Czemu nas nie lubią

Politycy, wielki business, a za ich przykładem związane z nimi media bardzo nas, chrześcijan, ostatnio nie lubią. Jesteśmy przez nich wytykani palcami, piętnowani jako przyczyna wielu społecznych kłopotów, idący pod prąd poprawności politycznej.
Jednocześnie obserwujemy paradoks, że wielcy przywódcy religijni, nasz katolicki papież i buddyjski Dalaj Lama, nie dysponując żadną siłą militarną czy potencjałem ekonomicznym, są obdarzani przez świat tzw. zwykłych ludzi prawdziwym szacunkiem, ich głos jest wyczekiwany i uważnie słuchany, niezależnie od przynależności etnicznej, narodowej czy religijnej. Jest on też brany pod uwagę w gremiach poważnych naukowców zajmujących się przyszłością świata. Niestety, wielcy tego świata, rządzący współczesną ekonomią i polityką, kierują się innymi prawami i te głosy idą w poprzek ich interesów, są więc tłumione, krytykowane i ośmieszane na przeróżne sposoby.

Dlaczego tak nas nie lubią? Bo domagamy się stabilizacji i obiektywizacji prawdy w sytuacji, gdy powszechnie w polityce i mediach obowiązuje model prawdy subiektywnej. Bo domagamy się sprawiedliwości społecznej obejmującej wszystkich ludzi, podczas gdy dominuje polityka sukcesu ekonomicznego za wszelką cenę, nie wykluczając inicjowania wojen, nowoczesnych form niewolnictwa, nieuczciwości i wyzysku najsłabszych, absolutnej degradacji środowiska. Bo chcemy by medycyna leczyła, a nie zabijała w zgodzie z prawodawstwem o aborcji czy eutanazji.

Dlaczego tak nas nie lubią? Krótką i zwięzłą odpowiedź na to pytanie dał Papież Franciszek w uroczystość św. Szczepana w ubiegłym roku. Wskazał, że świat nienawidzi chrześcijan z tego samego powodu, z jakiego nienawidził Jezusa, ponieważ On przyniósł światło Boga, a świat woli ciemność, aby ukryć swoje złe uczynki. Istnieje sprzeczność między mentalnością Ewangelii a mentalnością świata. Sprawa to „stara jak świat” – już Księga Mądrości w Starym Testamencie woła: bezbożni mówili sobie: «Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekraczanie Prawa, wypomina nam przekraczanie naszych zasad karności. ... Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne....>>

Po stuleciach św. Jan Chrzciciel, potem Pan Jezus, na pytania ludzi co mają czynić odpowiadali: niech celnik będzie celnikiem ale niech nie kradnie, niech żołnierz będzie żołnierzem, ale niech nad nikim się nie znęca. Niby nic wielkiego, zwykłe wymagania uczciwego pełnienia swych zwykłych obowiązków wynikających z pozycji i z funkcji w społeczeństwie. Żadna funkcja, żaden zawód nie został tu potępiony, jedynie wymagana jest uczciwość i rzetelność w jego pełnieniu. Jakże odlegle od tych zasad jest to, co na co dzień obserwujemy. Właśnie dlatego nas nie lubią, że o tym stale przypominamy, nawet samą swoją obecnością. 

A co na to Bóg? nie grzmi, że się nam krzywda dzieje? Odpowiedź dał nam na Górze Błogosławieństw:
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie.

JuR         kwiecień 2017


Czy nasza wiara nas zniewala



Jednym z zarzutów pod adresem chrześcijan jest to, że religia nas zniewala, że zakazując pewnych zachowań, a stawiając wymagania, ogranicza naszą wolność. Czy rzeczywiście tak jest?

Na początek weźmy taki przykład:
Ukradłem coś w sklepie i mnie złapano. Innym razem w bójce tak przeciwnika poturbowałem, że skończyło się jego śmiercią.
Oczywiście w takich przypadkach wkracza policja, kończy się sądem i wyrokiem w oparciu o jakiś kodeks karny. Państwo najwyraźniej ogranicza moją wolność, nie pozwalając mi kraść, zabijać, czy też na szereg innych zachowań. Tak się dzieje od niepamiętnych czasów, we wszystkich społeczeństwach, bez względu na to, czy dane państwo jest świeckie czy wyznaniowe, obojętnie w oparciu o jaką religię.

Ale takie same zasady nie kradnij, nie zabijaj, itd. zawarte w Dekalogu traktowane są przez krytyków jako ograniczenie naszej wolności.

Czy rzeczywiście jesteśmy przez Boga zniewoleni? Czy bez Niego nie było by nam łatwiej żyć?  Jaki sens mają te różne zakazy i nakazy.


Zacznijmy od Biblii. Gdy czyta się poszczególne księgi Starego Testamentu, albo ich rozdziały, każdą osobno, to odnosi się pierwsze wrażenie że one ociekają krwią, że są niemal kryminałem. Raz za razem okazuje się, że gdy Naród Wybrany był posłuszny Bogu, to wyrzynał do nogi i łupił swych wrogów. Jednak, gdy tylko odstąpił od posłuszeństwa, to wrogowie wyrzynali i łupili Izraela. Ale gdy się spojrzy na ten sam Stary Testament jako na całość, okazuje się, że jest on historią nie tyle dyscyplinowania Izraela poprzez nagrody i chłosty, ile historią o tym, jak Bóg swój Naród Wybrany wychowywał, i jak ten naród powoli i z niemałym trudem dojrzewał do zrozumienia Bożej miłości i Bożego Miłosierdzia obejmującego bez wyjątku całą ludzkość.

Wątek miłosierdzia, stojącego ponad ślepą sprawiedliwością, 
a więc nie prawa ściśle kontrolującego nasze życie, ale troski o nas i przestrogi przed niebezpieczeństwem, które sami na siebie możemy ściągnąć, pojawia się w Biblii niemal od pierwszych rozdziałów. Nie było jeszcze wtedy Dekalogu. Był tylko jeden jedyny zakaz: nie będziesz jadł owocu z drzewa poznania dobra i zła. Owoc to nader smaczny, ale też niezwykle niebezpieczny. Adam i Ewa zjedli i zostali za to ukarani, ale nie było to dożywocie, gdyż zaraz za wyrokiem poszła obietnica ułaskawienia: oto Niewiasta zdepcze głowę węża. Była kara, ale nie była to kara dla samej kary, dla pokazania, że należało Mnie słuchać. Bóg wiedział, że człowiek nie posiądzie wprawdzie całej wiedzy, równej wiedzy Boga, ale w swej zarozumiałości zacznie tę cząstkę, którą posiądzie, niewłaściwie używać, ku swojej własnej szkodzie. Dlatego tego owocu zakazał. Kain został ukarany za bratobójstwo banicją, ale dostał znamię chroniące go przed odwetem otoczenia. Taki odwet mógł by sprowokować kolejną akcję agresji, i spirala zła nakręcała by się, czego przykład mamy współcześnie nie tylko w zwyczajach wendetty na Bałkanach czy na Sycylii, ale i wśród nas samych, zawsze skłonnych do oddania pięknym za nadobne.

Były to kary srogie, ale nakładane z miłością, bo Bóg nakładający karę wiedział, że człowiek nieposłuszeństwem sam sobie przysparza kłopotów. Bóg zna konsekwencje naszych wyborów, i odwodzi nas od tych, które bezpośrednio, albo rykoszetem, uderzą boleśnie w nas samych. Bo miłość może karać, a nawet musi karać, by osobę miłowaną zawrócić z drogi, która jest dla niej niebezpieczna. Matka karze nieposłuszne dziecko nie dla swojej satysfakcji, ją przecież serce boli, ale karze, bo wie, że jest to elementem wychowania. Ukaranego dziecka nie odrzuca, kocha je nadal, nawet jeśli ponownie nabroi. Bóg zakazując nam czegoś, jak w drugiej tablicy Dekalogu, de facto nie zakazuje bezwzględnie, tylko ostrzega. I jeśli zakaz przekroczymy, nie karze natychmiastową chłostą. Bóg daje wybór, jak to podkreślił Mojżesz, ale odradza nam zabójstwo, kradzieże, cudzołóstwo itd. Bo wie czym się to może skończyć. Bóg nie karze również potomków za grzechy ojców. Natomiast na pewno potomstwo dotykają konsekwencje tych grzechów. Spójrzmy chociażby na dzieci ulicy: na pewno nie są one szczęśliwe, na pewno cierpią. Ale czy to Bóg je za coś ukarał, czy one z własnej winy na tej ulicy się znalazły, czy też jest to raczej konsekwencją różnorakich win ich rodziców?

Księga Powtórzonego Prawa przytacza jedną z mów Mojżesza, który stawiał swój naród przed wyborem: „oto kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz zatem życie, abyś mógł żyć ty i twoje potomstwo”. Do Narodu, do samych ludzi, należała decyzja co wybiorą. Po pięciu stuleciach prorok Izajasz przypomina o tym, tak wołając: Tak mówi Pan, twój odkupiciel, Święty Izraela: «Ja jestem Pan, twój Bóg, pouczający cię o tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się pokój twój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Tutaj znowu jest wyraźne podkreślenie swobody wyboru, tym razem zresztą złego, bo doprowadził do wielu tragedii w dziejach  Ludu Bożego.

