Na spotkanie po odbiór plecaka kolega przyszedł z dwiema koleżankami, jedną małą, raczej pulchną, drugą wielką jak żyrafa. Okazało się, że te dwie panienki właśnie wybierają się na wakacje autostopem na Mazury, i ta żyrafa nie ma w co spakować swego ekwipunku. To dla niej miał być plecak.
Plecak dostała, pojechały. Dzidek teraz dopiero przyznał się, że ta mniejsza to jego sympatia, a ta duża to jej przyjaciółka ze studiów. Jemu to dobrze, ma dziewczynę, a moja właśnie bryknęła i zostawiła mnie samego. Po tym bryknięciu same czarne myśli chodziły mi po głowie, gdzie ja teraz znajdę jakąś, która mnie zechce, te, które znam, już są zajęte, mają swoich chłopców. Byłem w takim nastroju, że aż mnie rodzice przymusili bym się na wczasy wybrał by się pozbierać. Ale wracając do plecaka – otóż pojechał z dziewczynami, dokładniej z tą żyrafą, i widać przypadł jej do gustu, bo po kilku dniach mam od niej kartkę z jakimś widoczkiem i miłymi słowami podziękowania. Po kilku dniach druga, i jakoś tak wyszło, że po powrocie z wakacji poszliśmy na spacer. Potem ona wróciła do Krakowa na uniwerek, a ja zostałem w Katowicach i będąc ciałem co dzień w pracy, myślami byłem z nią na spacerze. Widać jej też było ze mną dobrze, bo zaczęliśmy na zmianę jeździć do siebie, raz ja do Krakowa a raz ona do Katowic.
Okazało się też że i ona ma za sobą duży ból serca, znacznie większy od mojego. Niemal na jej rękach odszedł jej ukochany. Matka zabrała ją na rekonwalescencję na wycieczkę do Włoch, tam prosiła św. Antoniego o wsparcie. I to chyba on wymyślił ten plecak.
Mój wujek (za miesiąc, jeśli Bóg pozwoli, będzie obchodził setne urodziny, a w ubiegłe Boże Narodzenie obchodzili 75 rocznicę ślubu) widząc to mówił tak: „zakochaj się mądrze, a potem ożeń się z miłości”. Myślę, że obydwoje z żoną (tą moją Żyrafą z plecakiem) wprawdzie nieświadomie, ale właśnie tak postąpiliśmy. Bo nie trwało długo, ledwie nieco ponad pół roku i miałem już narzeczoną, a po roku prawdziwą żonę. I z tą żoną, a ona ze mną, jesteśmy do dziś, a za dwa miesiące będzie to równe pół wieku. I jest nam z sobą dobrze i nadal się kochamy. Na naszą 30. rocznicę ślubu dostaliśmy od naszych córek wzruszającą dedykację. Pisały tak:
Za to, że się tak bardzo kochacie
Za to, że tak ciężko Wam być bez siebie
Za to, że jesteście tak różni,
a się tak wspaniale uzupełniacie ...
Gdy teraz patrzę na te pięć dziesiątków wspólnie spędzonych lat i zadaję sobie pytanie co bym radził wszystkim nowo pobierającym się parom, sprowadzam odpowiedź do kilku prostych ale podstawowych spraw:
Otóż moim zdaniem trzeba wykluczyć ze swego słownika i z myśli zaimek „ja”, a nawet i „my”. Należy zawsze na pierwszym miejscu stawiać „ją” albo „jego”. Dopiero po długim czasie, po wielu latach, to „ona” czy „on” powoli przechodzi w „my”. Ale nigdy, absolutnie nigdy nie może dojść do głosu „ja”. „Ja” kończy miłość i małżeństwo. Różnice osobowości, różnice zdań na wiele kwestii, „ciche dni” są i muszą być, mało tego, bez nich życie razem było by nie do zniesienia. Ale nigdy konsekwencją takich różnic nie może być egoistyczne forsowanie tylko „mojego”. Sprawa najważniejsza: traktujmy poważnie sakrament i obietnice, które złożyliśmy sobie wzajemnie przed ołtarzem; były w nich słowa „... na dobre i na złe”. Doświadczyliśmy niejednokrotnie że ten sakrament ma rzeczywistą i kolosalną moc wspomagania nas w przejściu nie tylko przez te lepsze, ale i gorsze okresy w życiu.
Na zakończenie tych wspomnień wracam do początku całej sprawy - do plecaka, Dzidka i dwóch studentek. Zazdrościłem Dzidkowi że ma dziewczynę. Wkrótce po tym ich drogi też się rozeszły, pozostali w przyjaźni, ale każde poszło w życie z innym partnerem. Natomiast Marianka i moja żona do dziś są serdecznymi przyjaciółkami i nawet poprzez ocean nie ma tygodnia by się nie kontaktowały.
JuR maj 2012
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi