i że cię nie opuszczę

… czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia? – Chcemy.
… i że cię nie opuszczę aż do śmierci …
Klęczę w ławce, patrzę w kierunku obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, a myślami jestem kilkanaście lat wstecz. Widzę pod nim parę radosnych młodych ludzi, którzy chwilę wcześniej, wobec księdza i nas zgromadzonych w kościele, uroczyście wypowiadali te słowa. A teraz ja patrząc na ten obraz pytam w myślach „Matko – co się stało? przecież oni Ciebie prosili o swą przyszłośc; i co? teraz mają tak sobie iść każde sobie? Przecież możesz coś zrobić”. Patrzę na krzyż górujący nad ołtarzem, na nim rozpięty Chrystus. „Panie Jezu – Ty przecież wszystko możesz. Zrób coś, przecież to jest rodzina; Panie Jezu – jeśli chcesz to możesz; ale Ty wiesz lepiej, to Twoja decyzja ma być, nie moja; Panie Jezu!”.

Mam za sobą ponad pięćdziesiąt lat małżeństwa. Było dobrze, ale było też źle. Z Bożą pomocą jesteśmy razem do dziś. Z bólem patrzę jednak jak wielu parom się to nie udaje, jak wiele małżeństw w pewnym momencie wspólnej drogi potyka się o przeróżne przeszkody i tę obietnicę zrywa. Może przysłowiowo „dobrze mi się mówi” bo nawet te złe momenty w naszym związku nie były jednak aż tak tragicznie złe jak to, co widzę w kilku bliskich nam małżeństwach, już rozpadłych albo stojących na krawędzi. Jestem w głębokiej rozterce, nie potrafię tych rozstań w pełni zaakceptować, a z drugiej strony patrząc na ich życie z bliska a jednak z boku, więc może bardziej obiektywnie, nie widzę perspektyw poprawy, wręcz przeciwnie, przepaść się pogłębia.

Ta świadomość braku perspektyw w żadnej mierze nie pomniejsza mojej rozterki i bólu, próbuję jednak znaleźć wytłumaczenie jak do tego doszło, jak w tylu przypadkach dochodzi. Nie jestem psychologiem ani żadnym doradcą czy mediatorem w sprawach małżeńskich i rodzinnych, ale mój wiek i staż małżeński do czegoś jednak mnie upoważniają. Przytoczę tutaj to, co pisałem prawie rok temu w notce na naszą własną rocznicę: Otóż moim zdaniem trzeba wykluczyć ze swego słownika i z myśli zaimek „ja”, a nawet i „my”. Należy zawsze na pierwszym miejscu stawiać  „ją” albo „jego”. Dopiero po długim czasie, po wielu latach, to „ona” czy „on” powoli przechodzi w „my”. Ale nigdy, absolutnie nigdy nie może dojść do głosu „ja”.  „Ja” kończy miłość i małżeństwo. Różnice osobowości, różnice zdań na wiele kwestii, „ciche dni” są i muszą być, mało tego, bez nich życie razem było by nie do zniesienia. Ale nigdy konsekwencją takich różnic nie może być egoistyczne forsowanie tylko „mojego”. Sprawa najważniejsza: traktujmy poważnie sakrament i obietnice, które złożyliśmy sobie wzajemnie przed ołtarzem; były w nich słowa „... na dobre i na złe”. Doświadczyliśmy niejednokrotnie że ten sakrament ma rzeczywistą i kolosalną moc wspomagania nas w przejściu nie tylko przez te lepsze, ale i gorsze okresy w życiu.

Myślę, że u źródeł wielu małżeńskich katastrof leży nie opanowane ego. To ego wyrażać się może na przeróżne sposoby, często może to być folgowanie swoim niewinnym z pozoru zachciankom, może być nadmierne poświęcenie się karierze czy pracy zawodowej, bez oglądania się jak przyjmuje to ta druga strona. Może też być tak jak w tym ostatnim przypadku, gdy niemal każda rozmowa, niezależnie od jakiego tematu się zaczyna, szybko przemienia się w monolog obracający się wokół „ja”. I to dominujące „ja” wychodzi nie tylko w rozmowach towarzyskich, ale niemal we wszystkich znanych mi sytuacjach życiowych. Jeśli tak się dzieje po jednej stronie, i jeśli to prowadzi do sytuacji przerastających fizyczną i psychiczną wytrzymałość tej drugiej osoby, a dodatkowo rzutuje na dzieci, to co? co robić? Jeśli prośby, uwagi i nalegania są ignorowane, a tolerancja w imię spokoju i utrzymania związku prowadzi tylko do coraz większej bezkarności? Co wtedy? Wiem że zawsze, w każdym nieporozumieniu, są dwie strony. Ale znam te małżeństwa i wiem też, że w ich przypadkach stosunek win był jak jeden do kilku. Co ma robić ta strona stale krzywdzona? Chrystus mówił, że małżeństwo jest nierozerwalne „poza przypadkiem nierządu”. A co, gdy nie ma nierządu w sensie zdrady fizycznej, ale jest ewidentna zdrada w sferze uczuciowej, jest odwrócenie się od współmałżonka i zwrócenie się całym sobą ku sobie samemu?

Wołam „Matko – co się stało?”, „Panie Jezu, zrób coś”, No dobrze, ale Pan Jezus nie zrobi niczego na siłę, wbrew naszej woli. Więc co, jeśli jedna ze stron nie wykazuje tej woli, nie chce widzieć swej współwiny?

Słyszę lekki dzwonek, to wchodzi ksiądz na rozpoczęcie Mszy. Niestety, nawet podczas Mszy myśli wracają. A może to jest właśnie to o co chodzi – by przynieść Panu wszystkie swoje troski i pytania i Jemu je złożyć na ołtarzu? A Pan odpowie w czasie przez siebie wybranym.

JuR         kwiecień 2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje uwagi