Jaka moja wiara taka moja z niej/w niej radość

Często w domowych rozmowach o wierze wraca kwestia radości, której tak mało widać w naszych praktykach religijnych, zarówno tych prywatnych jak publicznych, np. w kościele. Już raz to rozważałem patrząc niejako wstecz, na czynniki które mogły mieć wpływ na nasze odczucia smętno-tragiczne raczej, niż radosne i pełne nadziei.

 Teraz próbuję inaczej, patrzę na moje własne codzienne życie i szukam w nim aspektów radosnych i optymistycznych, których zależności od wiary może sobie nawet nie uświadamiam, ale na pewno wiara żywa i praktykowana powinna sprzyjać ich pojawianiu się. Tutaj natrafiam na zasadnicze pytanie: co rozumiem przez radość wiary? Czy to wiara i religia mają być radością samą w sobie (jak to rozumieć?), czy też wiara i jej wyznawanie mają być źródłem radości, a jeśli tak, to dlaczego i jak się to ma objawiać. Czy szukam radości z wiary czy radości w wierze?

Na pewno odczuwam zadowolenie gdy dobrze spełnię jakiś ciążący na mnie obowiązek, albo gdy zrobię jakiś dobry uczynek, albo gdy sam jestem podmiotem dobrego uczynku spełnionego przez kogoś innego. Czuję radość pod koniec dnia patrząc wstecz i widząc, że dnia nie zmarnowałem, że spędziłem ten dzień dobrze, że nie muszę się wstydzić za źle wykorzystany czas. Może to mało męskie, ale zdarzają mi się chwile wzruszenia gdy jestem świadkiem, albo gdy słyszę, o czyimś naprawdę dobrym czynie. Tylko że to wszystko może z równym powodzeniem być udziałem osoby nie tylko nie wierzącej, ale wręcz przeciwnej wierze. To są w pewnym sensie zachowania normalne, wpisane w ludzką naturę. Jaki więc może to mieć związek z moją wiarą?

Myślę, że nasza wiara sama w sobie jest radosna, jest pełna radości. Wynika to z jej zakotwiczenia w Bogu, który jest samym Dobrem i Miłością, a trudno te dwa przymioty oddzielić od radości. Tem większy powód do radości, że tym dobrem i miłością bez ustanku i bez miary nas obdarza. A ponieważ Jego miłość obejmuje wszystko stworzenie, więc też osoby nie wierzące mają w niej swój udział i mogą mieć w sobie radość, nie zdając sobie sprawy z jej źródła. Krzyż, o którym myślimy głównie jako o symbolu cierpienia i męki, jest tylko największym przejawem tej miłości, a ten jego aspekt niestety często umyka naszej uwadze.

To była by w moim skrótowym myśleniu radość w wierze.

A radość z wiary? Skoro wierzę to znam źródło tej radości, wiem, że jest ona nie przemijająca, mało tego, żyję nadzieją na jej zwielokrotnienie w tamtym świecie. I już tutaj, teraz, czuję radość z faktu, że kiedyś, u kolebki, zostałem w tę wiarę włączony, że jej po drodze nie zagubiłem, że mogę mieć tę nadzieję wybiegającą w przyszłość nie mającą kresu. Tej radości z nadziei pozbawieni są ci, którzy nie znają wiary. Ich radość będzie niepełna, będzie krótkotrwała, może zostać zaćmiona różnymi okolicznościami życia. Radość płynąca z wiary powinna trwać nawet wbrew okolicznościom. Wystarczy, że pomyślę o męczennikach. Dochodzę do wniosku, że radość w wierze i radość z wiary wzajemnie się dopełniają, że jaka moja wiara, taka moja radość z niej płynąca.

Co z tego wszystkiego wynika? A no, że teraz w ciszy własnego sumienia muszę zbadać jaka jest moja wiara, czy jest w stanie podtrzymać radość. Jeśli radości we mnie za mało, to znaczy że z moją wiarą jest coś kiepsko. I muszę uważać, by radości z wiary nie pomylić z życiową beztroską, w przekonaniu że Pan i tak mnie kocha i zginąć nie da.

JuR      Adwnet 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi