Kogut za ołtarzem i bilokacja nowożeńców

Z zamierzchłych czasów dzieciństwa i młodości pamiętam sceny z wakacji spędzanych na wsi, gdy to po obejściach chodziły swobodnie stadka kur. Od czasu do czasu doglądający je kogut upatrywał sobie którąś i zaczynał ją molestować. Ona uciekała, kogut za nią, aż w końcu gdy ją dogonił, wskakiwał na nią i nie wiem czy z wielkiej miłości czy za karę że mu uciekała, zaczynał ją intensywnie dziobać po głowie.

Przeskakuję teraz szczeble ewolucji od koguta do człowieka i patrzę na siebie – przedstawiciela gatunku homo sapiens. Rzecz cała miała miejsce pięćdziesiąt lat temu. W kościele parafialnym zgromadzeni rodzina, świadkowie i goście przybyli na nasz ślub, razem zebrało się ładnych kilkadziesiąt osób. Moja wybrana w ślubnej sukni, z przepisowym welonem na głowie, ja w nowym garniturze, na znak księdza nakładamy sobie nawzajem ślubne obrączki. Potem, zgodnie z lokalnym zwyczajem, trzymając zapalone świece kierujemy się poza ołtarz, obchodzimy go i wychodzimy z drugiej strony. Ołtarz jest w  starym stylu, wysoki, z dekoracjami całkowicie przesłaniającymi przed zgromadzonymi wąskie przejście za nim.  Wychodzimy z drugiej strony i teraz oczom zgromadzonych ukazuje się osobliwy widok: oto przodem idzie młoda, świeżo upieczona żona, trzyma w ręku świecę, za nią idzie świeżo upieczony mąż, też ze świecą, a wolną ręką z rozmachem tłucze swą ukochaną po głowie. Jak ten kogut na wiejskim podwórku. Konsternacja ogólna, nie wiadomo co się dzieje i co z tego wyniknie, czy przypadkiem nie trzeba póki czas i ewidentnie jeszcze „non consumatum”, tego małżeństwa rozwiązać.

Sytuacja wyjaśnila sięwkrótce, ku odprężeniu i ubawieniu, tyle, że moim kosztem. Otóż tam, za ołtarzem, od płomienia świecy zajął się żony welon. Widząc co się dzieje, wykazałem przytomość umysłu i otwartą dłonią zacząłem go gasić. W tym właśnie momencie ukazaliśmy się zgromadzonym, którzy zobaczyli moją rękę w geście niewątpliwie podejrzanym. Potem była mowa, że to ja jąpodpaliłem, ale zaklinam się na kocią łapę, że welon palił się od przodu, a ja przecież postępowałem z tyłu. Nawet na dokumentalnym zdjęciu widać, że upalony jest z prawego przodu. Więc jak?

To taki był początek naszego szczęśliwego półwiecza, ale jeszcze nie koniec wczesno-małżeńskich niezwykłości. Otóż na archiwalnej taśmie fimowej mamy też dowód naszych zdolności bilokacji: braliśmy ślub w kościele w Polsce (są na to świadkowie i dokumenty), ale mamy też film jak to po całej ceremonii, w tych samych strojach, tym samym krokiem i z tymi samymi gestami schodzimy po stopniach katedry w Bukareszcie.  Jak możliwe? Ano, bywa, że  gapiostwo nie ma granic. Za jedną z pierwszych moich pensji kupiłem sobie ówczesny obiekt marzeń, mianowicie amatorską kamerę filmową. W tej kamerze zakładało się kasetę z filmem, kręciło do końca na połowie szerokości taśmy, a potem tę samą kasetę należało odwrócić, i kręcić dalej na drugiej połowie szerokości filmu. Ktoś, kogo prosiłem o pomoc, sfilmował prawidłowo nasz oryginalny ślub i oddał mi kamerę. Za jakiś czas jechaliśmy na wycieczkę poślubną, zafundowaną nam przez Mamę żony, do Bułgarii, z postojem między innymi w  Bukareszcie. Gapa, czyli ja, nie przełożył kasety prawidłowo i zaczęłem  rejestrowaćprzeżycia wycieczkowe na tej samej taśmie. Nałożyły się obrazy ślubne na widok katedry bukareszteńskiej. Oczywiście z filmu o wycieczce nici, ale za to powstał dowód bilokacji. Autentyczny.

JuR       czerwiec 2012

1 komentarz:

  1. Wszelkich Bożych błogosławieństw dla całej rodziny i Jubilatów.
    barka

    OdpowiedzUsuń

Twoje uwagi