Świętość na co dzień

(wg. prelekcji w Polonia North, Bolton, Ontario, Kanada)

Proszę państwa, mamy dziś rozważać naszą codzienną świętość spoglądając na wzór życia Świętej Rodziny.
Temat, który nas interesuje, to okres około 30 lat życia Jezusa, przed Jego chrztem i publicznym wystąpieniem. Ten okres przyjęto nazywać ukrytym życiem Jezusa, gdyż na dobrą sprawę Ewangelie i Listy niemal nic o tym okresie nie mówią.
W takim określeniu odnosimy się głównie do życia Jezusa, ale przecież Jezus nie żył samotnie, przyszedł na świat i żył w rodzinie, a ta rodzina żyła w jakiejś szerszej społeczności, w określonym czasie historycznym i określonym miejscu na ziemi. Tak więc można na ten okres patrzeć wielorako, eksponując różne aspekty, które w danej chwili nas interesują. Można koncentrować się na Jezusie i Jego dojrzewaniu do wystąpienia publicznego, można też większą uwagę zwrócić na Jego rodzinę i jej życie. Piotr ma w zanadrzu bardzo ciekawe  filmy rozwijające wątek Jezusa, jak w ciągu tych trzydziestu lat kształtowała się Jego osobowość. Ja chcę dziś zastanowić się, na ile życie Jego rodziny, jako całości i jako trzech osób, tę rodzinę tworzących, może stanowić wzór według którego możemy doskonalić nasze własne życie. Oczywiście, w wielu miejscach te spojrzenia będą się nakładały, przecież patrzymy a te same osoby, w tych samych kolcznościach.

Świętość w Naszym Życiu

Duchu Święty, który wszystko uświęcasz,
Bądź z nami w czasie tego spotkania,
wzbudzaj w nas pragnienie świętości
i wskazuj nam drogę ku niej
poprzez rzetelne spełnianie
naszych codziennych obowiązków.
Pomóż nam tak kształtować nasze sumienia,
by każde nasze działanie było zgodne z Bożą wolą.
Prosimy Cię o to, przez Chrystusa, naszego Pana
Amen

Na początku taka uwaga i prośba: proszę tego co powiem nie traktować jako wykładu ex katedra, jako czegoś, co jest potwierdzone przez wszystkie odpowiednie autorytety. Chcę jedynie opowiedzieć, skąd się wzięło moje zainteresowanie tematem „świętości na co dzień” jak szukałem odpowiedzi, do czego doszedłem i jak teraz to widzę. Może też uda się nam na koniec nieco na ten temat podyskutować i wymienić własne poglądy.

W pewnym wieku człowiek zapomina gdzie położył okulary, ale doskonale pamięta sceny z odległych czasów. Otóż ja tak właśnie pamiętam, że gdy w wczesnej młodości czytałem różne pobożne książki i opowiadania o świętych, to potem sam też chciałem być świętym. Taka dygresja – teraz dzieci mają do czytania książeczki mniej pobożne, ale za to lepiej wprowadzające w zagadnienie równości i tolerancji we wszystkich odmianach. Ostatnio spotkałem w internecie apel-protest przeciwko zamiarom by w jakiejś popularnej bajce Disneya o pięknej królewnie śniącej o równie pięknym królewiczu, tego królewicza zamienić na drugą królewnę, bo to będzie bardziej „nowocześnie”. I potem te dzieci też tak zechcą. Żeby była równość i nowoczesność.

Ale wracajmy do tematu.  Otóż te moje święte myśli z wiekiem gdzieś się zagubiły, życie poszło po swojemu. Kilkadziesiąt lat temu bylem na rekolekcjach u Benedyktynów w Tyńcu koło Krakowa. Spytałem tam czy dobre było moje wrażenie że większość znanych świętych to były osoby duchowne. Rekolekcjonista potwierdził, ale też dodał, że zbliża się czas świeckich świętych. Nie minęło wiele lat, gdy istotnie na ołtarze zaczęli wchodzić świeccy, a nawet rodziny. Na tym moje rozważania o świętości właściwie się skończyły. Do czasu. Do czasu, gdy odeszła najpierw moja teściowa, potem po kolei rodzice. Podjąłem wówczas spisywanie rodzinnej kroniki i wspomnień, zacząłem przeglądać korespondencję z rodzicami i nagle zobaczyłem całe ich życie, życie teściowej i wielu innych znanych mi osób, a nawet moje własne, w zupełnie nowym świetle. Spojrzałem na nich jak na świętych. Dlaczego, cóż takiego zrobili w życiu? Niby nic szczególnego, nic, co dało by się zapisać w jakimś eseju hagiograficznym, a jednak popatrzyłem na nich jak na świętych.

Moi rodzice przeżyli dwie wojny ze wszystkim co one niosły, wychowali czterech synów, pracowali tak, jak im warunki pozwalały, ale zawsze rzetelnie, na tyle, że do Mamy, która była nauczycielką, wiele lat po przejściu na emeryturę przychodzili z kwiatami i wyrazami wdzięczności byli uczniowie, a do Ojca niemal do ostatniej Jego chwili byli podwładni.  Teściowa podczas wojny straciła męża i została sama z swoją Matką i dwójką małych dzieci, w obcym mieście i środowisku. Utrzymywała ich, wychowała i wypuściła w świat jako prawych ludzi. Gdzie tu znamiona jakiejś szczególnej świętości?

Otóż to. A jednak. Pan Bóg dał Adamowi i Ewie polecenie „bądźcie płodni, zaludniajcie Ziemię i czyńcie ją sobie poddaną”. Mamy zaludniać Ziemię i czynić ją sobie poddaną. Zaludniać, to znaczy mieć potomstwo, o to potomstwo dbać, i je wychowywać. Czynić sobie Ziemię poddaną to znaczy pracować. Właśnie tak przeżyli swoje życie moi rodzice, moja teściowa, znajomi i nie byli oni jedynymi, takich jest przecież olbrzymia większość, my sami też, każdy na własną miarę, tak postępujemy. Malo tego, z reguły odbywa się to „w pocie czoła”, jak to usłyszeli Adam i Ewa przy eksmisji z Raju.

Czyż nie jest to spełnianiem Bożej woli w takich warunkach, w jakich przyszło im, czy nam, żyć? A jeśli było tym spełnianiem, to znaczy że ma znamiona świętości. Bo przecież świętość to pełnienie Bożej woli. To znaczy że zwykłe życie, zwykłych ludzi, może stać się życiem świętym. 

W Starym Testamencie Bóg wzywa swój Naród Wybrany by był święty, bo On sam, Bóg, jest święty. Wzywa cały Naród, nie jakieś wybrane osoby, nie jednostki, ale wszystkich, cały lud. Bóg nie daje zadań przekraczających nasze siły i możliwości. Skoro więc apeluje o świętość wszystkich, to znaczy że wszyscy jesteśmy do niej zdolni, niezależnie od wieku, stanu, pozycji społecznej czy zdrowia, każdy na swoją miarę, każdy inaczej, ale każdy. Chrystus powtarza to wezwanie w Nowym Testamencie.

Na ogół łączymy świętość, w każdym razie tę certyfikowaną i mającą papieską pieczęć, z jakimiś szczególnymi dokonaniami, z heroizmem albo martyrologią. Ale przecież nie wszyscy są powołani do heroizmu, tak jak nie mogą być wszyscy męczennikami, a mamy wszyscy być świętymi. Więc jak to jest? Jak rozumieć świętość?

 Myślę, że mamy tu do rozważenia dwie świętości. Jedna, to ta oficjalna, z dyplomem i pieczęcią Watykanu, na nią rzeczywiście trzeba jakoś specjalnie zasłużyć, i przejść długą drogę formalną (oczywiście nie kandydat na świętego, tylko, po jego odejściu, jego „promotorzy” – np. proces ks. Piotra Skargi, trwa już, z przerwami, ponad 400 lat). To jest droga dla jednostek.
Druga świętość, to ta zwykła, bez dyplomów i pieczęci. Listy Apostolskie adresowane są często do świętych jakiejś gminy. Są adresowane do całej gminy, a nie tylko do wybranych w niej ówczesnych VIPów. I tych wszystkich, całą gminę, apostołowie nazywają świętymi.

Nie udało mi się trafić na jakąś jednoznaczną definicję świętości, są raczej jej opisy. Z tych opisów odpowiada mi szczególnie ten jeden, o którym wspomniałem przed chwilą. Bardzo prosty: świętość jest to czynienie woli Bożej względem nas w każdej konkretnej chwili i sytuacji. Niby bardzo proste, pozostaje tylko pytanie jak tę Bożą wolę rozpoznać na bieżąco, w momencie, w którym się aktualnie znajdujemy? Jak ja to rozumiem? Otóż Bóg dał nam trzy władze: rozum, sumienie (serce) i wolną wolę. Rozum analizuje możliwości i skutki działania, sumienie ocenia i wskazuje najwłaściwszą drogę, a wola decyduje, jakie działanie podejmę.
Weźmy dwie sytuacje z życia:

Na parkingu znalazłem banknot 20 dolarowy. Dziękuję Ci, Panie Boże, za to, będę mógł pójść na ekstra kawę i dobre ciacho, na które akurat miałem ochotę, i jeszcze pomodlę się za osobę, która te pieniądze zgubiła. Albo może inaczej, może dam połowę do skarbonki dla biednych, a sobie wezmę tylko drugą połowę. A może lepiej będzie dać wszystko na Mszę za zmarłych? Moje ego głosuje za kawą i ciastkiem, sumienie podpowiada myśl, że ja znalazłem to, co ktoś inny zgubił, więc dobrze by było zrobić coś dobrego dla innych. Sam nie wiem, pomyślę, nie muszę tego robić w tym momencie. W końcu, po namyśle, decyduję się na to trzecie, daję na mszę.

Inna sytuacja: Gotuję zupę i akurat zapłakało dziecko. Serce przynagla, ale najpierw wyłączam palnik, by się coś złego nie stało, a dopiero potem idę do dziecka. Rozum podpowiada, że tak jest bezpieczniej, nie ryzykuję pożaru, gdybym zabawił dłużej przy dziecku i zupa się wygotuje.

Jak w tym przykładzie z dzieckiem, często musimy działać natychmiast, nie ma czasu na długi namysł. W takich sytuacjach postępowanie dyktuje nam intuicja i odruch, ukształtowane poprzednimi doświadczeniami, ale one też były wynikiem współdziałania tych trzech władz.
Tu moim zdaniem jest miejsce naszej codziennej, zwykłej świętości: świadomie kształtować nasze sumienie, aby nam dobrze wskazywało drogę. A potem w każdej sytuacji i w każdej chwili pełnić swoje obowiązki z całym oddaniem, wykorzystując te trzy władze. I koniecznie uczyć tego nasze dzieci,

Kościół stawia nam za wzór Świętą Rodzinę. Skoro ma być dla nas wzorem, to my, by ten wzór naśladować, powinniśmy jak najwięcej o nim wiedzieć. A my tak niewiele o tej Rodzinie wiemy. To trzy osoby: Matka, Jej Syn Jezus i Jego przybrany ojciec Józef. Na każdą z tych osób można patrzeć oddzielnie, a później na nie wszystkie razem jako na rodzinę. Praktycznie nie da się tego tak dokładnie podzielić i uporządkować, życie każdej rodziny jest przecież wypadkową indywidualnych osobowości jej członków, ale też zachowania tych poszczególnych osób są uwarunkowane przez życie całości. Są to stale sprzężenia zwrotne.

Powiedziałem, że o życiu Świętej Rodziny wiemy bardzo niewiele, zaledwie kilka razy wspomniane są w Pismach jakieś epizody tego życia: zwiastowanie, wizyta u Elżbiety, obrzezanie, ucieczka do Egiptu, wizyta w Świątyni i na tym koniec. Łącznie kilkanaście zdań z trzydziestu lat rodzinnego życia Jezusa przed Jego chrztem i publicznym nauczaniem. Dla nas, szukających informacji o naszym wzorze, to niesłychanie mało, a jednocześnie, paradoksalnie, to bardzo dobrze. W czym ten paradoks i dlaczego tak dobrze skoro tak mało? Otóż gdyby Ewangeliści zostawili więcej informacji, to niemal odruchowo nasze rozważania koncentrowałyby się na tych opisach, z pominięciem szerokiego społecznego, kulturowego, politycznego i gospodarczego tła, na którym to życie się toczyło. Dalej – ponieważ brak takich zapisów, to rozumiemy, że żadnych niezwykłych objawów życia tej Rodziny i jej trzech osób otoczenie nie zaobserwowało. Przecież po wystąpieniu Jezusa w synagodze w Jego rodzinnym Nazarecie, słuchacze oburzali się, że znają doskonale Jego samego, jako cieślę, Jego ojca - cieślę Józefa, Jego Matkę, Miriam, Jego krewnych, jako zwykłych ludzi, takich jak oni sami, więc skąd u Niego taka mądrość.

Nie mając konkretnych zapisów, musimy iść drogą nieco okrężną – skoro żyli jak wszyscy inni, nic szczególnego, to popatrzmy na tych wszystkich innych, bo tutaj wiadomości mamy szalenie dużo. Składają się na to odkrycia i prace wielu nauk, nie tylko biblijnych, a może nawet głównie nie biblijnych. To archeologia, kulturoznawstwo, języki starożytne, historia itd. itd. Tak więc zwykłe, przeciętne życie Palestyny, Galilei, Nazaretu, w czasach Jezusa, możemy odtworzyć z dużą dokładnością.

Mamy jeszcze jedną poważną trudność na jaką natrafiamy, jest nią podwójna, Boska i ludzka, natura Jezusa. Co z tym zrobić? Przecież nie będę się zastanawiał dlaczego Jezus-Bóg jest święty i jak naśladować Jego Boskość. Wiemy jednak, że Jezus był pełnym Bogiem, ale był też pełnym człowiekiem, we wszystkim, z wyjątkiem grzechu, podobnym do nas. Możemy więc spokojnie rozważać ten ukryty, 30-letni okres Jego życia z rodziną tak samo, jak patrzylibyśmy na każdego innego mieszkańca ówczesnego Nazaretu, pomijając Jego Boskość. Tak postępując, w żaden sposób nie naruszamy nauczania Kościoła. Konstytucja Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II stwierdza o Chrystusie: „On bowiem, Syn Boży, poprzez wcielenie zjednoczył się w pewien sposób z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami wykonywał pracę, ludzkim umysłem myślał, ludzką wolą działał, ludzkim sercem kochał. Zrodzony z Maryi Dziewicy, stal się prawdziwie jednym z nas, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu”.

Zobaczmy teraz jak to życie w czasach Jezusa i w ”Jego” okolicach wyglądało. Z Ewangelii wiemy, że Maryja i Józef  na ofiarę w Świątyni złożyli dwa gołębie, a więc to, co należało od ludzi ubogich, wiemy, że żyli w Galilei, konkretnie w Nazarecie, i że Józef był cieślą, że byli pobożni, bo odbywali corocznie pielgrzymkę do Jerozolimy, a jest to nie byle spacer, bo ok. 150 km.  

Tu jest projekcja z Power Point, z dokładniejszym omówieniem każdego obrazu – oddzielny post pt. Świętość na codzień prezentacja 

Po tym wszystkim co potrafiliśmy sobie odtworzyć, widać, że naśladowanie życia Św. Rodziny nie musi być takie trudne. Popatrzmy jeszcze raz:

Maryja, żona, matka, troszczy się o całe gospodarstwo domowe, wychowanie syna, nakarmienie męża i syna, cerowanie ubrań, mycie garnków, utrzymanie porządku, odwiedza i pomaga ciężarnej krewnej Elżbiecie, ma krewnych i sąsiadki. A jako młode dziewczę, 15-16 letnie, już zaręczona ale jeszcze przed ślubem, staje przed wyzwaniem, które może zbić z nóg: Anioł objawia Jej Boży plan. Ona sytuacji kompletnie nie rozumie, ale zadaje tylko jedno krótkie pytanie jak to będzie? Już nie docieka szczegółów, co ma robić, jak sobie da radę, czy dostanie specjalne przywileje, pięciogwiazdkowy apartament w jakiej metropolii, służbę, ochronę osobistą, itp. Nie, nic z tych rzeczy, zawierza Bogu i mówi krótkie zgoda.

Józef, zwykły rzemieślnik, zawierza głosowi Boga (jak go usłyszał, tego nie wiem, ale uwierzył), adoptuje nie swoje dziecko, po krótkim czasie jeszcze raz słyszy ten Głos i ostrzeżenie, ale zamiast dać jakąś gwardię ochronną, Głos wysyła Rodzinę na emigrację. Wszyscy troje stają się emigrantami politycznymi - refugee, z powodu tego nie-jego Syna, na którego dybie Herod, zazdrosny o swój tron. Po powrocie z emigracji Józef nadal pracuje na utrzymanie rodziny, przyucza syna do zawodu, dba o jego naukę i formację religijną, czyni to, co czyni każdy inny ojciec. W opisach ewangelicznych Józef jest jeszcze mniej obecny niż Maryja. Jest jednak przedstawiony jako mąż sprawiedliwy. Sprawiedliwy w języku biblijnym oznacza osobę która żyje według woli Bożej wyrażonej w Torze, w stałej otwartości na głos Boży i w świadomości stałej Bożej obecności w jej życiu. Człowiek sprawiedliwy z pokorą, bez szemrania podejmuje swoje obowiązki, nie oddziela tego, co Boże od tego co ziemskie, sacrum od profanum, jego całe życie jest ścisłą jednością sacrum i profanum.

Jezus, normalne dziecko, bawi się z rówieśnikami, miewa potłuczone kolana i rozbity nos, ma przyjaciół, jest posłuszny rodzicom, podejmuje takie prace jak większość w jego otoczeniu, pomaga ojcu w warsztacie, pracuje na roli, po śmierci Józefa, zgodnie z tradycją, kontynuuje jego zawód i opiekuje się matką. Może sprawiał rodzicom nieco mniej kłopotów niż rówieśnicy, ale wiemy dobrze że zawsze są dzieci łatwiejsze i dzieci trudniejsze. Jest jeden epizod w którym wymknął się spod rodzicielskiej opieki, to było podczas pielgrzymki do Jerozolimy, gdy bez wiedzy Rodziców pozostał w świątyni. Rodziców reakcja była całkowicie normalna i dla nas zrozumiała – głęboko zaniepokojeni szukają go rozpaczliwe. A co On po odnalezieniu Go? W tym jednym zdarzeniu ujawnia na moment swoją świadomość Bożego Synostwa, mówiąc, że winien być w tym co należy do Jego Ojca. A przecież Świątynia nie należała do Jego ziemskiego – przybranego ojca Józefa, lecz do Jego prawdziwego Ojca – Boga. Natychmiast jednak powraca do swego człowieczeństwa i w nim pozostaje do końca swych ziemskich dni. W Ewangelii jest zapisane że wrócił, był im posłuszny, i wzrastał w latach, mądrości i łaskach. Wzrost w każdym z tych aspektów jest przecież właściwy dla istot ziemskich, niedoskonałych i poddanych działaniu czasu. W Bogu nie ma wzrostu, Bóg jest niezmienny, nie podlega czasowi. Na pewno miał swoje słabości, Mateusz opisuje jak sam, już jako mężczyzna, o sobie mówił z humorem, że ma opinię pijaka i żarłoka, przyjaciela społecznych mętów.

Żadne z tych trojga, ani wszyscy razem jako rodzina, niczym się nie wyróżnia z otoczenia. Współmieszkańcy Nazaretu pamiętają ich jako Miriam, Józefa cieślę, i Jezusa też cieślę, syna tegoż Józefa. I tyle. Potem, po wystąpieniu Jezusa w synagodze, pytają zaskoczeni skąd u Niego taka wiedza i moc? Bo przecież nigdy przez te ubiegłe trzydzieści lat niczego odbiegającego od otoczenia u niego i Jego rodziny nie zauważyli.

Widocznie nie potrzeba żadnych spektakularnych czynów, bohaterstwa, czy męczeństwa, wystarczy żyć przyzwoicie, zgodnie z Bożymi zasadami, na miarę swego stanu i okoliczności. Nie ważne jest co przyszło nam robić, ważne, by robić to rzetelnie, najlepiej jak potrafimy. Świętość nie jest zarezerwowana dla niewielkiej liczby specjalnie wybranych osób, jest powołaniem wszystkich i jest możliwa dla wszystkich. Świętość to radzenie sobie z zastaną rzeczywistością w sposób uczciwy, zgodnie z Bożymi przykazaniami. To życie Ewangelią pośród zwykłych, codziennych obowiązków. Dla większości z nas będzie to codzienne życie w małżeństwie i rodzinie. Zapytamy teraz co robić, czego Bóg od nas oczekuje – otóż całym sobą oddać się innym członkom rodziny, nigdy nie stawiając siebie na pierwszym miejscu, raczej na ostatnim, służebnym. Życie Ewangelią w taki sposób, bez oklasków i widowiska, daje wiarygodne świadectwo czym jest wiara i Kościół, staje się, bez naszych starań, wzorem dla innych. A gdy nam coś nie wychodzi, to przepraszamy i próbujemy dalej, lepiej. Grzech jest wpisany w naszą naturę, najwięksi święci też grzeszyli i wciąż prosili o Boże miłosierdzie (mamy za sobą cykl prelekcji Piotra na temat Bożego miłosierdzia, które nie ma granic).

Tu znowu taka dygresja: natrafiłem kilka razy na wyniki różnych badań społecznych, z których wynikało, że w rodzinach określających się jako praktykujący chrześcijanie występuje znacznie mniej patologii, niż w obojętnych religijnie. To też coś mówi.

Na zakończenie jeszcze wypowiedzi trzech osób:

św. Jan Paweł II

…dążenie do świętości nie powinno być czymś abstrakcyjnym, ogólnym, lecz winno stać się autentycznym programem życia. «Szukajcie świętości w codziennym życiu» - w zwyczajnym życiu. Nie polega ona oczywiście na dokonywaniu rzeczy niezwykłych, lecz na niezwykłym podejściu do rzeczy zwykłych i codziennych. …

Błogosławiony kardynał Schuster, arcybiskup Mediolanu, zmarły w latach 50-tych

«Ludzie nie dają się już przekonać naszym kazaniom, lecz w obliczu świętości — jeszcze wierzą, jeszcze klękają, jeszcze się modlą. Gdy przechodzi święty, żywy czy zmarły, przychodzą wszyscy…. Diabeł nie lęka się naszych stadionów sportowych, naszych kin; on boi się naszej świętości.  Błogosławię wam. Bądźcie święci»

Symeon Nowy Teolog, Xw., wielki pisarz mistyczny chrześcijańskiego Wschodu

Wielu uważa za błogosławione życie pustelnicze, inni życie we wspólnocie,
a więc cenobityczne, inni zaś sprawowanie rządów, wychowanie, nauczanie, zakładanie kościołów, mówiąc, że to przynosi pożytek duszy i ciału różnych ludzi. Ja natomiast nie przedkładam jednego rodzaju życia nad drugi, ani też nie mówię, że jeden jest godny pochwały, drugi zaś wzgardy. Jakiekolwiek więc są czyny i dzieła, błogosławione jest życie, które prowadzi się dla Boga i według Boga.

Proszę państwa, wszystko zaczęło się od Zwiastowania. Anioł Gabriel przyniósł młodemu dziewczęciu niebywałą wiadomość – propozycję, iż jako dziewica porodzi syna. O czymś takim świat nie słyszał, a Ona odpowiedziała „zgoda”, zupełnie nie wiedząc co Ją dalej czeka.

A Józef – proszę sobie wyobrazić zakochanego młodzieńca, który już po oficjalnych zaręczynach, ale przed ślubem, dowiaduje się, że jego luba spodziewa się dziecka, bez jego udziału.

Obydwoje zawierzyli Bogu i postępowali, i żyli, jak im okoliczności pozwalały, bez żadnej taryfy ulgowej. A teraz ta Rodzina jest dla nas wzorem świętości.

Został nam jeszcze do rozważenia jeden aspekt naszej codziennej świętości, mianowicie do czego nam to jest potrzebne? Po co się o nią starać?  Żyjemy w społeczeństwie i kulturze, które są nastawione bardzo ekonomicznie – każda nasza działalność powinna przynieść określony, całkiem wymierny zysk, im większy tym lepiej. Co więc daje nam świętość, ile na niej możemy zarobić? Jaka z niej korzyść? Na pewno jest w niej silny aspekt metafizyczny, po prostu miłość – jako odpowiedź na Bożą miłość do nas jako ludzkości i do nas indywidualnie, do każdego z nas po imieniu. Ale ten aspekt jest wyczuwalny i wiodący w przypadku niewielkiej liczby osób, to będą najczęściej ci „nobilitowani” święci, Ale my, szara masa, co my z tego mamy?

Pójdźmy po kolei. Nasza świętość to czynienie Bożej woli najlepiej jak potrafimy w każdej chwili, w całym życiu, w domu, w pracy, na spacerze i na ulicy. Jaka jest Boża wola? Chrystus streścił ją dla nas w jednym zdaniu: „abyście się wzajemnie miłowali”. Jeżeli wszystko co czynimy będzie dyktowane wzajemną miłością, nie tą hedoniczną, zdewaluowaną obecnie do zaspokojenia chwilowych pożądań, ale tą pełną, prawdziwą, to zanikną nasze zajadłe spory, kłótnie, wojny, zabójstwa, oszustwa, kradzieże i tyle różnych innych gnębiących nas zjawisk. Święty Paweł w swoich listach wymienia szereg z nich. To oczywiście jest mało wyobrażalne i mało realne w zakresie globalnym. Jest to jednak w zasięgu naszej wyobraźni i naszych możliwości w kręgu najpierw rodzinnym, potem w tym otoczeniu, w którym żyjemy, z którym się stykamy. Jeśli takich osób będzie więcej to i te kręgi dobra się powiększą. A czyż w naszym własnym życiu mało jest miejsca na poprawę uczuć i zachowań w myśl tego wskazania byście się wzajemnie miłowali. Tego nie da się bezpośrednio przeliczyć na dolary, ale będą to bardzo realne i bardzo wartościowe wyniki starań o świętość. Naprawdę warto o nią zabiegać.

Zanim skończymy, poprośmy tego samego Anioła Gabriela, który rozmawiał z Miriam, o pomoc w naszym życiu:

Święty Gabrielu, Archaniele,
który oznajmiłeś zwyklej ludzkiej rodzinie,
że pod jej opiekę odda się Prawdziwy Bóg, Stwórca wszechświata,
I ta rodzina stała się świętym wzorem dla nas wszystkich,
Prosimy Cię, dopomagaj nam w dążeniu do świętości
w warunkach, w których Pan stawia nas w konkretnej chwili i miejscu,
w troskach i radościach naszego dnia codziennego.
Naucz nas kochać świat i ludzi oraz wybaczać wzajemne przewinienia.
Wspieraj i prowadź nas i nasze rodziny do pokoju,
zgody i prawdziwej miłości

Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi