Lustrujemy wzrokiem szukając dla siebie miejsca – o tutaj kilka osób siedzi tak, że gdy się nieco przesuną będziemy mogli z żoną być razem. Wchodzimy do ławki, dwie osoby bez słowa nas przepuszczają, podciągając tylko kolana by ułatwić przejście, dochodzimy do kobiety z różańcem przewiniętym między palcami, obok niej na łace leży jej torebka i jakiś element garderoby. Prosimy by się nieco przesunęła w lewo, bo miejsca jest akurat na osobę i pół po każdej jej stronie. Z wielkim ociąganiem i wyraźną dezaprobatą przysunęła torebkę bliżej siebie. Miejsca nadal ociupinkę za mało jak na dwie osoby, niepotrzebnie za dużo jak na jedną. Prosimy jeszcze raz. Tym razem ruszyła o parę centymetrów kolanami na klęczniku. Po jej przeciwnej stronie miejsca nadal z pewnym nadmiarem jak na jedną dobrze zbudowaną osobę. Nie nalegamy dalej, siadamy ściśnieni, przytuleni do siebie jak narzeczeni w parku. Dopiero w czasie Mszy, przy kolejnym wstawaniu i siadaniu udało mi się wymusić na niej usunięcie torebki, co już dało mi nieco swobody oddychania.
Msza się skończyła, ksiądz z asystą wyszedł, chór umilkł, ludzie też wychodzą. W kilku ławkach widzę jak cała kolejka stoi czekając, a jedna albo dwie osoby z brzegu ławki klęczą i ani myślą przepuścić.
Nie jedyna to Msza w czasie której obserwuję takie zachowania. Po Mszy spotykamy znajomego, rozmowę zaczyna od utyskiwania na niemal to samo, czego myśmy właśnie doświadczyli.
Czy mieści się to w kategoriach miłości bliźniego czy nie? A może jest wśród nas tylu mistyków, którzy zatopieni w modlitwie nie odczują nawet palącego dotyku płomienia świecy? Nie wiem, ale przypomina mi się czasem przysłowie „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”.
JuR kwiecień 2013
Dzekuje za uwage. Hociaz tu w Moldawii katolikow nie wiele i pelny kosciol bywa tylko w katerze kisziniowskiej na Msze w jezyku polskim i to nie czesto. A nasza parafia do niewelki kosciolek, przy centrum mlodiezowym Don Bosko. Mamy bardzo rodzinna atmosfere w naszym kosciele,
OdpowiedzUsuń