Zróbmy małe porównanie:

Wiemy, że przepisy drogowe zawierają szereg zakazów i wymagań w stosunku do kierowcy i do samochodu. Zakaz skrętu, droga zamknięta, ograniczenie prędkości, czerwone światło na skrzyżowaniu, itd., itd. Jakoś nikt rozsądny nie domaga się ich anulowania, nie protestuje, że nie wolno mu jechać autostradą pod prąd. Te przepisy służą naszemu wspólnemu, ogólnemu bezpieczeństwu i porządkowi na drogach. Są one dla nas oczywiste.

Dekalog. Dekalog zawiera szereg zaleceń, jak żyć, czego unikać, byśmy, ja sam i społeczeństwo, żyli w zgodzie, harmonii i bezpiecznie, i oto nagle tyle protestów że w naszej religii są tylko zakazy. Bóg nie jest satrapą, nie dał nam Dekalogu przez złośliwość, by nam dokuczyć i pokazać swoją władzę, dał nam rady, jak żyć, by było nam wszystkim dobrze.

Idźmy dalej, kontynuując wątek samochodowy: mamy samochód, trzeba o niego bardzo dbać. Mamy też kodeks drogowy byśmy wiedzieli jak tym autem jechać, by dojechać do celu bez wypadku. A jeśli chcemy dojechać szybciej, to możemy jechać autostradą, najlepiej płatną, a na niej obowiązują dodatkowe zasady.

A w Dekalogu mamy dwie Tablice. Na pierwszej przypomnienie, że mamy jednego Boga, który jest absolutną Miłością i że to właśnie On jest tym, który wyzwolił Izraela z niewoli egipskiej. Tak, właśnie wyzwolił  z niewoli, a nie wprowadził w niewolę. Naród powinien więc tę miłość docenić, odwzajemniać i oddawać Mu cześć. Na drugiej Tablicy są przestrogi, byśmy nie wpadli w tarapaty i nie znaleźli się w innej niewoli: nie zabijaj, nie cudzołóż itd. itd. A Chrystus dał nam jeszcze dodatkową radę: jeśli chcesz ominąć kolejkę do nieba, nie czekać za długo w czyśćcu – proszę bardzo, masz Błogosławieństwa z Góry Błogosławieństw.

Czytając Biblię i śledząc jej rozwój, widać, jak od pierwotnego wyobrażenia niemal policyjnej sprawiedliwości, nagrody za dobro i kary za zło, dochodzi stopniowo do takiego rozumienia sprawiedliwości, jakie ostatecznie głosi Chrystus – sprawiedliwości opartej na miłosierdziu, świadomej naszej niedoskonałości. Św. Jakub Apostoł pisze że Miłosierdzie góruje nad sądem.

Życie według Dekalogu, według zasad naszej wiary, nie jest bynajmniej życiem w niewoli despoty, czuwającego byśmy przypadkiem nie naruszyli jego rozkazów. Wręcz przeciwnie, konsekwencja w życiu wiarą (ale naprawdę konsekwencja, nie wybiorczo jak w chińskim bufecie), prowadzi do pokoju i harmonii w społeczeństwie.


JuR         kwiecień 2017

Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi


Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi

Modlitwa Ciszy, Modlitwa Głębi



Nasze dzisiejsze spotkanie jest poświęcone modlitwie, ale nie tyle modlitwie w ogóle, ile jej pewnej specjalnej formie, zwanej Modlitwą Serca, Modlitwą Ciszy, Medytacją Chrześcijańską, Modlitwą Jednego Słowa lub Monologiczną.

Najstarsze  mity, zwyczaje ludowe, wykopaliska archeologiczne, świadczą, że od sformowania pierwszych społeczności ludzkość była świadoma, iż człowiek nie jest bytem niezależnym i przemijającym bezpowrotnie z chwilą śmierci. 

Stale pojawiają się postacie bóstw i wiara w życie pozagrobowe. Archeologia odkrywa miejsca pochówku, miejsca kultu i przedmioty kultu religijnego. Są one świadectwem odwiecznej ludzkiej świadomości, że istnieje jakiś byt nadrzędny, któremu podporządkowane jest wszystko, co istnieje. Ten nieznany Byt wyobrażano sobie na wiele sposobów, uobecniano go w świętych drzewach, świętych kamieniach, zwierzętach lub planetach. Z czasem zaczęto też poszukiwać sposobów nawiązania jakiejś głębszej więzi z tym Bytem, zwłaszcza, że zaczęto też zdawać sobie sprawę z jego działania w najgłębszym wnętrzu, w tym, co nazywano i nazywamy do dziś, sercem człowieka. Na Dalekim Wschodzie, który był kolebką wielu wielkich kultur, rozwinęły się metody  medytacyjne. W większości zwracają się one ku poszukiwaniu tego Bytu, chociaż nie potrafią go nazwać. Mówiąc w dużym skrócie i nie wnikając w szczegóły każdej z nich, mają one odwracać nas od świata zewnętrznego i prowadzić ku własnemu wnętrzu, w którym powinna panować cisza i spokój, w którym działa jakaś forma tego absolutu, w postaci np. Energii Wszechświata, Ogólnej Harmonii, Praprzyczyny Bytu, itp. Czasem z tego powodu można spotkać ich określenie jako medytacje kosmiczne. Ich wspólną istotą jest technika wyciszania, polegająca na bezruchu ciała i umysłu, na wykluczeniu na czas medytacji wszelkich bodźców fizycznych i psychicznych, poprzez pełne skoncentrowanie się na wielokrotnym powtarzaniu tylko jednego wybranego słowa, zwanego mantrą.

Rozważmy teraz kilka prawd znanych nam z podstaw naszej wiary. Judaizm i Chrześcijaństwo od początku wiedziały, że tym bytem nadrzędnym jest Bóg, a Chrystus i św. Paweł wyraźnie mówią, że w naszych sercach zamieszkuje nie kto inny, tylko sam Duch Święty. Ten Duch jest naszym najgłębszym, najprawdziwszym Ja, jest samym centrum naszego jestestwa. Pierwsze wieki chrześcijaństwa bardzo intensywnie poszukiwały sposobu nawiązania łączności z tym Duchem, a przynamniej usłyszenia Jego głosu w nas. I z tych poszukiwań zrodziła się, w kręgach tzw. Ojców Pustyni, metoda modlitwy niemal identyczna z medytacjami Dalekiego Wschodu. Ta metoda modlitwy przez wieki praktykowana była głównie w zakonach, gdyż uważano ją za niestosowną dla osób z poza klasztornych murów.

Spójrzmy teraz na nasze czasy, na współczesność. Żyjemy w atmosferze ustawicznego chaosu, niepokojów w sensie zarówno dosłownym fizycznym, takim jak ustawiczne wojny, kataklizmy, akty terrorystyczne i temu podobne, jak i psychicznego, w postaci ustawicznego szumu informacyjnego, z którego już nie potrafimy wyłowić tego, co naprawdę ważne a pominąć to, co jest aktualne tylko w danej krótkiej chwili, co za moment zostanie wyparte nową wiadomością „z ostatniej chwili”, nowym „breaking news”. Powszechna i forsowana przez media i rządy laicyzacja i relatywizacja prawdy pozbawia wielu ludzi jakiegoś głębszego sensu życia, a zwiększona ilość czasu wolnego, czy to dzięki postępowi technicznemu czy wskutek bezrobocia, pozostawia wewnętrzną pustkę, wypełnianą często narkotykami albo seksem traktowanym sportowo-rozrywkowo. Nasze systemy psychiczne nie nadążają za tym, ulegają rozstrojeniu.  Służby zdrowia, a zwłaszcza psychologowie na całym świecie obserwują narastającą liczbę rożnego rodzaju depresji, prowadzących niejednokrotnie do samobójstw lub do tak ostatnio głośnej eutanazji na żądanie, nawet wśród ludzi bardzo młodych, nastolatków. Wykluczenie, czasem wręcz negowanie religii zrujnowało stabilny fundament życia, płaszczyznę odniesienia dla pojęć prawdy, dobra i zła. Kruszymy skałę, na której ludzkoś trwała od zarania dziejów, a budujemy  dom na piasku, jak z przypowieści Chrystusa.

W tzw. zachodnim kręgu kulturowym obserwuje się spontaniczną, chociaż często nieświadomą, obronę przed tym, w postaci dużego zainteresowania różnymi technikami wyciszania, głównie znanymi od wieków metodami z Dalekiego Wschodu, takimi jak joga, medytacja zen, medytacja transcedentalna, i podobne. Działa już na tym polu całkiem szeroko rozbudowany rynek, niestety nie zawsze oferujący najlepsze produkty i jak zwykle nastawiony głównie na zysk. Jednocześnie techniki medytacyjne jako formę terapii coraz częściej zalecają poważni psychoterapeuci. To tyle od strony świeckiej.

