Problem ofiarowania cierpienia fizycznego niejednokrotnie pojawiał się w moich myślach, czasem nawet próbowałem to zrealizować na skalę w danym momencie aktualną (np. u dentysty, pewnie brzmi śmiesznie, ale tak bywało, i co dziwniejsze, chyba mnie samemu pomagało). Zaraz jednak pojawiała się wątpliwość co to za ofiara skoro jej i tak uniknąć nie mogę. Jestem w sytuacji niezależnej ode mnie i ból zęba, czy inne cierpienie, będzie takie samo czy je ofiaruję, czy nie. Wiem, że istnieje cała teologia cierpienia, znam stanowisko Kościoła w tej kwestii, wszystko to wiem, staram się z wiarą praktykować, ale nadal nie rozumiem.
Natomiast co dotyczy dotkniętego JA – to właśnie w moim pojęciu może mieć dużą wartość, bo to współbrzmi z błogosławieństwem cichych, pokornych i ubogich duchem. Tutaj moje podejście do zranienia Ego mogę kontrolować wolą, mogę się przymusić by w imię tegoż ofiarowania nie okazać rozdrażnienia, nie kultywować niechęci do sprawcy. Mam w tym jakąś własną zasługę. Mam wolną wolę, nie podlegającą „Bożej kontroli”, mogę więc coś ofiarować naprawdę „od siebie”.
JuR sierpień 2012
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi