Stare cmentarze (notka z roku 2007)
Mieszkając od kilkunastu lat w rejonie zwanym GTA i poruszając się po okolicach napotykam bardzo często malutkie, czasem zaledwie kilku, co najwyżej kilkunasto-grobowe cmentarzyki. Wciśnięte niejednokrotnie pomiędzy zabudowania przemysłowe, czasem ukryte wśród domów mieszkalnych, są niewątpliwie świadectwem niezbyt chyba odległej (jak na moje europejskie pojęcie historii) przeszłości, gdy te okolice nie wiedziały jeszcze co to znaczy Greater Toronto Area, a ludność mieszkała i gospodarowała w niewielkich osadach rozrzuconych po terenie. Zmarłych, co zupełnie naturalne, grzebano w pobliżu osady, no, może parę minut jazdy konnym zaprzęgiem od peryferyjnych domostw.
Na wielu z tych cmentarzyków nie widać obecnie nawet śladów pamięci o spoczywających tam zmarłych, niemniej są one jakoś omijane przez zachłannych i wszystkożernych a wiecznie nienasyconych deweloperów. Niedawno nawet, co odnotowalem z dużym zaskoczeniem i oczywiście łaskotaniem pod sercem, w Brampton gdzie mieszkam podjęto inicjatywę zadbania o nie, nie tylko jako o świadectwo historii, ale poprostu jako o miejsca pochówku, miejsca, gdzie spoczywają zmarli. Tak więc cieszmy się, bo skoro podejmujemy takie "cmentarne" inicjatywy to znaczy że jeszcze nie całkiem zdziczeliśmy. Grzebanie zmarłych i jakiś rodzaj pamięci o nich jest ponoć jednym z wyrożników rodzaju Homo. A przecież na takim skrawku gruntu można by wybudować jakiś budynek i sprzedać albo wynająć mieszkania, a ci zmarli to żaden dochód - czysta strata, bo jeszcze wypada czasem bodaj trawę skosić.
I tak jakoś patrząc na te cmentarze i w myślach polecając Panu ich nieznanych mi "mieszkańców" pomyślałem o dziwnej logice naszych czasów. Z jednej strony pamiętamy o zmarłych, zamieszczamy w gazetach nekrologi i wspomnienia o nich, witamy z honorami każdego poległego w Afganistanie żołnierza, podliczamy ile to ludzkich istnień zabrało tornado czy tsumani, a z drugiej bez zmróżenia oka pozbywamy się co dzień setek istnień, które nawet nie zdążyły samodzielnie odetchnąć, bo wyrwano je z łona matki (czy matka to właściwe słowo w tym przypadku?). Kilkanaście dni temu świat obiegła wiadomość o tragedii w jakimś szpitalu włoskim, w którym na zlecenie rodziców usunięcia jednej z bliźniaczek z rozpoznaną wadą rozwojową pomyłkowo usunięto zdrową. A jaka była reakcja rodziców? "Jesteśmy zdruzgotani" - powiedzieli prasie, ale zaraz usunęli tę drugą też. Dziecko wymagające jakiejś większej troski poprostu nie było im potrzebne.
Znamienna też jest zmiana naszego obiegowego słownictwa. Gdy byłem młody, a nawet jeszcze w moim męskim wieku mówiło się często że ona jest "w stanie błogosławionym". Obecnie nie słyszę tego określenia, natomiast zwykle spotykam w rozmowach powiedzenie"wpadła". Takie słownictwo, a słowo powinno przecież wyrażac treść naszych odczuć i myśli, wpisuje się jakoś w tę ogólną mentalność ekonomiczno - hedonistyczną: dziecko to kłopot, wydatki, zmartwienia, uwiązanie i ograniczenie własnej swobody, rezygnacja ze "spełnienia się", itd, itd. A więc dobrze się zastanówmy i przekalkulujmy. No a już dziecko mniej niż doskonałe - toć to przecież zupełny absurd.
Może by tak w okolicach naszych polskich Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego pomyśleć też o tych małych duszach, które jako społeczeństwo wszyscy mamy jakoś na sumieniu. Nie znam się na teologii i nie wiem czy nie wygłaszam teraz jakiejś herezji, ale tak sobie myślę, że może te małe duszyczki gdzieś tam z wysoka patrzą na swych biologicznych rodziców i kto wie, czy nie wstawiają się za nimi. Tam przecież powinna panować powszechna miłość bez cienia jakichkolwiek negatywnych uczuć, a taka miłość nakazywała by zabieganie o dobro tych pozostałych "na dole" nawet jeśli się okazali ... no właśnie -- jak to określić?
JuR 2007
Listopad (notka z roku 2008)
Jak wycieczki i archeologia pobudziły mnie do rozważań o świętych obcowaniu. Gdy odmawiam modlitwę „Wieczny odpoczynek. racz im dać Panie...” to powinienem objąć nią nie tylko tych, których znałem z imienia i nazwiska, ale ... no właśnie, kogo? I jak daleko wstecz w czasie?
Przeczytałem ostatnio wspomnienie księdza, który z jakiegoś powodu był przez długi czas zmuszony do odprawiania codziennej mszy świętej całkowicie samotnie. Gdy kolejne etapy liturgii wymagały zwrócenia się do wiernych wiedział, że zwraca się do fizycznej pustki wokół siebie. Aż pewnego razu wznosząc ręce podczas wezwania do Ojcze Nasz odniósł wrażenie, że ręce zatrzymują mu się na wysokości bioder, a w przymkniętych oczach zobaczył nieskończony łańcuch ludzki ciągnący się w obydwie strony od jego rąk. Zrozumiał, że w tym momencie, tak jak w każdej mszy odprawianej na świecie, urzeczywistnia się „świętych obcowanie”. Od tego czasu wszystkim jego następnym mszom, mimo iż nadal odprawianym w samotności, towarzyszyło poczucie głębokiej więzi z całą ludzkościa, tą żyjącą obecnie w różnych zakątkach świata, i tymi pokoleniami które już dawno odeszły.
Pod wpływem tego wspomnienia pomyślałem o moich wewnętrznych niepokojach ilekroć czytałem o wykopaliskach w których odkrywano szczątki ludzkie, jak np. o egipskich piramidach z mumiami, które później poddawane są różnym badaniom, a na końcu wystawiane w muzeach na widok publiczny. Wiem, że na pewno przez wielu, jeśli nie wszystkich, czytelników tego tekstu zostanę potraktowany jako ciemnogród i mamut. Ale cóż pocznę, skoro takie ciemnogrodzkie myśli mnie nachodzą. Otóż jak wąska jest granica, jeżeli wogóle takowa istnieje, pomiędzy takim naukowym wtargnięciem w czyjeś miejsce wiecznego spoczynku, a tym co nazywamy profanacją zwłok.
Takie myśli ponownie mnie naszły ze zdwojoną siłą gdy na jednej z wycieczek przewodnik zaprowadził nas w pustynną okolicę w Peru, gdzie przypadkowo robotnicy pracujący przy wykopach natknęli się na szereg grobowców Indian zawierających doskonale zachowane zwłoki, pochowane zgodnie z rytuałem, w pełnych uroczystych szatach i w odpowiednich pozycjach. Odkopano kilka takich grobowców, zawierających łącznie kilkanaście zwłok. Widok fascynujący, bo szaty nie zbutwiałe, w pełnych, nie wyblakłych kolorach, jedynie czaszki wybielałe, pozbawione skóry i mięśni, natomiast pozostały na nich włosy splecione w długie warkocze (podobno długość warkocza była związana z rangą społeczną).
Patrzyłem w głąb grobowców na te postacie siedzące na ziemi niczym na jakimś zgromadzeniu plemiennym, dolatywały mnie komentarze innych oglądających i myślałem sobie, że jeśli Bóg pozwoli naszemu światu jeszcze trochę potrwać to za kilkasetlat ktoś może tak samo patrzeć na mnie. Patrzyliśmy na nich jak na lalki w sklepie, komentowali że bylitacy malutcy, a we mnie tkwiła myśl, że to przecież kiedyś byli żywi ludzie, mieli swe rodziny, domy, problemy, radości i smutki. Mieli swoje bóstwa którym oddawali cześć i kto wie czy nie z większym respektem niż my traktujemy naszą wiarę. I że choć według naszych pojęć poganie,to też dzieci Boże i za nich też Chrystus cierpiał. I dalej rozważałem że przecież nasze ciała z prochu powstały i w proch się obrócą, że te postacie które teraz oglądam to już tylko ładnie uformowana i zakonserwowana materia, duch z nich dawno uleciał, więc o co chodzi. Ale jednak w każdej kulturze, nawet takiej która całkowicie neguje niematerialny wymiar człowieka, istnieje respekt dla ludzkich zwłok. I nie ma w tej sprawie jakiegoś czasu krytycznego, przed upływem którego zwłoki są nietykalne, a po którym można już traktować je dowolnie.
I tu wracam do kwestii moich wątpliwości. Powiedzmy, (a historia odkryć uczy że takich przypadków jest sporo), że osoby prywatne odkrywają taki grobowiec i wydobywają z niego wszystko co wartościowe i co można ewentualnie spieniężyć czy inaczej wykorzystać. Bez wątpienia traktujemy to jako przestępstwo w kategoriach prawnych, a nierzadko również jako profanację zwłok. A jeśli teraz ekipa wyposażona w etykietę „naukowa” rozbiera takiego nieboszczyka, odwija bandaże spowijające mumię, zabiera z grobowca wszystkie przedmioty i eksponuje je w rozmaitych muzeach to co? Czyż nie czyni tego samego? Aby otworzyć sarkofag z podziemi katedry wawelskiej potrzeba z pewnością zgody wielu urzędów na wysokich poziomach władzy. A jeśli przy wykopach pod głęboki fundament robotnicy natrafią na szczątki bezimiennego grobu to zajmie się tym ekipa lokalnych archeologów. Czym się te dwie osoby różnią w świetle wiary? Bóg przecież nie patrzy na osobę. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi, więc dlaczego jeden ma być po śmierci chroniony a drugi nie?
I jeszcze dalsze myśli i pytania mnie nurtowały. Właśnie zbliżone do tej wizji księdza o świętych obcowaniu. Mamy się modlić za żywych i umarłych. A więc naszą modlitwą obejmujemy też tych wszystkich zmumifikowanych władców sprzed tysiącleci, żołnierzy faraona zalanych falami Morza Czerwonego w pogoni za Mojżeszem i jego ludem, i tych bezimiennych których niekompletne szkielety są przypadkowo odkrywane podczas robót ziemnych, i tych którzy zostali zaskoczeni wybuchem Wezuwiusza i zginęli pod jego popiołami, a teraz oglądamy w Pompei ich zwęglone i pokurczone zwłoki ....? Z wszystkich czasów i pokoleń? Bez wyjątku? A co z bratobójcą Kainem? A co ze Stalinem? Jak u Boga liczy się czas „czyśćcowy”? A może wielu z nich jest już oczyszczonych i naszej modlitwy nie potrzebuje?
Listopad – miesiąc pamięci o zmarłych ....
JuR 2008
Ojczyzna – to ziemia i groby (notka z roku 2009)
Nieco nostalgii za tym, co zostawiliśmy za oceanem
ten tekst poświęcam pamięci Rodziców
Zbliża się listopad, miesiąc poświęcony pamięci zmarłych. W pierwszym roku po przyjeździe do Kanady postanowiliśmy pójść 1 listopada całą rodziną na najbliższy cmentarz i chociaż wszystkie „nasze” groby pozostały w Polsce (a te starsze we Lwowie), to przynajmniej na jakimś tutejszym opuszczonym zaświecić świeczkę i zmówić wieczne odpoczywanie. Jakież było nasze zdumienie i rozczarowanie, gdy jeden, drugi, ... kolejny odwiedzany cmentarz przysłowiowo świecił pustkami. Głucho, ciemno, ani żywej duszy. Nawet baliśmy się tę przyniesioną świeczkę zapalić, by nas nie posądzono o pirotechniczne zamiary. Zrobiło się nam smutno. A pamięć podsuwała obrazy wryte tam od dzieciństwa – całą atmosferę porządkowania cmentarzy, czyszczenia grobów, sadzenia swieżych kwiatów, spotkań rodziny przy grobie bliskich, z dala widocznej łuny nad cmentarzem i specyficznego zapachu uschłych lisci (wszak to już listopad i zwykle te dnie były chłodne) i topiącej się stearyny z niezliczonych świeczek i lampionów.
Mam od dzieciństwa wpajaną przez rodziców świadomość świętych obcowania. Pamięć o zmarłych tych których jeszcze sami znaliśmy, a zwłaszcza najbliższych z rodziny i grona przyjaciół wydaje się sprawą normalną przez najbliższe kilka lat po ich odejściu. Potem codzienność odsuwa ich postacie w cień, i czasem tylko w jakąś okrągłą rocznicę pojawi się ich wspomnienie. Mama nauczyła mnie, swoimi naukami i własnym przykładem, że zmarli nie rozpłynęli się w nicości, że oni są z nami i my mamy być z nimi, i że my ich, a oni nas wzajemnie się modlitwami wspomagamy. Jak daleko wstecz sięgam pamięcią zawsze przy jakichkolwiek rodzinnych spotkaniach z modlitwą było też "wieczne odpoczywanie" często w intencji konkretnej osoby, a często ogólnie za zmarłych. Często się przeciw temu buntowałem, ale dojrzewając w latach widzę jak głęboka była Rodziców świadomość "świętych obcowania" i jaka konsekwencja w pamięci o nich. Mama też wzbudziła we mnie nawyk który praktykuję do dzisiaj, że ilekroć jestem świadkiem pogrzebu zanoszę do Boga krótkie westchnienie o miłosierdzie dla tej duszy. Tak samo dzięki Mamie przechodząc koło jakiego kolwiek cmentarza modlę się w intencji wszystkich tam spoczywających; czasem nawet tę modlitewną pamięć rozszerzam na wszystkie ludy i pokolenia, bo przecież naprawdę wszyscy miłosierdzia potrzebujemy.
Katechizm wymienia uczynki miłosierne co do duszy: Modlić się za żywych i umarłych.
Moja Mama w swoich wspomnieniach spisanych dla nas – czterech synów i ich dzieci pisała tak o swoich latach szkolnych:
Z harcerstwa wyniosłyśmy szacunek dla powstańców z r. 1863.
Na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny harcerze trzymali straż przy grobach osób zasłużonych, a nekropolia lwowska ma ich wiele. To był zaszczyt i honor - stać na straży.
A w latach osiemdziesiątych pisała do nas:
„Pamiętajcie o modlitwie – albo dawajcie co miesiąc do skarbonki 5 zł na wspólną mszę za dusze zmarłych. Schowajcie tę kartkę, uszanujcie moją myśl – pomagajcie zmarłym".
Nie wiem na ile powszechny był to zwyczaj, ale u moich rodziców zawsze w rocznicę śmierci kogoś z bliskich Mama wystawiała zdjęcie tej osoby i paliła przy nim świeczkę. Nie mogę z czystym sumieniem potwierdzić że te rodzinne nauki i zwyczaje sam zachowuję i że przekazałem je nie zubożone swym córkom. Wiele z nich po drodze zaginęło, inne jakoś się nie przyjęły w moim domu. Dopóki byliśmy w Polsce to cała ta zewnętrzna oprawa Święta Zmarłych była czymś zupełnie oczywistym i dzieci w tym uczestniczyły i w tym wzrastały. Ale tutaj, przy zupełnym braku świątecznego klimatu tych dni nie stało wytrwałości i umiejętności kontynuowania. Piszę wyraźnie o zewnętrznej oprawie, bo myślę że do zrozumienia istoty Święta potrzeba wewnętrznie dojrzeć, a to przychodzi na ogół z wiekiem. Nawet nie wiem, czy ja sam już je w pełni rozumiem.
Na zakończenie zacytuję z pamięci – więc może nie całkiem precyzyjnie – uwagę którą przed laty usłyszałem na nagranych na taśmę magnetofonową rekolekcjach ks. Malińskiego. Wspominając iż w Japonii spotkał się z zwyczajem przechowywania prochów zmarłych przodków w specjalnych urnach w domu i obdarzania ich dużą czcią, mówi że my „wyjałowiliśmy nasze otoczenie (z pamięci tych co odeszli - JuR) i teraz samotni wyjemy jak te wilki do księżyca”.
ps. A może ksiądz się myli? Przecież już od miesiąca przestrzeń wokół nas wypełniają halloween’owe duchy, straszydła i kościotrupy.
JuR Październik 2009
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi