Kończy się kolejny adwent, Boże Narodzenie za dwa dni. Jak ten adwent przeszedłem i jak wchodzę w ten dzień, na który czekamy? Czy tylko z myślami jakie złożę życzenia przy dzieleniu się opłatkiem i jak rodzina przyjmie prezenty, czy może z czymś więcej, z jakimś własnym, nawet maciupeńkim sukcesem w pokonywaniu moich wad, słabości, tego, na co najczęściej żona zwraca mi uwagę? Czy potrafiłem wyrobić w sobie poczucie stałej Bożej obecności i mojego stałego otwarcia na tę obecność?
Pisałem przed laty jak ewaluowało moje pojęcie przedświątecznych postanowień („umartwień”, jak się dawniej mówiło)(strona Z moich Zeszytow - 2) Jak od dziecinnych ograniczeń słodyczy i innych prostych przyjemności doszedłem do czegoś, co wymaga ode mnie więcej uwagi na każdą chwilę, a nie tylko sporadycznie w godzinach łaknienia. Do większej kontroli moich myśli i słów, zwłaszcza w stosunkach z domownikami, gdzie normalnie człowiek czuje się swobodniejszy w wyrażaniu swych emocji.
Podsumowując teraz ten mój tegoroczny adwent widzę, że na pewno przeszedłem go pełen dobrych chęci, niestety, tych chęci nie potrafiłem konsekwentnie wcielać w życie. Co jakiś czas podejmowałem dobrą myśl, nawet przez kilka godzin, a może i dni, udawało mi się przy niej trwać, ale potem gdzieś się ulatniała. Za parę dni wracała, przypominała się, domagała uwagi, ale w wielu przypadkach pozostawała tylko jako nieuleczony wyrzut sumienia.
Pisałem we wspomnianym wyżej tekście o powiedzeniu mego św. pamięci ojca iż „dobrymi chęciami piekło brukowane” i o cytacie z Mickiewicza „w słowach chęć tylko widzim, w działaniu potęgę, trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę”.
Naprawdę, tak mój ojciec jak Mickiewicz mieli rację. W stu procentach.
JuR koniec adwentu 2012
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi