Jak z tą moją wiarą (na początku Roku Wiary)

Słuchaj, Izraelu,
Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym.
Będziesz miłował Pana, Boga twojego,
z całego swego serca,
z całej duszy swojej,
ze wszystkich swych sił.
(Księga Powtórzonego Prawa, Rozdz. 6, 4-5)


Właśnie ostatnio przeczytałem w Tygodniku Powszechnym że jeden z znakomitych filozofów i myślicieli żydowskich, zmarły kilkanaście lat temu, a więc nam współczesny, rozróżniał dwa rodzaje miłowania Boga: bojaźń bożą i miłość bożą. Bojaźń ma podłoże bardzo interesowne – chce uniknąć kary i czeka na nagrodę. Miłość ma pobudki czyste, niezależne od konsekwencji.

Zastanawiam się jakie są moje pobudki wiary i czy ja w ogóle mogę powiedzieć, że miłuję Boga. Wiarę niejako odziedziczyłem po rodzinie. Nie przechodziłem jakiś dramatycznych okoliczności załamania tej wiary w okresie dorastania, raczej była ona dla mnie oczywista, zresztą w środowisku w którym się obracałem bardzo niewiele było osób otwarcie i demonstracyjnie niewierzących. Nawet już jako dwudziestolatek, na studiach, związany byłem z odradzającym się właśnie w latach pięćdziesiątych harcerstwem, które też ciążyło ku praktykom religijnym. Tak więc wiara utożsamiała mi się z religią i jej zewnętrznymi praktykami. A tym byłem zawsze wierny. Zdarzały się momenty głębszego wzruszenia o tle religijnym, ale były one naprawdę nieliczne i zawsze pobudzone jakimiś okolicznościami zewnętrznymi.

Późno, bo dopiero w dojrzałym męskim wieku zacząłem interesować się bardziej Pismem Świętym i to z bardzo dziwnych pobudek. Jedna z nich, to dziecięce wspomnienie ilustrowanego Pisma Świętego w którym były obrazy aniołów strącanych do piekła. Teraz chciałem przeczytać jak to naprawdę było. Oczywiście tego opisu nie znalazłem. Druga pobudka to zaskoczenie, że czytania mszalne ze Starego Testamentu opisują dość dokładnie coś, co zaczęło się dziać dopiero wraz z przyjściem Chrystusa. Coś mi tu nie pasowało, postanowiłem to wyjaśnić. W taki sposób zaczął się do dziś trwający okres codziennego czytania Pism. W ślad za tym poszło coraz lepsze ich rozumienie no i pogłębianie wiary.

Po tych latach codziennego ślęczenia nad Pismem i starań o życie zgodne z wiarą, już mi się zdawało że wejściówkę do nieba mam w kieszeni. Wprawdzie nie zdobyłem się nigdy na takie wyzbycie się wszystkiego jak Chrystus radził bogatemu młodzieńcowi, ale i tak moja opinia o mnie samym była całkiem niezła. A tu nagle kwestia: czy moje życie to Bojaźń Boża czy Miłość Boga. Z interesem czy bez interesu?

I widzę, że do Miłości nie dorosłem, daleko mi do tego bym sam poczuł i z czystym sumieniem powiedział, że Boga miłuję w taki sposób, jak to opisują różne święte osoby, od apostołów począwszy, a na nam współczesnych np siostrze Faustynie, skończywszy. Liczę wprawdzie że Bojaźń będę miał zaliczoną, do nieba się dostanę, ale z Miłości chyba pała, więc będę musiał zadowolić się tam miejscem w dalszych rzędach.

JuR listopad 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi