Adresuję te myśli głównie do ludzi deklarujących się jako chrześcijanie, niekoniecznie katolicy, którzy chcieliby swój chrześcijański światopogląd przekazać następnym pokoleniom.
Niepokoi mnie niezauważalna a postępująca coraz głębiej erozja wartości wypracowanych w kręgu kulturowym który nazywamy judeo-chrześcijańskim, i zastępowanie ich produktami, które niemal pełzająco, ale skutecznie prowadzą do zmiany osobowości i zagubienia naszej tożsamości. Świadomie użyłem tutaj określenia produkt, gdyż w znaczącej części właśnie w takiej skomercjalizowanej postaci wnikają one w naszą codzienność.
Posłużę się paru przykładami by zilustrować o czym myślę:
Posłużę się paru przykładami by zilustrować o czym myślę:
"Martial arts". W społeczeństwie w którym żyjemy, w którym spotykamy się z coraz większą agresją, umiejętność samoobrony jest niewątpliwie bardzo pożyteczna. Na to wyzwanie w sposób naturalny rynek odpowiada olbrzymią ofertą kursów. Mają one z reguły egzotycznie brzmiące nazwy, niemal nie spotykam wśród nich nazw nie pochodzących z języków Dalekiego Wschodu. Nie znam się na tym, ale domyślam się, że nasze - o europejskim rodowodzie - społeczeństwa nie wypracowały swoich własnych sposobów na takie okazje. Dlatego chyba z taką fascynacją przyjmowany jest ten import jako jedyne znane rozwiązanie. Z pewnych reklamowych materiałów można się jednak zorientować, że wiele takich kursów obok pożądanej sprawności fizycznej wnosi też elementy filozofii wschodu, i to ten właśnie aspekt budzi mój niepokój. Na ćwiczenia Martial Arts zapisywane są już kilkulatki. W tym wieku niewielkie jest rozeznanie prądów myślowych i filozofii bytu stojących za przekazywanym sposobem zachowania. Ale jednocześnie umysł jest chłonny i te dodatkowe apekty filozoficzne weń wnikają, a "czem skorupka za młodunasiąknie - tem na starość będzie trąciła". Szum informacyjny o "energii kosmicznej", o transcedencji i o podobnych aspektach obcej nam duchowości pozostanie. Czy jesteśmy więc na to ryzyko wystarczająco uczuleni i ostrożni przy zapisywaniu dziecka do klubu?
Medytacja i "odnowa duchowa". Znękani coraz bardziej wariackim trybem życia i tempem zmian, które ono przynosi poszukujemy spokoju i ciszy. Społeczeństwa krajów rozwiniętych odkryły głęboką pustkę kryjącą się w czysto materialnym dobrobycie i konsumpcyjnym stylu życia. Pojawił się duży głód duchowy - potrzeba znalezienia w sobie azylu od zgiełku otoczenia i odpowiedzi na bardziej podstawowe pytania, takie, które filozofia zwie egzystencjalnymi. I to bardzo dobrze. Cieszmy się z tego. Ale uważajmy czym ten głód zaspokajamy. Rynek znowu odpowiada ofertami grup i sesji medytacyjnych. Najbardziej widoczne są na nim metody wywodzące się z Dalekiego Wschodu. Bo Daleki Wschód, Afryka i ludy tubylcze Północnej Ameryki zachowały znacznie głębszą od nas świadomość jedności wszechświata i konieczności pielęgnowania harmonii sfery materii ze sferą ducha. W tym aspekcie możemy i powinniśmy się od nich wiele nauczyć. Tyle, że większość metod oferowanych na rynku opartych jest o obce nam – chrześcijanom - filozofie zniekształcające pojęcie Boga albo zastępujące Boga np. "energią wszechświata".
Rzecz w moim pojęciu polega tylko na tym, byśmy my - chrześcijanie - uczestnicząc w tych ruchach byli świadomi czego w nich szukamy. Byśmy zewnętrzne gesty i formy związane z praktyką medytacji traktowali jako użyteczne narzędzie, ale byli świadomi że przy jego pomocy poszukujemy Boga, a nie tej np. "energii kosmicznej". Szkoły medytacyjne nawiązujące do modnego obecnie Buddyzmu, New Age, również inne rodem z Dalekiego Wschodu, kładą nacisk na harmonię ciała i umysłu, mówią tylko o tych dwóch elementach. W pojęciu chrześcijańskim człowiek, stworzony przez Boga, łączy w sobie trzy elementy: ciało, umysł i ducha – one wszystkie trzy mają być w harmonii. Medytacja chrześcijańska dąży do otwarcia naszego ducha na jedność z Bogiem i dopiero taka jedność przywraca nam pełnię życia.
W chrześcijaństwie zresztą medytacja nie jest nowością. Jest ona wręcz pierwotną, ale później raczej zapoznaną formą modlitwy. Pierwsze wieki znały wielu Ojców Pustyni, którzy cenili i praktykowali wewnętrzne wyciszenie jako formę modlitwy prowadzącą do więzi ze Stwórcą. Obecnie medytacja chrześcijańska wraca do łask. Mamy w niej doskonałych przewodników, którzy czerpiąc z dorobku Ojców Pustyni i z metod praktykowanych na Wschodzie wskazują drogę ku niej (w USA - ś.p. O. Tomasz Merton, w Kanadzie - ś.p. O. John Main, OSB i O. Laurence Freeman, OSB, w Polsce - O. Jan Bereza, OSB w Lubiniu, benedyktyni Tynieccy, jezuici w Krakowie, Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej w Polsce). Niestety, ich prace nie mające wymiaru komercyjnego z całą właściwą mu oprawą reklamową, pozostają mało znane szerokiemu społeczeństwu. Pojawia się więc pytanie co możemy uczynić, by przynajmniej ci, którzy przyznają się do chrześcijaństwa, obojętnie jakiego odłamu, poszukując wyciszenia wewnętrznego skierowali się ku chrześcijańskim metodom medytacji, a nie ku tym z wyraźnym charakterem panteizmu. Myślę, że może to być n.p. tematem jakiegoś niedzielnego kazania, a może notatek w biuletynach parafialnych czy w innych mediach poświęconych sprawom religii.
I kolejny, jakże boleśnie wymowny przykład: język, zwłaszcza reklam i dowcipów opowiadanych i rysunkowych, oraz widowisk. "Bóg" jest w nich odmieniany przez wszystkie przypadki i przedstawiany od srogiego sędziego, poprzez dobrodusznego starca po fajnego kumpla. Nie ma takiej sfery naszego życia, łącznie z najbardziej zdegenerowanymi jego formami, w której pojęcie Boga i słowo "Bóg" nie były by nadużyte. A w naszym własnym, codziennym słowniku, już z dala od reklam: przysłuchajmy się czasem sami sobie, gdy coś mówimy, zwłaszcza w afekcie! Czy zawsze jesteśmy wówczas w zgodzie z drugim przykazaniem? Czy w ogóle pamiętamy, że "nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, nadaremnie"?
W tym miejscu warto wspomnieć, że w ubiegłym roku biskupi Quebeku podjęli ten temat, oburzeni napisem "TaberNac" na koszulkach. TaberNac zostało użyte z bardzo negatywną konotacją, ale wyraźną aluzją do tabernaculum. Pisał o tym The Ottawa Citizen (May 20/2006: "Dressing down at the NAC"): "Earlier this month, the Catholic Church launched a high-profilecampaign to remind Quebeckers that words such as tabernacle, hostie, calisse and sacristie are still sacred objects". Chyba więc nie jestem odosobniony w tej opinii. A przecież np. Muzułmanie pokazali, że potrafią w takich przypadkach reagować zbiorowo i konsekwentnie (chociaż sama forma tych protestów budziła nasz sprzeciw), i że jest to skuteczne.
Fascynacja wschodem to moda, która jak wiele innych mód, przeminie. Ale w swym aspekcie poszukiwania czegoś więcej niż konta w banku, jest to bolesny dowód słabości nauczania chrześcijańskiego, a zwłaszcza naszego nijakiego modelu chrześcijaństwa wcielanego przez nas samych, podkreślam nas - świeckich chrześcijan - w nasze codzienne życie. Nie nośmy na piersiach plakietki ze świętym obrazkiem, ale bądźmy w każdym naszym działaniu i w każdej prowadzonej rozmowie świadkami tej prawdy, którą wyznajemy. Bądźmy poprostu konsekwentni: jak wierzę - tak też postępuję. Nie poddawajmy się biernie prądowi. Jest to szczególnie ważne w obliczu obecnej globalizacji wszelkich wpływów i mieszania i przenikania się kultur. Nie obawiajmy się tego procesu, zresztą i tak go nie zatrzymamy, ale czerpmy z niego korzyści. W tak bliskiej koegzystencji każda z nich może się szalenie wzbogacić o takie wartości których sama dotychczas nie znała, ale wzbogaci się tylko pod warunkiem selekcji tych wartości w oparciu o swój własny dorobek i zachowując swoje własne wyraźne oblicze.
JuR 2007/2008
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi