wywiad z sobą samym

Czuję się zagubiony. Od lat borykam się z problemem modlitwy, takiej modlitwy, przy której sam czułbym, że jest ona skierowana do Boga, i że jestem w nią rzeczywiście całkowicie zaangażowany, nie tylko przez wypowiadanie odpowiednich słów, ale, i to głownie, przez stan wewnętrznego skupienia na ich treści i co najważniejsze na ich Adresacie.
Nie rozważam teraz żadnej specyficznej formy modlitwy, chociaż kilka z nich krócej czy dłużej praktykowałem, albo też nadal praktykuję. Chcę skupić się na sobie – na tym, jak ja się modlę i na ile sam czuję, że modlę się prawdziwie. Próbuję kwestię rozważyć w formie wywiadu z samym sobą. Zadaję sobie pytania i usiłuję znaleźć na nie odpowiedź. Czy będzie ona pełna? – na pewno nie, nie czuję się na siłach by temat wyczerpać. Czy będzie poprawna? też nie wiem, tyle dzieł na ten temat napisano przez wieki, a ja jestem tylko zwykłym zjadaczem chleba i uczestnikiem, a często tylko biernym widzem, niedzielnych Eucharystii.

No to zaczynamy:

jak się modlisz?

Myślę, że trzeba zacząć od pytania, a może zdefiniowania sobie, co rozumiem pod słowem modlitwa.
 
Czy nie jest to jednoznaczne, że o coś Pana Boga prosisz, albo za coś dziękujesz, albo po prostu klękasz i odmawiasz jakąś znaną ci modlitwę?

Otóż w moim pojęciu możemy mówić o kilku stanach popularnie określanych jako modlitwa. Jeden, najprostszy i chyba najbardziej powszechny wśród osób świeckich, można określić jako odmawianie pacierzy, zwykle rannych i wieczornych. Odmawiamy głośno lub cicho wyuczone teksty takie jak Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży, i podobne. Najczęściej, niestety, zaangażowane jest w to głównie ciało, z jego funkcją pamięci, umysł zwykle błądzi w tym czasie wokół spraw „naszych”  a nie „Bożych”.  Chociaż zdarza się czasem rzeczywista koncentracja na treści modlitwy, np. gdy o coś bardzo gorąco prosimy, i wówczas całe nasze myślenie jest skoncentrowane na tym właśnie problemie; ale na problemie, a nie na Bogu. Pamiętam, że tak właśnie modliłem się przed wizerunkami Matki Bożej wówczas, gdy ważyła się pewna sprawa niesłychanie dla mnie ważna. Na co dzień, niestety, mój umysł błąka się po bezdrożach.

W nieco bardziej zawansowanym stanie, usiłujemy wciągnąć do modlitwy nasz umysł i zmusić go by towarzyszył wypowiadanym słowom i treściom. Może to być zarówno ten codzienny pacierz, jak też świadome i uważne uczestnictwo w Eucharystii i różnych nabożeństwach.

Ale tak naprawdę, w moim rozumieniu, modlitwą może być każda sytuacja i każda czynność, w której jesteśmy świadomi iż patrzy nas Boże Oko nie po to, by nas osądzać, ale by nam z miłością i troską towarzyszyć. Tutaj taka moja refleksja: jako przykład prawdziwej modlitwy odebrałem scenę z filmu „Skrzypek na dachu”, w której bohater wadzi się z Panem Bogiem w sprawie swego twardego losu. Nie klęka, nie składa rąk patrząc pobożnie w niebo, pracuje, jak co dzień, i w trakcie tej pracy, niejako w jej tle, zwraca się do Pana.

Tak właśnie wyobrażam sobie właściwą modlitwę. Powinna to być stała w podświadomości istniejąca świadomość, iż nie jestem sam. Brzmi to jak paradoks: świadomość w podświadomości. Ale spróbuję porównać to do stanu, w jakim jest ktoś zakochany. Śpi, pracuje, dojeżdża do pracy i wykonuje mnóstwo zwykłych czynności, koncentrując w danej chwili uwagę na tym, co aktualnie robi, ale głęboko w sobie ma świadomość istnienia tej drugiej, kochanej osoby, i chyba nie zrobi nic, o czym wie, że tej drugiej osobie zrobiłoby przykrość. Co do mnie to od wielu lat praktykuję medytację chrześcijańską, oraz Modlitwę Jezusową i te dwie formy modlitwy pomagają mi trwać w wspomnianym stanie stałej świadomości Boga.

a jak w ogóle z wiarą, co o niej myślisz?

Wiara jest dla mnie sprawą niemal oczywistą. Otrzymałem ją w darze od rodziców, długi czas pilnowali mnie bym żył w zgodzie z nią, głównie zresztą był to przykład ich własny, i reszty rodziny, dziadków, innych krewnych. Przez większość moich lat szkolnych religia była w szkole, pod koniec liceum przeniosła się do sali przy kościele, ale wciąż do tej przykościelnej uczęszczała chyba cała klasa. Tak więc myślę, że miałem całkiem dobre podstawy. Potem, gdy rozpocząłem studia, starałem się zawsze ze stacji kolejowej (dojeżdżałem pociągiem) iść na uczelnię nieco okrężną drogą, na której miałem po drodze kościół, i wstępowałem do niego bodaj na minutę. Nie wiem z jakiej to było pobudki, ale tak było. Gdy podjąłem pracę w instytucie, spotkałem grupę prawie rówieśników, zajmujących się badaniami w różnych dziedzinach, z którymi dość często zbieraliśmy się na pogaduszki i kiedyś wypłynęła sprawa uzasadnienia wiary i dowodów naukowych na istnienie Boga. Jeden z kolegów, deklarujący się jako ateista, uczynił wówczas uwagę, którą do dziś pamiętam. Powiedział coś w tym sensie, że skoro wierzysz, to nie potrzebujesz dowodu. Teraz patrzę na to nieco inaczej, nie sądzę, by dowody były zupełnie zbędne, one wręcz podbudowują wiarę, tyle, że nie są to dowody w takim sensie, jak rozumieliśmy to wówczas my, młodzi, początkujący pracownicy naukowi. Nie są to dowody matematyczne, ani takie możliwe do sprawdzenia w laboratorium. I tu zbliżam się do odpowiedzi na pytanie co myślę o wierze.

Otóż o ile wiem, jako nieco oczytany w tej dziedzinie laik, niemal wszystkie ludy od zarania dziejów uznawały istnienie jakiś bóstw i oddawały im cześć, podzielały też wiarę w jakąś formę życia po śmierci, czego dowodem są zwyczaje związane z pochowaniem zmarłego i kult przodków. Nie miały by one większego sensu bez wiary, że ci zmarli gdzieś nadal istnieją. Teraz zwykliśmy określać te ludy i kultury jako prymitywne. Myślę, że jest to wyrazem dużej pychy i zarozumiałości z naszej strony. Te ludy nie dysponowały taką techniką i wiedzą naukową jak my obecnie, ale to właśnie ich dociekania filozoficzne i egzystencjalne stopniowo doprowadziły do naszego poziomu. W tamtych odległych epokach powszechne było przekonanie, że każdy naród ma własnego boga, albo kilku bogów, którzy się nim opiekują w różnych sferach życia. Wyniki zmagań wojennych były interpretowane jako przejaw niejednakowej potęgi odpowiednich bogów. W światlejszych umysłach rodziła się idea jednego boga naczelnego, takiego jak Zeus w Grecji, Jupiter (Jowisz) u Rzymian, czy Ra w Egipcie. To wszystko były dociekania rozumu, inspirowane obserwacją natury, w całym jej bogactwie, harmonii i celowości. Aż tu, w jednym z wielu narodów, zdarzyła się rzecz niesłychana – ten naczelny bóg objawił się sam i oznajmił że jest On Bogiem Jedynym, wszechmocnym, i nie ma żadnych innych bogów, równorzędnych albo podległych. To objawienie siebie, jako Jedynego i Wszechmocnego, potwierdzał potem wielokrotnie na różne sposoby opisane w Biblii i rozumiane przez współczesnych jako Jego osobista opieka i interwencja w historię. Dalsze dzieje przyniosły realizację podstawowej Jego obietnicy, złożonej w zalążkach już pierwszej parze w Raju, a do końca spełnionej w Osobie Jezusa. Są to dla mnie wystarczające przesłanki do deklarowania się jako człowiek wierzący, jako chrześcijanin. A co do dowodów materialnych, nazwijmy je naukowymi, to obserwując postępy w niemal wszystkich dziedzinach wiedzy, widzę jak potwierdza się opinia Sokratesa, jednego z autorytetów starożytności: Scio non scirewiem, że nic nie wiem. Im więcej wiemy jak to wszystko wokół nas działa i jak jest zbudowane, tem więcej odkrywamy w tym dalszych tajemnic. A i tak nauka odpowiada tylko na pytania jak, ale wciąż nie wyjaśnia dlaczego. Domniemania „importu” życia z innego obszaru wszechświata nie rozwiązują zagadki, jedynie przesuwają ją na inny poziom, bo niby skąd i dlaczego „tam” się tak dzieje. Dociekania dlaczego też są podejmowane, ale ich wyniki wskazujące na, czy tylko sugerujące, rzeczywistość Boga, nie są tak szeroko publikowane, są nie-medialne i nie są politycznie poprawne. Mnie tę odpowiedź daje wiara.         
                             

JuR  Styczeń 2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi