaci dużego zainteresowania różnymi technikami wyciszania, głównie znanymi od wieków metodami z Dalekiego Wschodu, takimi jak joga, medytacja zen, medytacja transcedentalna, i podobne. Działa już na tym polu całkiem szeroko rozbudowany rynek, niestety nie zawsze oferujący najlepsze produkty i jak zwykle nastawiony głównie na zysk. Jednocześnie techniki medytacyjne jako formę terapii coraz częściej zalecają poważni psychoterapeuci. To tyle od strony świeckiej.

W sferze religijnej tak się złożyło, widocznie znowu zadziałał tutaj Duch Święty, że niemal jednocześnie dwóch mnichów katolickich, z dwóch różnych zakonów, benedyktyn i trapista, zaczęli pracować nad dostosowaniem wspomnianych wcześniej starożytnych metod modlitwy medytacyjnej, zalecanych przez Ojców Pustyni, a potem przez szereg mistyków i nauczycieli modlitwy, do naszych współczesnych warunków. Ich prace i nauczanie okazały się na tyle „na czasie” i potrzebne, że bardzo szybko wyszły niejako poza klasztorne mury i zaczęły zyskiwać na znaczeniu w świecie świeckim. Tak zrodziły się współczesne metody nazywane Modlitwą Ciszy, Modlitwą Głębi, Modlitwą Serca, Medytacją Chrześcijańską, Modlitwą Jednego Słowa lub Monologiczną.

Tak więc, mieszka w nas Duch Święty i wciąż jest w gotowości by nam pomagać i nas prowadzić, tylko pojawia się pytanie jak my na to reagujemy, czy w ogóle Go słuchamy, i czy chcemy i potrafimy usłyszeć Jego głos w naszym wnętrzu. W Jego mocy jest uwolnić nas od tego bezwartościowego szumu świata, jednak nie będzie On działał wbrew naszej woli. Nie zamierza też porwać nas w obłoki i pozbawić kontaktu z życiem tu i teraz. Przeciwnie, Jego zamiarem jest skierować nas ku prawdziwie istotnym i ważnym wartościom również w życiu bieżącym.  Można to porównać do przeniesienia nas z okrętu płynącego po wzburzonym morzu, miotanego falami raz tu, raz tam, do łodzi podwodnej, płynącej stałym wybranym kursem w głębinie pod tymi falami, tam, gdzie już te powierzchniowe burze nie docierają. To jest właśnie celem medytacji.

Na medytacje, niezależnie od ich głębszego zróżnicowania, można spojrzeć z dwóch poziomów: jako na techniki relaksacyjne i terapeutyczne w świecie ustawicznego napięcia i stresów, oraz na ich wymiar duchowy czy mistyczny. Muszę jednak podkreślić, że nawet w tej modlitewnej formie medytacji ujawniają się jej cechy terapeutyczne, co zresztą nie powinno nas niepokoić podejrzeniem o jakąś magię, bo przecież sam Chrystus uzdrawiał i rozsyłając swych uczniów na pierwszą „misję” dał im nie tylko moc, ale wręcz nakaz uzdrawiania wszelkich chorób, a w naszych kościołach praktykowane są Msze Uzdrowieniowe.

Patrząc na medytacje w zastosowaniach terapeutycznych znajdujemy potwierdzenie ich skuteczności w szeregu badań nauk medycznych, zwłaszcza neurologii, psychologii i fizjologii, zajmujących się funkcjonowaniem mózgu. Potwierdzają one, że
w czasie medytacji następują istotne, korzystne przesunięcia aktywności poszczególnych obszarów w mózgu. Medytacja wywiera fizyczny wpływ na mózg już po kilku tygodniach praktyki. Regularna praktyka popularnych form medytacji wyraźnie wpływa na zdrowie i organizm człowieka, zmniejsza stresy, pobudza pozytywne emocje, poprawia samokontrolę w relacjach międzyosobowych. To tę właśnie sferę wykorzystuje terapeutyka.

Nas interesuje teraz głównie ten drugi aspekt, mianowicie religijny i duchowy. Tutaj trzeba koniecznie zwrócić uwagę na różnice pomiędzy tymi medytacjami które nazwaliśmy ogólnie kosmicznymi, a naszą medytacją chrześcijańską, którą określamy terminami Modlitwy Ciszy, Modlitwy Serca, Medytacji Chrześcijańskiej, Medytacji Monologicznej (Modlitwy Jednego Słowa) i podobnymi. Na pierwszy rzut oka są one do siebie podobne. Widząc siedzących obok siebie i medytujących buddystę i chrześcijanina, nie potrafimy powiedzieć, który jak medytuje. Istota tkwi w ich sercach, w tym ku komu, czy ku czemu, się zwracają. Praktyki wschodnie zmierzają do oczyszczenia umysłu z jakichkolwiek myśli i wyobrażeń, lub do wyzwolenia jakiegoś specjalnego stanu emocjonalnego, np. poczucia niebytu. My patrzymy na nią, jako na formę modlitwy, jako na sposób wsłuchania się w głos Boga, stale zagłuszany w nas przez wrzawę świata o której wspomniałem na początku.

Co to w ogóle jest modlitwa, jak ją określić, jakie są jej formy i rodzaje? Modlitwa jest byciem i rozmową z Bogiem – jest rozmową, a więc biorą w niej udział dwie strony. Nasza modlitwa może być prośbą, dziękczynieniem, przebłaganiem, skargą,. W każdej z tych form dochodzi do słownego sformułowania naszych intencji, nawet jeśli odbywa się to tylko w myślach. W każdej z nich mówimy coś do Pana Boga, coś Panu przekazujemy, chcemy wejść w jakąś relację z Bogiem, czy też tę relację pogłębić. To bardzo dobrze, ale to nie wystarcza, by mówić o naszej więzi z Panem Bogiem, bo do prawdziwej więzi potrzebna jest obustronna wymiana, więź jest aktem dwustronnym. Tymczasem takie modlitwy właściwie są monologami, my stale zagadujemy Pana, nie dając mu szansy, by On coś przekazał nam. Nasze Ja jest tak zaabsorbowane sobą i swoimi problemami i wyobrażeniami świata, że nie dochodzi do nas głos Ducha Świętego, o którym Biblia wielokrotnie mówi, że w nas mieszka i stale czeka w gotowości by nas prowadzić przez życie. I tutaj właśnie jest miejsce na modlitwę medytacyjną. W literaturze można spotkać wiele pokrewnych określeń, często używanych zamiennie, a często określających nieco różniące się między sobą formy.

Wyraźna różnica występuje pomiędzy medytacją dyskursywną a medytacją monologiczną, albo bezsłowną. W medytacji dyskursywnej, taką jest np. metoda ignacjańska, wprowadzona przez św. Ignacego Loyolę w jego Ćwiczeniach  Duchowych, staramy się myślą wniknąć w wybraną scenę z Pisma Świętego, wywołać w sobie jej obraz i następnie wyobrazić sobie siebie jako jej uczestnika. W tej formie medytacji angażujemy aktywnie wszystkie swoje władze umysłowe
i emocjonalne. W medytacji monologicznej, lub inaczej modlitwie głębi lub modlitwie ciszy, przeciwnie, staramy się wyciszyć aktywność umysłu, by wejść na ten poziom naszego bytu, na którym panuje już absolutna cisza, która jest przejawem obecności Boga. Stajemy przed Bogiem i po prostu milczymy, jak Maria u stóp Jezusa.

Dalej będę mówił o tej właśnie formie. W tej modlitwie staramy się oderwać od wszelkich myśli, obrazów, wyobrażeń, uczuć, a całą uwagę skierować ku swemu najgłębszemu wnętrzu, ku Duchowi, który tam przebywa i czeka na naszą uwagę. O tym jak tę modlitwę praktykować powiem za chwilę, teraz chciałbym tylko przypomnieć, że nie należy jej mylić lub utożsamiać z tymi wspomnianymi wcześniej medytacjami kosmicznymi, chociaż stosowane techniki, ale, podkreślam, tylko techniki, są podobne. Jak mówiłem, ta forma modlitwy znana jest w Chrześcijaństwie od pierwszych wieków, ale była traktowana jako forma dostępna głównie dla osób szczególnie wybranych, z reguły wewnątrz murów klasztornych, i tam też nie dla wszystkich i po wiekach właściwie została zapomniana. Została odkryta ponownie i niejako wyprowadzona w świat świecki i rozpowszechniona głównie przez dwóch współczesnych nam mnichów, benedyktyna Johna Maina oraz trapistę Thomasa Keatinga.

Ciekawa historia wiąże się z wspomnianym Johnem Mainem, którym właściwie pokierował przypadek, ale, jak powszechnie wiadomo, w każdym przypadku jest umaczany przynajmniej koniuszek Bożego palca. Tym koniuszkiem Bożego palca stal się tym razem młody człowiek który zwrócił się do przeora jednego z zakonów benedyktyńskich w Anglii z prośbą o informacje o Chrześcijaństwie, jako jednej z wielu religii. Sprawa trafiła do zakonnika Johna Maina. Chcąc się studenta pozbyć tanim kosztem, John zalecił mu przestudiowanie pism 4-to wiecznego mnicha Jana Kasjana. Niestety, pytaniami tego młodzieńca sam też został jakoś do tego zmuszony. I oto okazało się, że Jan Kasjan pisze między innymi o modlitwie niemal dokładnie to, czego John, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, jako cywil i dyplomata w brytyjskiej służbie kolonialnej na Manilach, dowiedział się tam o medytacji. A Kasjan przejął te nauki od swych mistrzów, Ojców Pustyni, a więc od ludzi, którzy całe swe życie poświęcali modlitwie i poszukiwaniu więzi z Bogiem. Ojciec Main zrozumiał, że taka forma modlitwy, takie kompletne wyciszenie, jest potrzebne naszemu światu i jest dostępne nie tylko dla wybrańców za klasztornymi murami, ale też i przede wszystkim dla nas wszystkich, żyjących „normalnym”, świeckim życiem, i że właśnie nam jest to najbardziej potrzebne. Do podobnych wniosków, chociaż inną drogą doszedł trapista O. Thomas Keating. Początkowo nauczał tej formy modlitwy zakonników w swym własnym klasztorze, później wieść rozniosła się po innych zgromadzeniach, a wkrótce wydostała się poza klasztorne mury i spotkała się z takim zainteresowaniem, że niemal wymusiła organizowanie spotkań i prelekcji medytacyjnych dla osób świeckich wszystkich stanów i zawodów. Obecnie funkcjonują dwie szkoły modlitwy medytacyjnej o zasięgu ogólno-światowym, jedna wg metody O. Johna Word Community for Christian Meditation (WCCM, w Polsce  Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej) i druga wg. O. Thomasa Contemplative Outrich (w Polsce pod nazwą Ruch Odnowy Kontemplacyjnej).

Wspomniani Ojcowie Pustyni, a po nich Jan Kasjan, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila i szereg innych mistyków i nauczycieli modlitwy nauczali o potrzebie milczenia i wewnętrznego wyciszenia, uwolnienia umysłu od wszelkich zbędnych słów, myśli czy obrazów. Nie o to chodzi by pozbyć się świadomości istnienia, by stać się na ten okres istotą bezmyślną, ale o to, by całą uwagę skierować na najgłębszą istotę naszego bytu, wsłuchać się i usłyszeć głos Ducha Świętego. Osiągamy to poprzez uważne powtarzanie w myślach jednego słowa, albo wezwania, i w taki sposób uspokajamy nieuporządkowane, chaotyczne impulsy umysłu. My nie mamy nic do ofiarowania Bogu, On też nie oczekuje od nas ofiar z kozłów, wołów, czy innych dóbr ziemskich. Jedyne, czego od nas oczekuje, czego pragnie, to nasza uwaga, nasze całe serca nie zaprzątnięte mnóstwem drobnych spraw i trosk.

 Na czym właściwie ta forma modlitwy polega? Jest to modlitwa bardzo prosta, lecz z góry powiem, że nie jest łatwa. Polega na wielokrotnym powtarzaniu w myślach, „w sobie”, nie słowami i nie wargami, ale niejako wdechem i wydechem, jednego słowa lub wybranej krótkiej frazy, zachowując absolutny bezruch ciała, i ignorując wszelkie inne myśli, przez około 20 do 30 minut, najlepiej dwa razy dziennie. Spróbujmy teraz parę minut. Co zrobić:
·            siadamy tak, by ciało było odprężone, ale nie w pozycji usypiającej
·            siedzimy nieruchomo; to wyraża uwagę i szacunek
·            kręgosłup wyprostowany: ciało jest wówczas uważne i czujne
·            oddychamy normalnie, ale głęboko, najkorzystniej przeponą
·            pozostajemy odprężeni, ale uważni - to wyraża pokój
·            lekko przymkamy oczy i rozpoczynamy powtarzanie świętego słowa (mantry): Jezu, Boże, Ma-ra-na-tha, lub inne do wyboru
·         powtarzamy swoje słowo modlitewne podczas całego czasu medytacji
·         rozproszeń  nie zwalczamy, ale je ignorujemy

Proste, ale nie łatwe – prawda? Wspomniałem o tej modlitwie krótko w czasie naszego spotkania poświęconego Modlitwie Jezusowej. Są one bardzo do siebie podobne, mają wspólne korzenie u Ojców Pustyni w pierwszych kilku wiekach Chrześcijaństwa. Różnią się tym, że medytacja wymaga dużej dyscypliny wewnętrznej i wydzielenia sobie na nią czasu i spokojnego miejsca, podczas gdy Modlitwę Jezusową można praktykować w każdym czasie i okolicznościach, nie absorbujących umysłowo. Medytacja wymaga pełnej uwagi, nie rozpraszanej niczym ani z
zewnątrz ani naszymi własnymi myślami. Poprzez wymóg dyscypliny ciała i umysłu, bezruch i opanowanie rozproszeń, kształtuje dodatkowo naszą osobowość, zwiększa naszą umiejętność zwaną uważnością. Koncentrując uwagę na powtarzaniu tylko jednego świętego słowa, zwanego też mantrą, przebija niejako warstwę rozproszeń blokujących nasz kontakt z naszym własnym, najgłębszym i prawdziwym Jai uwalnia je ze wszystkich pozorów spowodowanych tym, że stale, chociaż często nawet nieświadomie, jesteśmy wewnętrznie rozbici, udajemy kogoś innego niż naprawdę jesteśmy, po to, by niejako dopasować się do otoczenia. Uwalniając nas od tych pozorów i przebijając warstwę rozproszeń uwalnia i dopuszcza do głosu działającego w naszym najgłębszym centrum Ducha Świętego. Poprzez wymóg absolutnego bezruchu angażujemy w modlitwie całego siebie, nie tylko naszego ducha, ale też nasze ciało, modli się więc w tym czasie nasze ciało i nasz duch jako jedność, nasza osobowość ulega scaleniu. W czasie tych kilkudziesięciu minut medytacji nie obserwujemy i nie spodziewamy się żadnych jej owoców. One stają się widoczne w codziennym życiu, a nie w czasie samej modlitwy.

Modlitwa Głębi oswaja nas z językiem Boga jakim jest CISZA, prowadzi do pogłębienia wiary w Jego niezmienną i nieprzemijającą obecność. Ta modlitwa nie zastępuje i nie może zastąpić innych form modlitwy, natomiast bardzo wzbogaca zrozumienie i praktykę tych innych form. Jest ona odpowiedzią jaką dajemy Duchowi Chrystusa wyrażając naszą zgodę na obecność i działanie Boga w naszym wnętrzu.

Taka refleksja związana z wspomnianymi na początku medytacjami kosmicznymi. Mówiłem, że wiele z nich jest wyrazem odwiecznego poszukiwania jakiegoś nadrzędnego Bytu. I oto co się okazuje w naszych czasach – otóż współczesna nauka, nie związana z żadną religią, w szeregu dziedzinach prowadzi do wniosków, które wskazują że taki Byt istnieje. Wielu naukowców mówi o spójności świata i jednej jego zasadzie, która wyraża się w funkcjonowaniu wszechświata według jednego wielkiego, uniwersalnego wzoru. Doszli do tego głównie dzięki dociekaniom, które z dostępnych naszym zmysłom rzeczywistości prowadzą do wniosków sięgających poza pole badań dostępnych naukom empirycznym. Nie definiują tego uniwersalnego wzoru ani go nie nazywają, jednak dostrzegają jego istnienie.  My, ludzie wierzący, rozumiemy, że tym uniwersalnym wzorem jest działanie Boga.

Słyszałem przed laty takie stwierdzenie, które doskonale to wyraża: ilekroć jakiś naukowiec wspina się mozolnie po zboczu naukowej góry, spotyka na jej szczycie siedzącego tam od dawna teologa.

Pozwólcie Państwo, że na koniec pokażę dwie ilustracje z ogłoszenia Piotra o naszym dzisiejszym spotkaniu. One będą znakomitym podsumowaniem.


JuR,  marzec 2017, tekst ze spotkania Polonii North







O Modlitwie Jezusowej


Odmawiam pacierz rano, klękam do pacierza wieczorem, ale wciąż powraca pytanie: czy to jest naprawdę modlitwa? Nawet, jeśli rzeczywiście co dzień te ranne i wieczorne pacierze odmawiam, nie zapominam o nich? A jak to wygląda w ciągu dnia, gdzie są moje myśli i gdzie jest moje serce? Jak się modlić?

Jeszcze mój tata, nie wspominając pokoleń dalej wstecz, zwykł był rano nucić Kiedy ranne wstają zorze, czasem w ciągu dnia słyszałem w domu jakąś inną melodię o kościelnym charakterze, w południe bywał czasem, ale to już naprawdę rzadko, Anioł Pański (pamiętam też takie obrazy znanych artystów: prace polowe na moment przerwane, czasem nawet bez odkładania narzędzi, ale po to, by tę chwilę poświęcić Odwiecznemu; ale to był wiek XIX, a nie XXI).


Nasze życie gwałtownie przyspieszyło. Żyjemy w przekonaniu, że mamy coraz mniej czasu, jesteśmy w ciągłym napięciu i pogoni za czymś, co wydaje się nam nie cierpiące zwłoki i niezbędne do załatwienia. Trudno nam pozwolić sobie na jakąś przerwę. Nawet jeśli sami chcemy się na chwilę oderwać, otoczenie nie pozwala: a to telefon, a to szef z zapytaniem, dzwonek do drzwi albo dziecko z płaczem, ta litania nie ma końca. Zgoda, są sprawy, których nie możemy zaniedbać bez przykrych konsekwencji dla nas samych i dla bliskich. Musimy zarobkować, dbać o dzieci, itd., itd. Zgoda, nikt tego za nas nie zrobi. Tylko nie zgadzam się z tym powiedzeniem „nie mam czasu”. Każdy z nas, absolutnie każdy, ma dokładnie tyle samo czasu: każdemu z nas Bóg dał do dyspozycji dokładnie 24 godziny na dobę. Moja decyzja, jak je wykorzystuję i jakie nadaję priorytety różnym zajęciom: parę godzin przed TV pełnym reklam, czy może coś innego? może przeczytam coś wartościowego? A może ta dodatkowa praca popołudniu nie wynika z potrzeby życiowej, a jedynie z ambicji posiadania nowego modelu auta, no bo mój ma już parę lat, a ten nowy jest taki ładny i ma tyle nowych gadżetów, no i ten prestiż, że nie jeżdżę starym gratem.

Dobrze, ale co to ma wspólnego z modlitwą? Właśnie to, że nader często to na modlitwę już „brakuje nam czasu”. Czy naprawdę? Znam osoby, w kręgu znajomych, a także wiem o takich z różnych publikacji, które, mimo nawału zajęć, potrafią w ciągu dnia np. gotując zupę, odmawiać różaniec, albo jadąc autobusem powtarzać w myśli formuły aktów strzelistych. To właśnie jest dla mnie modlitwą – jest to zespolenie sacrum z naszym codziennym profanum w takich warunkach, w jakich przyszło nam żyć i których sami nie potrafimy zmienić. Aby coś było modlitwą, czyli zwróceniem serca ku Bogu, nie można dzielić życia na niedzielną ”obowiązkową” Mszę, a potem „Panie Boże – teraz mam swoje zajęcia i nie mogę stale myśleć o Tobie”. Oczywiście musimy sobie sami radzić, nikt za nas niczego nie załatwi, ale też musimy być stale świadomi, że Bóg jest przy nas i żyjemy w Jego obecności.

Jedną z form takiej właśnie modlitwy, dostępną dla każdego w każdych warunkach, wypracowaną stulecia przed nami, i wciąż aktualną i praktykowaną przez coraz więcej ludzi, jest Modlitwa Jezusowa. Ta modlitwa jest, można powiedzieć, stosunkowo „odporna” na te wszystkie przeszkody, daje się łatwo wkomponować w nasze zabiegane życie. Naprawdę warto ją poznać i podjąć jej praktykę.

Więcej o niej tutaj:
http://szukam-drogi.blogspot.ca/2015/11/modlitwa-jezusowa-wprowadzenie-jest-to.html
http://szukam-drogi.blogspot.ca/2015/11/slide-show-modlitwa-jezusowa.html

JuR wrzesień 2016

Bądź Wola Twoja


… Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi …

Czy modląc się takimi słowami mamy na to jakikolwiek wpływ? Przecież nie można tego rozumieć jako nasze przyzwolenie Bogu by swoją wolę realizował, niezależnie od tego czy „tu”, czy „tam”. Bóg naszego przyzwolenia nie potrzebuje, mało tego, nawet myśl o tym jest z naszej strony arogancją. Więc co?
Myślę, że na to, co się dzieje w niebie, my wpływu rzeczywiście nie mamy, chyba tylko w taki sposób, że od nas zależy „zaludnienie” nieba – ilu z nas na stałe tam zamieszka. A co do Bożej woli tu na ziemi – nasz wpływ jest chyba istotny. Dostaliśmy wolną wolę, każdej chwili, każdy z nas, może Bogu i Jego planom co do nas powiedzieć NIE. Bogu to na pewno nie przeszkodzi w realizacji Jego planów, ale mówiąc NIE sprzeciwiamy się tym planom i utrudniamy w jakiś sposób ich realizację. Tak więc modląc się  … bądź wola Twoja … tak i na ziemi, bierzemy na siebie odpowiedzialność za ten ziemski wymiar Bożej woli. To naprawdę poważna sprawa.

Weźmy prosty przykład: Bożą wolą jest byśmy się wzajemnie miłowali. Czyż wszystkie wojny, byłe i obecne, obszary głodu, niewolnictwo, nie są konsekwencją NIE wyrażonego przez przywódców, i całe narody? To są wielkie NIE. A ile jest moich małych codziennych nie?


JuR      czwarta niedziela Wielkiego Postu 2016

Frędzle wiary

Dlaczego takie tłumy na wystawieniu relikwii O. Pio i Leopolda Mandića? Dlaczego uzdrowienia w wielu miejscach kultu, w których żadne badania naukowe nie potrafiły udowodnić istnienia szczególnych cech fizykalnych tych miejsc? Bo ludzie wierzą. Bo „twoja wiara cię uzdrowiła”. Nie woda, nie miejsce, nie wiedza o tych cudach, ale rzeczywista, własna wiara. W Nazarecie znali Jezusa, nawet ze zdumieniem słuchali Jego nauk, ale zabrakło wiary. Była wiedza o Nim, nie było wiary. To musi być dotknięcie wiary całym sercem. Wystarczy, że tylko frędzli tej wiary, to już wystarczy. Ale trzeba choć tyle (albo aż tyle). To dopiero czyni cuda, tego nie może zabraknąć.

Jur       luty 2016

wywiad z sobą samym

Czuję się zagubiony. Od lat borykam się z problemem modlitwy, takiej modlitwy, przy której sam czułbym, że jest ona skierowana do Boga, i że jestem w nią rzeczywiście całkowicie zaangażowany, nie tylko przez wypowiadanie odpowiednich słów, ale, i to głownie, przez stan wewnętrznego skupienia na ich treści i co najważniejsze na ich Adresacie.
Nie rozważam teraz żadnej specyficznej formy modlitwy, chociaż kilka z nich krócej czy dłużej praktykowałem, albo też nadal praktykuję. Chcę skupić się na sobie – na tym, jak ja się modlę i na ile sam czuję, że modlę się prawdziwie. Próbuję kwestię rozważyć w formie wywiadu z samym sobą. Zadaję sobie pytania i usiłuję znaleźć na nie odpowiedź. Czy będzie ona pełna? – na pewno nie, nie czuję się na siłach by temat wyczerpać. Czy będzie poprawna? też nie wiem, tyle dzieł na ten temat napisano przez wieki, a ja jestem tylko zwykłym zjadaczem chleba i uczestnikiem, a często tylko biernym widzem, niedzielnych Eucharystii.

No to zaczynamy:

jak się modlisz?

Myślę, że trzeba zacząć od pytania, a może zdefiniowania sobie, co rozumiem pod słowem modlitwa.
 
Czy nie jest to jednoznaczne, że o coś Pana Boga prosisz, albo za coś dziękujesz, albo po prostu klękasz i odmawiasz jakąś znaną ci modlitwę?

Otóż w moim pojęciu możemy mówić o kilku stanach popularnie określanych jako modlitwa. Jeden, najprostszy i chyba najbardziej powszechny wśród osób świeckich, można określić jako odmawianie pacierzy, zwykle rannych i wieczornych. Odmawiamy głośno lub cicho wyuczone teksty takie jak Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży, i podobne. Najczęściej, niestety, zaangażowane jest w to głównie ciało, z jego funkcją pamięci, umysł zwykle błądzi w tym czasie wokół spraw „naszych”  a nie „Bożych”.  Chociaż zdarza się czasem rzeczywista koncentracja na treści modlitwy, np. gdy o coś bardzo gorąco prosimy, i wówczas całe nasze myślenie jest skoncentrowane na tym właśnie problemie; ale na problemie, a nie na Bogu. Pamiętam, że tak właśnie modliłem się przed wizerunkami Matki Bożej wówczas, gdy ważyła się pewna sprawa niesłychanie dla mnie ważna. Na co dzień, niestety, mój umysł błąka się po bezdrożach.

W nieco bardziej zawansowanym stanie, usiłujemy wciągnąć do modlitwy nasz umysł i zmusić go by towarzyszył wypowiadanym słowom i treściom. Może to być zarówno ten codzienny pacierz, jak też świadome i uważne uczestnictwo w Eucharystii i różnych nabożeństwach.

Ale tak naprawdę, w moim rozumieniu, modlitwą może być każda sytuacja i każda czynność, w której jesteśmy świadomi iż patrzy nas Boże Oko nie po to, by nas osądzać, ale by nam z miłością i troską towarzyszyć. Tutaj taka moja refleksja: jako przykład prawdziwej modlitwy odebrałem scenę z filmu „Skrzypek na dachu”, w której bohater wadzi się z Panem Bogiem w sprawie swego twardego losu. Nie klęka, nie składa rąk patrząc pobożnie w niebo, pracuje, jak co dzień, i w trakcie tej pracy, niejako w jej tle, zwraca się do Pana.

Tak właśnie wyobrażam sobie właściwą modlitwę. Powinna to być stała w podświadomości istniejąca świadomość, iż nie jestem sam. Brzmi to jak paradoks: świadomość w podświadomości. Ale spróbuję porównać to do stanu, w jakim jest ktoś zakochany. Śpi, pracuje, dojeżdża do pracy i wykonuje mnóstwo zwykłych czynności, koncentrując w danej chwili uwagę na tym, co aktualnie robi, ale głęboko w sobie ma świadomość istnienia tej drugiej, kochanej osoby, i chyba nie zrobi nic, o czym wie, że tej drugiej osobie zrobiłoby przykrość. Co do mnie to od wielu lat praktykuję medytację chrześcijańską, oraz Modlitwę Jezusową i te dwie formy modlitwy pomagają mi trwać w wspomnianym stanie stałej świadomości Boga.

a jak w ogóle z wiarą, co o niej myślisz?

Wiara jest dla mnie sprawą niemal oczywistą. Otrzymałem ją w darze od rodziców, długi czas pilnowali mnie bym żył w zgodzie z nią, głównie zresztą był to przykład ich własny, i reszty rodziny, dziadków, innych krewnych. Przez większość moich lat szkolnych religia była w szkole, pod koniec liceum przeniosła się do sali przy kościele, ale wciąż do tej przykościelnej uczęszczała chyba cała klasa. Tak więc myślę, że miałem całkiem dobre podstawy. Potem, gdy rozpocząłem studia, starałem się zawsze ze stacji kolejowej (dojeżdżałem pociągiem) iść na uczelnię nieco okrężną drogą, na której miałem po drodze kościół, i wstępowałem do niego bodaj na minutę. Nie wiem z jakiej to było pobudki, ale tak było. Gdy podjąłem pracę w instytucie, spotkałem grupę prawie rówieśników, zajmujących się badaniami w różnych dziedzinach, z którymi dość często zbieraliśmy się na pogaduszki i kiedyś wypłynęła sprawa uzasadnienia wiary i dowodów naukowych na istnienie Boga. Jeden z kolegów, deklarujący się jako ateista, uczynił wówczas uwagę, którą do dziś pamiętam. Powiedział coś w tym sensie, że skoro wierzysz, to nie potrzebujesz dowodu. Teraz patrzę na to nieco inaczej, nie sądzę, by dowody były zupełnie zbędne, one wręcz podbudowują wiarę, tyle, że nie są to dowody w takim sensie, jak rozumieliśmy to wówczas my, młodzi, początkujący pracownicy naukowi. Nie są to dowody matematyczne, ani takie możliwe do sprawdzenia w laboratorium. I tu zbliżam się do odpowiedzi na pytanie co myślę o wierze.

