Moje pierwsze myśli były że widocznie w tym kraju coś jest nie całkiem w porządku ze zdrowiem, może jakieś skażenia genetyczne, może wpływ klimatu, sposobu odżywiania, zaniedbania służby zdrowia? A już zupełnie mnie zbił z tropu widok ministranta z zespołem Downa (po polsku zwanym mongolizmem), który z wielkim namaszczeniem i widocznym na twarzy przejęciem usługiwał do Mszy św. W Kraju było by to nie do pomyślenia. Były wprawdzie Msze św. dla głuchoniemych, pełne odpowiedniej gestykulacji i nieartykułowanych dźwięków ze strony uczestników (bywałem na nich gdy moja Mama uczyła w seminarium w którym takie Msze odprawiano), ale to były w pewnym sensie obszary zamknięte. Ale w normalnym kościele, na „normalnej” Mszy ministrant z taką twarzą? jak można!
Po czasie dopiero doszło do mnie, że to nie Kanada jest pod tym względem dziwna, tylko warunki i opinia społeczna w Polsce, gdzie się wychowywałem i żyłem przez pół wieku, były wobec tych ludzi i ich najbliższego otoczenia nieludzkie. Nie widywałem ich na ulicach i w miejscach publicznych nie dlatego, że ich nie było, tylko dlatego, że trzymano ich z dala od widoku, od społeczeństwa. Byli izolowani od normalnego życia, wstydzono się ich. To kanadyjczyk, Jean Vanier, syn Generalnego Gubernatora, zapoczątkował w latach 60-tych ub. wieku ruch na rzecz osób z wadami rozwojowymi, znany obecnie jako Arka (L’Arche). Spojrzałem inaczej, w tych upośledzonych ludziach zobaczyłem LUDZI. Mało tego, widząc ich zaczynam też widzieć prawdziwą świętość ich rodziców i wszystkich tych, którzy na ich rzecz oddają część swego życia.
Wspomniałem na początku o ministrancie. Do dziś mam w oczach jego widoczne przejęcie z jakim kroczył przed księdzem niosąc do ołtarza Krzyż. Szedł specyficznym krokiem, potem, już w trakcie Mszy, ksiądz czasem dawał mu znaki co ma zrobić, ale jego napięcie uwagi i skupienie mogło być przykładem dla mnie samego, mającego się za „normalnego”. Ale zanim został ministrantem, ktoś musiał go od dziecka wychować, wdrożyć w misterium wiary, jakiś ksiądz musiał podjąć się trudu wprowadzenia go w tajniki posługi ołtarza, koledzy w tej ministranckiej grupie też go zaakceptowali i przyjęli.
Od wielu lat w moim kościele parafialnym obserwuję małżeństwo z córka, mającą już chyba z dwadzieścia lat, niepełnosprawną fizycznie i z jakimiś zakłóceniami psychicznymi. Stale wożą ją na wózku, ale doprowadzili do tego, że jest w stanie w pełni uczestniczyć w Mszy. Dziś na Mszy poznałem źródło dziwnego buczenia, które przez kilka niedziel słyszałem w różnych chwilach, najczęściej jako akompaniament do śpiewu albo modlitw wypowiadanych przez księdza. Ponieważ nasz kościół jest nowy i ma jeszcze dość kiepską akustykę, początkowo przypisywałem to układowi nagłaśniania. Dopiero w procesji do Komunii zobaczyłem kobietę wiozącą na wózku kilkunastoletniego chłopca z przekrzywioną głową, otwartymi ustami i wydającego te dźwięki. Ileż poświęcenia i samozaparcia wykazuje taka matka. Ona przecież od momentu urodzenia dziecka jest świadoma jego stanu i tego, co ją samą czeka. Takie osoby są naprawdę święte. To jest ta świętość na codzień, świętość nabywana w normalnym życiu, nie w klasztornym zaciszu, nie w mistycznych ekstazach, ale w domu, na ulicy, w sklepie i gdziekolwiek nas Bóg w danym momencie postawi. To jest taka świętość i miłość, która naprawdę, dosłownie, życie swoje oddaje za drugiego.
Tak mało o nich słychać w tzw. mediach. A tyle informacji o możliwości prenatalnego diagnozowania i ewentualnie usunięcia płodu, ktory nie spełnia oczekiwań. Boże! ratuj nas.
JuR sierpień 2012
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi