setka

Znowu alkohol i wynikające z tego problemy. Rozpada się bliskie nam małżeństwo. Drugie w ciągu niewielu lat. Tym razem kobieta kilkanaście lat wytrzymywała, prosiła męża, żyła nadzieją po każdorazowej obietnicy, sama ciągnęła cały dom finansowo i niemal sama była z wszystkimi obowiązkami i w domu i dziecinnymi – praca zawodowa, gotowanie, sprzątanie, zakupy, szkoła, zajęcia pozaszkolne, itd. itd. 
Taiła wszystko przed otoczeniem. Tylko w dzieciach, które wszystko widzą, narastała coraz bardziej wyraźna niechęć do własnego ojca, unikały go jak mogły. Ostatecznie, z myślą o cierpiących dzieciach postanowiła sprawę definitywnie przerwać. Przeżywa to bardzo, wyrzuty sumienia, przecież mają ślub kościelny, to sakrament. Czy będzie mogła przystępować do Komunii świętej? A co będzie z „nim”? Kto o niego zadba? Czy dzieci potrafią kiedyś własnemu ojcu zapomnieć i przebaczyć?

Jak to jest z tym sakramentem? „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość  małżeńską”, „na dobre i na złe”?

Tak, przyrzekałam mu, ale on mnie też przyrzekał to samo. I co? Tak, jest mi wierny, nie zdradza mnie z innymi kobietami, ja go teżnie zdradzam i nie szukam innych. Ale gdzie jest ta miłość? czy on mnie naprawdę kocha, czy on rzeczywiście kocha dzieci? Czy dba o rodzinę? ma ambicje ponad swoje możliwości i tylko tymi ambicjami żyje, tylko one się liczą. Kocha tylko siebie. Ja jestem mu potrzebna jako dekoracja, dzieci sądobre by sięnimi pochwalić, ale zająć? – zawieźćna zajęcia, zapytaćjak było w szkole? „Nie mam czasu, jestem zmęczony”. Ale ma czas i siłę na „setkę”. Tyle razy obiecywał że przestanie, wierzyłam mu i co? Zaczęło się niedługo po ślubie i wtedy mi pierwszy raz obiecał, że przestanie. A to jużtyle lat. A po tej setce tylko dokucza mnie i dzieciom. Już się od niego odsuwają, boją się same z nim w domu zostawać. Nie żeby bił, ale te ustawiczne godzinne kazania i pretensje nie wiadomo o co. Dopiero, gdy podjęłam separację, zaczęłam się dowiadywać od znajomych i nawet sąsiadów, mówią mi, że od dawna widzieli co się dzieje, że to sprawa niemal beznadziejna jeśli sam nie zdecyduje się na leczenie. A on wszystkiemu zaprzecza. To ja jestem winna, dzieci sąwinne, praca jest winna. A przecież od lat niemal nic nie zarabia, mało tego, to ja z moich pensji dokładałam do jego biznesowych poczynań. Co mam zrobić? muszę bodaj dzieci jakoś przed tym ochronić. Zgłosiłam separację, może ten rok go otrzeźwi i cośz sobązrobi, pójdzie do jakiejśporadni, zacznie sięleczyći może da sięzacząćjeszcze raz. Tylko co z dziećmi, czy one potrafiąprzyjąćgo jak ojca. Przecież od urodzenia nie nawiązał z nimi żadnego kontaktu. Wychowuje je, tak, ale to jest tresura a nie normalny kontakt z dzieckiem.

Widząc to, modlę się ze wszystkich sił o Bożą pomoc dla nich, mając nadzieję wbrew nadziei, nadzieję wbrew rozsądkowi. Bo rozsądek podpowiada mi, że w takiej sytuacji należy podjąć wszystkie konieczne środki prawne, by zapewnić w miarę normalne życie głównie dzieciom, które przecież zostają z matką. Tylko pytanie: czy modlitwa o Bożą pomoc, a jednocześnie działanie po ludzku roztropnie, ale jednak jakoś wbrew sakramentowi, to nie jest Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek? Czy nie jest to wyrazem małej wiary w skuteczność modlitwy?  Któż mi odpowie?

W tym małżeństwie na razie jest separacja. To jeszcze nie definitywne rozstanie, to jest czas na refleksję i, oby Bóg dał, powrót. A te różne po ludzku i roztropnie podjęte kroki Bóg, jeśli zechce interweniować, potrafi unieszkodliwić gdyby były Mu zawadą.

Czy jednak da się wrócić do stanu takiego, jaki był na początku, w pierwszych tygodniach po odejściu od ołtarza? Czy da się zaleczyć tę głęboką ranę zadaną dzieciom? Znowu pozostaje tylko modlitwa i nadzieja wbrew doświadczeniu tak wielu innych, którzy byli, i są, w podobnej sytuacji.

Boże – pomóż im, nie zostawiaj ich samych.


JuR      czerwiec 2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi