Jednym z zarzutów pod adresem chrześcijan jest to, że religia nas zniewala, że zakazując pewnych zachowań, a stawiając wymagania, ogranicza naszą wolność.
Na początek weźmy taki przykład:
Ukradłem coś w sklepie i mnie złapano. Innym razem w bójce tak przeciwnika poturbowałem, że skończyło się jego śmiercią.
Oczywiście w takich przypadkach wkracza policja, kończy się sądem i wyrokiem w oparciu o jakiś kodeks karny. Państwo najwyraźniej ogranicza moją wolność, nie pozwalając mi kraść, zabijać, czy też na szereg innych zachowań. Tak się dzieje od niepamiętnych czasów, we wszystkich społeczeństwach, bez względu na to, czy dane państwo jest świeckie czy wyznaniowe, obojętnie w oparciu o jaką religię.
Ale takie same zasady nie kradnij, nie zabijaj, itd. zawarte w Dekalogu traktowane są przez krytyków jako ograniczenie naszej wolności.
Czy rzeczywiście jesteśmy przez Boga zniewoleni? Czy bez Niego nie było by nam łatwiej żyć? Jaki sens mają te różne zakazy i nakazy.
Zacznijmy od Biblii. Gdy czyta się poszczególne księgi Starego Testamentu, albo ich rozdziały, każdą osobno, to odnosi się pierwsze wrażenie że one ociekają krwią, że są niemal kryminałem. Raz za razem okazuje się, że gdy Naród Wybrany był posłuszny Bogu, to wyrzynał do nogi i łupił swych wrogów. Jednak, gdy tylko odstąpił od posłuszeństwa, to wrogowie wyrzynali i łupili Izraela. Ale gdy się spojrzy na ten sam Stary Testament jako na całość, okazuje się, że jest on historią nie tyle dyscyplinowania Izraela poprzez nagrody i chłosty, ile historią o tym, jak Bóg swój Naród Wybrany wychowywał, i jak ten naród powoli i z niemałym trudem dojrzewał do zrozumienia Bożej miłości i Bożego Miłosierdzia obejmującego bez wyjątku całą ludzkość.
a więc nie prawa ściśle kontrolującego nasze życie, ale troski o nas i przestrogi przed niebezpieczeństwem, które sami na siebie możemy ściągnąć, pojawia się w Biblii niemal od pierwszych rozdziałów. Nie było jeszcze wtedy Dekalogu. Był tylko jeden jedyny zakaz: nie będziesz jadł owocu z drzewa poznania dobra i zła. Owoc to nader smaczny, ale też niezwykle niebezpieczny. Adam i Ewa zjedli i zostali za to ukarani, ale nie było to dożywocie, gdyż zaraz za wyrokiem poszła obietnica ułaskawienia: oto Niewiasta zdepcze głowę węża. Była kara, ale nie była to kara dla samej kary, dla pokazania, że należało Mnie słuchać. Bóg wiedział, że człowiek nie posiądzie wprawdzie całej wiedzy, równej wiedzy Boga, ale w swej zarozumiałości zacznie tę cząstkę, którą posiądzie, niewłaściwie używać, ku swojej własnej szkodzie. Dlatego tego owocu zakazał. Kain został ukarany za bratobójstwo banicją, ale dostał znamię chroniące go przed odwetem otoczenia. Taki odwet mógł by sprowokować kolejną akcję agresji, i spirala zła nakręcała by się, czego przykład mamy współcześnie nie tylko w zwyczajach wendetty na Bałkanach czy na Sycylii, ale i wśród nas samych, zawsze skłonnych do oddania pięknym za nadobne.
Były to kary srogie, ale nakładane z miłością, bo Bóg nakładający karę wiedział, że człowiek nieposłuszeństwem sam sobie przysparza kłopotów. Bóg zna konsekwencje naszych wyborów, i odwodzi nas od tych, które bezpośrednio, albo rykoszetem, uderzą boleśnie w nas samych. Bo miłość może karać, a nawet musi karać, by osobę miłowaną zawrócić z drogi, która jest dla niej niebezpieczna. Matka karze nieposłuszne dziecko nie dla swojej satysfakcji, ją przecież serce boli, ale karze, bo wie, że jest to elementem wychowania. Ukaranego dziecka nie odrzuca, kocha je nadal, nawet jeśli ponownie nabroi. Bóg zakazując nam czegoś, jak w drugiej tablicy Dekalogu, de facto nie zakazuje bezwzględnie, tylko ostrzega. I jeśli zakaz przekroczymy, nie karze natychmiastową chłostą. Bóg daje wybór, jak to podkreślił Mojżesz, ale odradza nam zabójstwo, kradzieże, cudzołóstwo itd. Bo wie czym się to może skończyć. Bóg nie karze również potomków za grzechy ojców. Natomiast na pewno potomstwo dotykają konsekwencje tych grzechów. Spójrzmy chociażby na dzieci ulicy: na pewno nie są one szczęśliwe, na pewno cierpią. Ale czy to Bóg je za coś ukarał, czy one z własnej winy na tej ulicy się znalazły, czy też jest to raczej konsekwencją różnorakich win ich rodziców?
Zróbmy małe porównanie:
Dekalog. Dekalog zawiera szereg zaleceń, jak żyć, czego unikać, byśmy, ja sam i społeczeństwo, żyli w zgodzie, harmonii i bezpiecznie, i oto nagle tyle protestów że w naszej religii są tylko zakazy. Bóg nie jest satrapą, nie dał nam Dekalogu przez złośliwość, by nam dokuczyć i pokazać swoją władzę, dał nam rady, jak żyć, by było nam wszystkim dobrze.
Idźmy dalej, kontynuując wątek samochodowy: mamy samochód, trzeba o niego bardzo dbać. Mamy też kodeks drogowy byśmy wiedzieli jak tym autem jechać, by dojechać do celu bez wypadku. A jeśli chcemy dojechać szybciej, to możemy jechać autostradą, najlepiej płatną, a na niej obowiązują dodatkowe zasady.
A w Dekalogu mamy dwie Tablice. Na pierwszej przypomnienie, że mamy jednego Boga, który jest absolutną Miłością i że to właśnie On jest tym, który wyzwolił Izraela z niewoli egipskiej. Tak, właśnie wyzwolił z niewoli, a nie wprowadził w niewolę. Naród powinien więc tę miłość docenić, odwzajemniać i oddawać Mu cześć. Na drugiej Tablicy są przestrogi, byśmy nie wpadli w tarapaty i nie znaleźli się w innej niewoli: nie zabijaj, nie cudzołóż itd. itd. A Chrystus dał nam jeszcze dodatkową radę: jeśli chcesz ominąć kolejkę do nieba, nie czekać za długo w czyśćcu – proszę bardzo, masz Błogosławieństwa z Góry Błogosławieństw.
Życie według Dekalogu, według zasad naszej wiary, nie jest bynajmniej życiem w niewoli despoty, czuwającego byśmy przypadkiem nie naruszyli jego rozkazów. Wręcz przeciwnie, konsekwencja w życiu wiarą (ale naprawdę konsekwencja, nie wybiorczo jak w chińskim bufecie), prowadzi do pokoju i harmonii w społeczeństwie.
JuR kwiecień 2017

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi