Wróciłem do medytacji

Od lat ten sam problem, o którym zresztą wielokrotnie pisałem: jak się modlić. Modlę się, to znaczy odmawiam pacierz, codziennie rano i wieczorem.

Tak mnie nauczyli Rodzice i przez długi bardzo czas wydawało mi się to zupełnie wystarczające. Dochodziły do tego różne okolicznościowe krótkie modlitwy i westchnienia w ciągu dnia, takie jak za zmarłych gdy przechodziłem koło cmentarza albo byłem świadkiem konduktu pogrzebowego, przed posiłkiem, przed wyjściem z domu i czasem po powrocie, i podobne. Stopniowo jednak narastała wątpliwość, czy takie grzeczne odmawianie paciorków nie przypomina bardziej recytowania przed nauczycielem wyuczonych wierszy, aniżeli modlitwy jako rozmowy z Ojcem.

Coż z tego że pacierz zaczynam słowami Ojcze Nasz, skoro brak w tym poczucia iż ja rzeczywieście mówię do Kogoś żywego, do Osoby, a nie „w powietrze”. I dalej klepię w myślach cały tekst, ale jest on  niejako na drugim torze, na pierwszym torze tych myśli są różne inne sprawy.

Po czasie, chcąc jakoś wyjść z impasu, zacząłem do tych rutynowych paciorków dodawać a to lekturę z Pisma Świętego, a to różaniec, a to brewiarz. Stopniowo doszedłem do stanu, w którym takie wieczorne i poranne „modły” zaczęły zajmować naprawdę sporo czasu, nie dając żadnej zmiany w odczuciu ich wartości.

Kilka lat temu zostałem przez znajomą zachęcony do medytacji według drogi ojca Johna Maina, OSB. Wytrwałem może z rok albo dwa, po czem, nie wiem właściwie dlaczego, zaprzestałem. Teraz wróciłem i nagle odkryłem, iż nie jestem jedynym który ma problemy z modlitwą, jest nas więcej, mało tego, stale byli, od początku. Przecież sam św. Paweł pisze do Rzymian (8.26): “gdy nie wiemy jak mamy się modlić, Duch wstawia się za nami wołaniem bez słów”. Skoro on tak pisze, to znaczy że jego współcześni też nie wiedzieli. Tu właśnie jest istota medytacji – zaprzestać wszelkich słów, własnych nieudolnych myśli, uciszyć się na tyle, by mógł wołać Duch.

To mnie oczywiście nie zwolniło w sumieniu od zwykłego pacierza i lektury Pisma, ale ufam że
wypełni tę wielką lukę w rzeczywistym kontakcie z Ojcem, że pozwoli mi usłyszeć Jego głos nie przekrzykiwany moimi własnymi myślami. Tak przynajmniej piszą ci, którzy w modlitwie medytacyjnej mają własne duże doświadczenie. Tyle, że oni z góry uprzedzają, by nie oczekiwać spektakularnych rezultatów, wizji, uniesień, nadzwyczajnych uczuć, itp. Czekać cierpliwie i medytować wytrwale, aż Pan któregoś dnia sam się odezwie; może to być i kilkanaście lat. Już raz „uciekłem” po dwu latach. Czy teraz uda mi się wytrwać dłużej?

Ale już teraz, na bieżąco, zaczynam rozumieć, że gdy stoję przed jakąś decyzją i proszę Pana o pokierowanie, to sam muszę się wyciszyć na tyle, by usłyszeć Jego odpowiedź, a nie moją własną wersję tej odpowiedzi.

JuR             sierpień 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi