Marana tha

Kilkanaście lat temu zostałem wprowadzony w modlitwę medytacyjną, byłem na spotkaniu grupy mającej kontakt z klasztorem benedyktyńskim w Montrealu, a później, przez kilka lat medytowałem  indywidualnie. Potem nastąpiła przerwa, próbowałem w tym czasie modlitwy brewiarzowej, ale mi to zupełnie nie wychodziło, sprowadzało się do biernego odczytywania odpowiednich tekstów.
Ponad rok temu wróciłem do medytacji. Starając się śledzić z „transoceanicznej odległości” życie w Kraju z dużym zainteresowaniem czytałem, na bieżąco, o pracach o. Jana Berezy z Lubinia i o rozwoju jego ośrodka medytacji chrześcijańskiej. Ostatnio pojawiła się dość istotna różnica poglądów na tę formę modlitwy, część Episkopatu Polski jest jest przeciwna. Nie wnikając w zawiłości teologiczne i filozoficzne leżące u podłoża obaw o jej poprawność, chcę tutaj podzielić się niektórymi moimi myślami o tej modlitwie, po kilku latach jej praktykowania.
Otóż w moim pojęciu mamy dążyć w życiu do coraz ściślejszej „zażyłości” jeśli tak mogę to określić, z Panem Bogiem. Zażyłość wymaga i wiąże się, z wymianą myśli i uczuć, a więc pewnego rodzaju rozmową. Jak mogę rozmawiać z Panem Bogiem? Oczywiście taką rozmową jest modlitwa. Rzecz w tym, że w typowych znanych mi formach modlitwy, niemal zawsze to tylko ja mówię. Mogę odmawiać modlitwy pełne uwielbienia, modlitwy prośby, modlitwy dziękczynne, ale zawsze pozostaje to monologiem. Po ostatnich słowach modlitwy czynię znak krzyża, mówię Amen i wracam do swoich zajęć. Do tego nawet podczas modlitwy myśli co rusz rozbiegają się na wszystkie strony, albo krążą wokół problemu któremu właśnie poświęcam daną modlitwę. Jak może powiedzieć mi coś Bóg, skoro nie daję Mu ku temu okazji, wprost nie dopuszczam Go do głosu.
Widzę tutaj pomoc właśnie w medytacji. Ona w moim pojęciu nie zastępuje modlitwy nazwijmy to „tradycyjnej”, ona ją uzupełnia poprzez danie czasu Panu Bogu, by też mógł coś powiedzieć od siebie. Nie zamierzam tutaj twierdzić że już coś kiedyś w czasie moich medytacji „usłyszałem”, że doznałem jakiegoś oświecenia. To czy usłyszę, czy doznam i czego doznam, to nie ode mnie zależy, to będzie decyzja Pana. Ale ja ze swej strony staram się dać Panu szansę, dać Mu czas, w którym ja będę tylko nasłuchiwał. Jak młody Samuel „mów Panie, sługa twój słucha”. Czas medytacji jest moim wysiłkiem ku kompletnemu odsunięciu od siebie wszystkiego, co może temu mojemu „słuchaniu” przeszkadzać, i zagłuszać głos Ducha, który we mnie mieszka (przecież jesteśmy świątyniami Ducha Świętego).
Ze swej strony nie widzę w takim podejściu do medytacji żadnego zagrożenia dla czystości mej wiary i jakiegokolwiek jej rozmycia. Mogę ją traktować jako pewnego rodzaju narzędzie ułatwiające eliminację na jakiś czas szumu świata i zgiełku niekontrolowanych myśli. A kwestie kto to narzędzie wynalazł, czy byli to Ojcowie Pustyni, czy Hinduiści, czy wyznawcy innych religii, to doprawdy są dla mnie sprawy drugorzędne, skoro tylko narzędzie jest dobre.
Świadom jestem szeregu innych aspektów związanych z tą formą modlitwy, jej zaletami i wątpliwościami wokół niej. Wiem że medytacja jest też praktykowana z pobudek dalekich od religii, zwłaszcza od Chrześcijaństwa, ale mogę ponownie posłużyć się analogią narzędzia: takim samym, a nawet tym samym nożem można ukroić kromkę chleba dla głodnego, i można też tego głodnego ugodzić. To nie nóż będzie winien, tylko jego użytkownik.
Na pewno nie wszystkim medytacja będzie odpowiadała, ale doprawdy nie widzę tu zagrożenia.
JuR      maj, 2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi