Koniec roku liturgicznego, początek nowego. Kilka dni temu były czytania o końcu świata, jak go widział prorok Daniel, co o tym mówił sam Jezus. Wizje niemal dokładnie pokrywają się z tym, co często wraca w różnych rozmowach i publikacjach, że właśnie teraz doświadczamy takich wojen, kataklizmów, że wszelkie zło zerwało się z łańcucha i wstrząsa światem, że koniec bliski.
Jak ja to widzę?, czy się nie lękam? Nie ukrywam, też się lękam, mam takie same myśli i skojarzenia. Jednak są we mnie dwa głosy, dwa odczucia. Jest myśl, którą trudno wyrazić na papierze, odczucie, do którego nie łatwo się przyznać. Spadające gwiazdy, a potem znak Syna Człowieczego i Chrystus na obłokach. Chciałbym to zobaczyć na własne oczy, przekonać się, na ile ta wizja odpowiada rzeczywistości. I chciałbym zobaczyć wówczas miny tych wszystkich, którzy teraz są ponad ten nasz religijny ciemnogród (ale to już czysta schadenfreude, aż wstyd się do tego przyznać).
A gdybym ten znak na obłokach zobaczył na własne oczy, to jeszcze pytanie czy będą to oczy mnie jeszcze żywego moim obecnym, ziemskim życiem, czy też już tego mnie „po drugiej stronie”. Tak, chciałbym to widzieć i wiedzieć, tylko jednocześnie bardzo bym nie chciał znaleźć się po niewłaściwej stronie tłumu stojącego przed Obliczem i Tronem.
To kilka takich pytań wysnutych z fantazji i naiwnej, niemal dziecinnej, ciekawości, ale bez rozsądnej odpowiedzi i dotyczą one totalnego, definitywnego, eschatologicznego końca całego znanego nam świata. Kiedy on nastąpi wie tylko Ojciec w Niebie, my wiemy, że będzie on niezależny od naszych obaw, dociekań i domniemywań.
Mam jednak w sobie i drugi aspekt obrazu końca świata, znacznie ważniejszy i wymagający poważnego potraktowania już od zaraz. Końca, który na pewno nastąpi jeszcze za mojego życia, a dokładnie mówiąc to życie zakończy. Czy mam się go lękać? A może oczekiwać pogodnie, jako momentu uwolnienia od wszystkich lęków i katastroficznych obrazów? Jestem w wieku, w którym „statystycznie” mogę każdej chwili odejść w sposób całkowicie naturalny. Nie chcę wystawiać sobie oceny z mojego życia, nie było ono i w dalszym ciągu nie jest wolne od upadków, nawet wielkich. To prawda, nie zabiłem nikogo, ani nie popełniłem czynu, o którym bym wiedział, że ex opere operato niesie za sobą ekskomunikę. Ale jakżeż bardzo jestem umorusany codziennym błotem, o którym często nawet przy spowiedzi nie wspominam, by księdzu głowy nie zawracać takimi sprawami. Skorupa się z tego zrobiła naprawdę gruba, trzeba będzie długiego wypalania czyśćcowym ogniem by odpadła.
Czy w tej sytuacji mogę z niecierpliwością wyglądać spotkania z Panem? czy będzie ono dla mnie „bezpieczne”? W czasach mojej pierwszej edukacji religijnej Bóg był przedstawiany jako sprawiedliwy sędzia, który za dobro nagradza, a za zło karze. Od lat kilkudziesięciu w obrazie Boga dominuje miłosierdzie. Ono nie wyklucza sprawiedliwości i kary, jednak inaczej karze kochający rodzic, a inaczej policjant. A Bóg jest Ojcem. Od wielu lat praktykuję Medytację Chrześcijańską, ostatnio też Modlitwę Jezusową. Obydwie te formy prowadzą mnie ku coraz większemu zaufaniu właśnie w Ojcowskie Miłosierdzie, dominujące nad policyjną sprawiedliwością i karą.
Tak więc, jak na dziś, mogę powiedzieć, że chyba nie lękam się odejścia, mimo iż wiem na jak surowy sąd zasługuję. Obym tylko miał księdza przy sobie. Owszem, pewno będę się bał i bronił przed towarzyszącymi stanami bólu czy niedołężności, to chyba normalne. Ale jeśli myślę o moim własnym końcu świata, to więcej z lękiem i troską o tych, których pozostawię, i którym na dodatek pozostawię na głowie cały mój ziemski kram, książki, pamiątki, zbiory, i inne zabawki starego chłopa, które znajdą w różnych schowkach.
JuR grudzień 2015
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Twoje uwagi