Otóż o ile wiem, jako nieco oczytany w tej dziedzinie laik, niemal wszystkie ludy od zarania dziejów uznawały istnienie jakiś bóstw i oddawały im cześć, podzielały też wiarę w jakąś formę życia po śmierci, czego dowodem są zwyczaje związane z pochowaniem zmarłego i kult przodków. Nie miały by one większego sensu bez wiary, że ci zmarli gdzieś nadal istnieją. Teraz zwykliśmy określać te ludy i kultury jako prymitywne. Myślę, że jest to wyrazem dużej pychy i zarozumiałości z naszej strony. Te ludy nie dysponowały taką techniką i wiedzą naukową jak my obecnie, ale to właśnie ich dociekania filozoficzne i egzystencjalne stopniowo doprowadziły do naszego poziomu. W tamtych odległych epokach powszechne było przekonanie, że każdy naród ma własnego boga, albo kilku bogów, którzy się nim opiekują w różnych sferach życia. Wyniki zmagań wojennych były interpretowane jako przejaw niejednakowej potęgi odpowiednich bogów. W światlejszych umysłach rodziła się idea jednego boga naczelnego, takiego jak Zeus w Grecji, Jupiter (Jowisz) u Rzymian, czy Ra w Egipcie. To wszystko były dociekania rozumu, inspirowane obserwacją natury, w całym jej bogactwie, harmonii i celowości. Aż tu, w jednym z wielu narodów, zdarzyła się rzecz niesłychana – ten naczelny bóg objawił się sam i oznajmił że jest On Bogiem Jedynym, wszechmocnym, i nie ma żadnych innych bogów, równorzędnych albo podległych. To objawienie siebie, jako Jedynego i Wszechmocnego, potwierdzał potem wielokrotnie na różne sposoby opisane w Biblii i rozumiane przez współczesnych jako Jego osobista opieka i interwencja w historię. Dalsze dzieje przyniosły realizację podstawowej Jego obietnicy, złożonej w zalążkach już pierwszej parze w Raju, a do końca spełnionej w Osobie Jezusa. Są to dla mnie wystarczające przesłanki do deklarowania się jako człowiek wierzący, jako chrześcijanin. A co do dowodów materialnych, nazwijmy je naukowymi, to obserwując postępy w niemal wszystkich dziedzinach wiedzy, widzę jak potwierdza się opinia Sokratesa, jednego z autorytetów starożytności: Scio non scire – wiem, że nic nie wiem. Im więcej wiemy jak to wszystko wokół nas działa i jak jest zbudowane, tem więcej odkrywamy w tym dalszych tajemnic. A i tak nauka odpowiada tylko na pytania jak, ale wciąż nie wyjaśnia dlaczego. Domniemania „importu” życia z innego obszaru wszechświata nie rozwiązują zagadki, jedynie przesuwają ją na inny poziom, bo niby skąd i dlaczego „tam” się tak dzieje. Dociekania dlaczego też są podejmowane, ale ich wyniki wskazujące na, czy tylko sugerujące, rzeczywistość Boga, nie są tak szeroko publikowane, są nie-medialne i nie są politycznie poprawne. Mnie tę odpowiedź daje wiara.         
                             

JuR  Styczeń 2016

slide show Modlitwa Jezusowa
























Modlitwa Jezusowa

Modlitwa Jezusowa – wprowadzenie

(jest to skrót pogadanki, którą wygłosiłem na spotkaniu grupy polonijnej)

Mam coś powiedzieć o Modlitwie Jezusowej. Skąd taki temat i co to będzie? Otóż nie zamierzam prowadzić wykładu akademickiego, chcę tylko, opierając się na własnym doświadczeniu, przekazać jakąś ogólną orientację co to jest Modlitwa Jezusowa.
W wielkim skrócie Modlitwa Jezusowa jest odpowiedzią na wezwanie Jezusa, powtórzone przez św. Pawła, by modlić się nieustannie, i to odpowiedzią doskonale odpowiadającą naszym współczesnym warunkom życia.
Żyjemy w okresie kryzysu kultury Zachodu, w obliczu nasilonego spotkania z kulturami Dalekiego Wschodu. Mnożą się ośrodki buddyzmu, zwłaszcza zen, yogi, czy innych wschodnich filozofii. Proponują one pewna sakralność, co jest odpowiedzią na poszukiwania jakiegoś głębszego doświadczenia wewnętrznego, lecz nie jest to sakralność typu religijnego. Wciąż dowiadujemy się o nowych sektach lub o ugrupowaniach terrorystycznych, karmionych skrajnym fanatyzmem religijnym. Chrześcijańskie media donoszą o rozwijających się świeckich ruchach religijnych w łonie Chrześcijaństwa, takich jak Odnowa w Duchu Świętym, Oazy, grupy modlitewne, Neokatechumenat.

Na pewno wspólną i poważną, chociaż nie jedyną przyczyną tego, nazwijmy to fermentu, jest towarzysząca powszechnej laicyzacji pustka wewnętrzna, poszukiwanie jakiegoś głębszego sensu świata, poza nowym gadżetem elektronicznym, nowym modelem auta, czy partnerki na jedną noc.

Myślę, że to Duch Świętywoła do świata: wpuście mnie do swych serc. Znamy taką pieśń U drzwi Twoich Stoję Panie. Chyba teraz jest całkiem odwrotnie: to Duch Święty stoi u naszych drzwi i prosi, i czeka by mu otworzyć, bo zagraciliśmy drogę do tych drzwi figurkami różnych bożków, ekonomią, poziomem życia, dobrobytem, samo-realizacją i postępem. Terazgłowimy się, co z tymzrobić?
A tymczasem Bóg dał nam już dawno receptę w Księdze Psalmów, nawołując „uciszcie się i wiedzcie,
że jestem Bogiem”.

Otóż jednym ze sposobów uwolnienia się od presji tego iluzorycznego postępu jest wyciszenie się, poprzez głęboką modlitwę, prowadzącą do prawdziwej więzi z Bogiem, do świadomości bliskości
i obecności Boga we wszystkim, co nam się w życiu wydarza, zarówno przyjemnego jak i trudnego
i bolesnego. Taką modlitwą, prostą, dostępną dla wszystkich, i co ważne, łatwą do wkomponowania w nasze codzienne, zabiegane dni, jest Modlitwa Jezusowa. Mówiąc w wielkim skrócie polega ona na wielokrotnym powtarzaniu w myślach krótkiego wezwania zawierającego imię Jezus.

Spróbuję zacząć od tego, po co się modlimy i co to w ogóle znaczy „modlić się”. Otóż Katechizm Kościoła Katolickiego modlitwę traktuje bardzo poważnie, sprawom modlitwy poświęca aż trzysta punktów. Omówienie ich wszystkich przekracza moje możliwości, ale w skrócie przytoczę tylko fragmenty dwóch z nich:
„2564   Modlitwa chrześcijańska jest związkiem przymierza między Bogiem i człowiekiem w Chrystusie. Jest działaniem Boga i człowieka; wypływa z Ducha Świętego i z nas, jest skierowana całkowicie ku Ojcu, w zjednoczeniu z ludzką wolą Syna Bożego, który stał się człowiekiem.”
„2565.  … Życie modlitwy polega zatem na stałym trwaniu w obecności trzykroć świętego Boga
i w komunii z Nim. …”.

Tak więc celem naszych wszystkich modlitw powinna być głęboka świadomość trwania w obecności Boga. Pan Jezus nauczał, że "zawsze trzeba się modlić i nie ustawać”, a św. Paweł zaleca „módlcie się nieustanne”. Ale co to znaczymodlić się nieustannie i jak to zrealizować? To pytanie od dawna głęboko nurtowało chrześcijan. Przecież ani Chrystus, ani św. Paweł, nie zwracali się z tym zaleceniem jedynie do kapłanów i mędrców, tylko do całkiem prostych zapracowanych ludzi – pasterzy, rybaków, piekarzy i gospodyń domowych. Więc jak to rozumieć? Przez stulecia, aż do naszych czasów, wielcy święci, mistycy i nauczyciele modlitwy próbowali na nie odpowiedzieć.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, wśród mnichówna pustyni egipskiej w IV wieku, zrodziły się początki dwóch form, które dziś znamy jako Modlitwę Jezusową oraz Medytację Chrześcijańską zwaną też Medytacją Monologiczną albo Mantryczną. Duchowość tych mnichów, zwanych Ojcami i Matkami Pustyni, - opuszczenie wszystkiego ze względu na Boga – nakazała im osiąść na pustyni, by całe swoje istnienie poświęcić na modlitwęi pogłębienie więzi z Bogiem.Pierwsi pustelnicy egipscy głosili, że wielbienie Stwórcy powinno odbywać się przez cały czas, a nie tylko w wybranych chwilach. Ich uczeń, św. Jan Kasjan, który nauki Ojców Pustyni przeniósł do Europy, wyraził to mówiącże: "Bardzo mało modli się ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas,gdy klęczy". Inne powiedzenie znane z tamtych czasów to: "Jeżeli mnich modli się tylko wtedy, gdy stajedo modlitwy, to nigdy się nie modli". Modlitwa nieustanna przybierała formę rozważania, lub recytacji z pamięci, najczęściej szeptem, tekstówPisma Świętego, wersetówz psalmów, z Ewangelii lub innego biblijnego tekstu, który zawierałw kilku słowachprośbę o pomoc czy miłosierdzie, albo też wyrażałuwielbienie Boga. Pozwalało to uniknąć rozproszeń, skupić myśli na Bogu i utrzymywać nieustannąpamięć o Nim.

Gdy w VII wieku Egipt, Palestynai Syria dostałysię pod panowaniearabskie, wzrosło znaczenieKonstantynopola, jako ośrodka życia duchowegona chrześcijańskim Wschodzie.Tam też przeniósł się zwyczaj takiej modlitwy. Kolejnym etapem rozwoju tej formy modlitwy było przedostanie się jej do Atos w Grecji, w XIII-XIVwieku. W tym czasie Atos był głównymcentrum życia monastycznego w Bizancjum. W XIV wiekuposiadał już 25 klasztorów. Jako takie centrum monastycyzmu wschodniego istnieje do dziś mając status okręgu autonomicznego w granicach obecnej Grecji. Wkrótce Atos stał się ośrodkiem szerzenia modlitwy Jezusowej. Tutaj również została ona ostatecznie uformowana i zdobyła dominującą pozycjęw życiu duchowym Chrześcijaństwa Wschodniego. Atos stopniowo ustalił jej formę na słowa: "Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem". Z tamtejszych klasztorów modlitwa Jezusowa promieniowała na cały Wschód, a także na kraje słowiańskie. Z chrześcijańskiego Wschoduprzeniosła się ona na Zachód.Zresztą tutaj ta forma była już w pewnym sensie znana w postaci aktów strzelistych.

Jej wezwanie, "Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem" powstałoz cytatów Pisma Świętego, jak św. Marka, w którym niewidomyżebrak, Bartymeusz, u bram Jerychawoła do Jezusa:"Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną", św. Łukasza, gdzie w Świątyniskruszony celnik prosio miłosierdzie, a u św. Mateusza kobieta Kananejska woła u uzdrowienie córki: "Panie, synu Dawida, zmiłujsię nade mną".

Modlitwa Jezusowa jestmodlitwą prostoty i wyciszenia. Jest to proste wołanie o Bożą pomoc, o miłosierdzie. Nie należy się zniechęcać jej pozornym ubóstwem. Przecież Jezus, nauczając o błogosławieństwach, na pierwszym miejscu wymienił ubogich w duchu. Mnisi dochodzili do świętości właśnie poprzez modlitwę Jezusową. Praktykowana, przemienia nasze życie, łączy nas coraz bardziej z Bogiem. Jest to modlitwa dla wszystkich, a obecnie przede wszystkim dla ludzi świeckich, zagonionych w codzienności i zagubionych w czasie.

Ojciec Święty Jan Paweł II mówił o niej: "Wypowiadana w głębokości serca, posiada tajemnicze odniesienie wspólnotowe. Mała modlitwa – jak ją nazywali Ojcowie – jest wielkim skarbem i jednoczy w obliczu Chrystusa wszystkich modlących się”. I jeszcze: "O wiele więcej osób byłoby zdolnych do modlitwy myślnej, lecz nikt ich tego nie uczył”.

Istnieje wiele możliwości spotkania z Bogiem - Modlitwa Jezusowa jest tylko jedną z nich. Nie jest ona ani jedyną, ani wyczerpującą całkowicie nasze potrzeby i - nazwijmy to tak – zobowiązania modlitewne. Nadal konieczna jest modlitwa liturgiczna, z jej podstawową formą udziału w niedzielnej Mszy świętej, dalej modlitwy wspólnotowe, jak różaniec, koronki, modlitwa indywidualna w różnych intencjach, czy czytania Pisma połączone z rozmyślaniem. Każdy musi odkryć swoją własną drogę,
i jeśli będzie naprawdę poszukiwał, to z pomocą Ducha Świętego na pewno ją odnajdzie. Św. Bazyli Wielki napisał: „Szukaj Boga i przywołuj Go całym sercem, a znajdziesz Go”. Święty Paweł pisze, że nawet jeśli nie umiemy się modlić tak jak trzeba, Duch Święty przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. My powinniśmy tylko wytrwać przy swojej wybranej formie.

Jak mówiłem, ta modlitwa jest bardzo prosta, ale wymaga wewnętrznej dyscypliny. Polega to na stałym powtarzaniu jednego wezwania, co pozwala skupić myśli na Bogu i utrzymywać nieustanną pamięć o Nim. Jest ona wspaniale wszechstronna. Można ją praktykować regularnie w odosobnieniu, w czasie wydzielonym specjalnie na nią, przestrzegając wówczas pewnych wypracowanych przez tradycję reguł, albo też, gdy warunki nie powalają nam na to, można ją powtarzać w myślach i w sercu w każdym czasie, w ciągu pracowitego dnia, przy pracach domowych,jadąc autobusem, na spacerze z dzieckiem,a nawet w poczekalni u dentysty.Jest to wówczas niemal jak zgłoszenie się: „Panie Boże – jestem i pamiętam o Tobie”. A tego właśnie Bóg od nas oczekuje.

To jestmodlitwa na nasze czasy, nanadmiar obowiązków, korki uliczne i ustawiczne telefony
z reklamami. Ta modlitwa jest odpowiedzią na pytanie o to, jaksię modlić i jak znaleźć czas namodlitwę w tych warunkach,których sami nie potrafimy zmienić. Nie wiąże sztywno naszego czasu
i łatwo przystosować ją do swojej własnej sytuacji.

Na początku wymaga to trochę skupienia i uwagi, gdyż wciąż sąrozproszenia, albo zupełnie o niejzapominamy. Ale to nie szkodzi. Wystarczy spokojnie powrócić do wybranegowezwania i kontynuować modlitwę. Z czasem modlitwa się w nas utrwala, coraz łatwiejo niej pamiętać, aż pewnego dnia zauważymy, że modlitwa już w nas jest,że bez większego wysiłku modlitewne wezwanie przemienia naszą codzienność, ofiarując ją Bogu. Coś mnie pobudziło do złości, ciśnie się na usta jakieś złe słowo, a tu w tle, gdzieś z głębi siebie słyszę Panie Jezu … .

Jest w tym tylko jedna podstawowa zasada: "Nie ustawać". Warto, ale nie jest to konieczne, wybrać sobie stały dzień w tygodniui poświęcić w nim kilkanaście minut tylko na tę modlitwę.Bardzo dobrze jest uczestniczyć wówczas w grupie modlitewno-medytacyjnej, gdyż taka wspólnota umacnia w wytrwałości i pozwala na pogłębienie znajomości całego bogactwa tej modlitwy.

Wspomniałem już, że praktyki Ojców Pustyni doprowadziły do rozwoju dwóch znanych nam współcześnie form, tej właśnie Modlitwy Jezusowej oraz Medytacji Głębi albo Medytacji Chrześcijańskiej. Medytacja jest oddzielnym obszernym tematem, tutaj powiem tylko, że są one bardzo podobne do siebie,różnią się nieco w aspektach teologii modlitwy, dla nas jednak, zwykłych zjadaczy chleba, którzy stale są do tyłu z obowiązkami, istotne jest zaangażowanie czasu. Medytacja Głębiwymaga dużej dyscypliny i wydzielenia sporo czasu w ciągu dnia tylko nanią. Niestety, dla wieluosób jest to niemożliwe. Dla nichodpowiedzią jest ModlitwaJezusowa. Teologicznie i „naukowo” można to dalej analizować, ale napoziomie praktycznym ja sam odczuwam to tak, że medytacja dajewyciszenie i otwarcie naDucha Świętego, a Modlitwa Jezusowa daje„nieustanność modlitwy”.

Na koniec parę słów o jej teologii. Jej centrum jest imię Jezus. Dla ludów Starożytnego Wschodu wokół Izraela, i w samym Izraelu, a więc i w Biblii, imię ma realny byt, jest czymś namacalnym, niemal uosobieniem podmiotu noszącego to imię. W Biblii nie można oddzielić Imienia Boga od Osoby Boga, imię Boga jest niemal tożsame z Osobą Boga. Tak więc, wymawiając imię Jezus, niemal dosłownie dotykamy Go, czerpiąc z Niego moc uzdrawiającą, tak, jak krwawiąca niewiasta doznała uzdrowienia po dotknięciu zaledwie Jego płaszcza. W naszej modlitwie każde wymówienie Imienia Jezus jest jak spływająca na nas kolejna fala Bożej mocy.

Ta modlitwa ma wiele aspektów, ma aspekt trynitarny - wyznanie Trójcy Świętej, aspekt miłości do Chrystusa, jest wezwaniem do Ducha Świętego, gdyż to On modli się w nas, gdy my nie umiemy, a w wymiarze bezpośrednio wyczuwalnym wprowadza wewnętrzny spokój, i naprowadza na głębsze rozumienie Pisma Świętego. Każdy z nich można oddzielnie i długo rozważać. Ale żadne z tych rozważań nic nie da, gdy nie będzie oparte o rzeczywistą, własną praktykę.

Głębia tego wezwania odsłania zarówno nasze duchowe ubóstwo i nędzę grzechu, jak też Boże miłosierdzie. A Bóg jest zawsze gotowy okazać nam to miłosierdzie, gdy tylko o nie poprosimy. Siostra Faustyna zapisała słowa Jezusa, że wyleje On ocean łask na każdego, kto się do Niego zbliży.
Nasza epoka zepchnęła pojęcie grzechu w niebyt, co najwyżej mówi się o słabości i okolicznościach, które zmuszają do czegoś. W kłopotach i problemach psychicznych wynikających nader często z rozbieżności naszych czynów i podstawowych zasad dobra i zła, zwykle biegniemy po pomoc do psychologa, podczas gdy, nie zawsze, ale w wielu przypadkach, to cierpi nasza dusza i prawdziwy ratunek byłby w konfesjonale. Wezwanie „… bądź miłościw mnie grzesznemu”  przypomina nam o tym.



JuR      lipiec 2015