W sferze religijnej tak się złożyło, widocznie znowu zadziałał tutaj Duch Święty, że niemal jednocześnie dwóch mnichów katolickich, z dwóch różnych zakonów, benedyktyn i trapista, zaczęli pracować nad dostosowaniem wspomnianych wcześniej starożytnych metod modlitwy medytacyjnej, zalecanych przez Ojców Pustyni, a potem przez szereg mistyków i nauczycieli modlitwy, do naszych współczesnych warunków. Ich prace i nauczanie okazały się na tyle „na czasie” i potrzebne, że bardzo szybko wyszły niejako poza klasztorne mury i zaczęły zyskiwać na znaczeniu w świecie świeckim. Tak zrodziły się współczesne metody nazywane Modlitwą Ciszy, Modlitwą Głębi, Modlitwą Serca, Medytacją Chrześcijańską, Modlitwą Jednego Słowa lub Monologiczną.

Tak więc, mieszka w nas Duch Święty i wciąż jest w gotowości by nam pomagać i nas prowadzić, tylko pojawia się pytanie jak my na to reagujemy, czy w ogóle Go słuchamy, i czy chcemy i potrafimy usłyszeć Jego głos w naszym wnętrzu. W Jego mocy jest uwolnić nas od tego bezwartościowego szumu świata, jednak nie będzie On działał wbrew naszej woli. Nie zamierza też porwać nas w obłoki i pozbawić kontaktu z życiem tu i teraz. Przeciwnie, Jego zamiarem jest skierować nas ku prawdziwie istotnym i ważnym wartościom również w życiu bieżącym.  Można to porównać do przeniesienia nas z okrętu płynącego po wzburzonym morzu, miotanego falami raz tu, raz tam, do łodzi podwodnej, płynącej stałym wybranym kursem w głębinie pod tymi falami, tam, gdzie już te powierzchniowe burze nie docierają. To jest właśnie celem medytacji.

Na medytacje, niezależnie od ich głębszego zróżnicowania, można spojrzeć z dwóch poziomów: jako na techniki relaksacyjne i terapeutyczne w świecie ustawicznego napięcia i stresów, oraz na ich wymiar duchowy czy mistyczny. Muszę jednak podkreślić, że nawet w tej modlitewnej formie medytacji ujawniają się jej cechy terapeutyczne, co zresztą nie powinno nas niepokoić podejrzeniem o jakąś magię, bo przecież sam Chrystus uzdrawiał i rozsyłając swych uczniów na pierwszą „misję” dał im nie tylko moc, ale wręcz nakaz uzdrawiania wszelkich chorób, a w naszych kościołach praktykowane są Msze Uzdrowieniowe.

Patrząc na medytacje w zastosowaniach terapeutycznych znajdujemy potwierdzenie ich skuteczności w szeregu badań nauk medycznych, zwłaszcza neurologii, psychologii i fizjologii, zajmujących się funkcjonowaniem mózgu. Potwierdzają one, że
w czasie medytacji następują istotne, korzystne przesunięcia aktywności poszczególnych obszarów w mózgu. Medytacja wywiera fizyczny wpływ na mózg już po kilku tygodniach praktyki. Regularna praktyka popularnych form medytacji wyraźnie wpływa na zdrowie i organizm człowieka, zmniejsza stresy, pobudza pozytywne emocje, poprawia samokontrolę w relacjach międzyosobowych. To tę właśnie sferę wykorzystuje terapeutyka.

Nas interesuje teraz głównie ten drugi aspekt, mianowicie religijny i duchowy. Tutaj trzeba koniecznie zwrócić uwagę na różnice pomiędzy tymi medytacjami które nazwaliśmy ogólnie kosmicznymi, a naszą medytacją chrześcijańską, którą określamy terminami Modlitwy Ciszy, Modlitwy Serca, Medytacji Chrześcijańskiej, Medytacji Monologicznej (Modlitwy Jednego Słowa) i podobnymi. Na pierwszy rzut oka są one do siebie podobne. Widząc siedzących obok siebie i medytujących buddystę i chrześcijanina, nie potrafimy powiedzieć, który jak medytuje. Istota tkwi w ich sercach, w tym ku komu, czy ku czemu, się zwracają. Praktyki wschodnie zmierzają do oczyszczenia umysłu z jakichkolwiek myśli i wyobrażeń, lub do wyzwolenia jakiegoś specjalnego stanu emocjonalnego, np. poczucia niebytu. My patrzymy na nią, jako na formę modlitwy, jako na sposób wsłuchania się w głos Boga, stale zagłuszany w nas przez wrzawę świata o której wspomniałem na początku.

Co to w ogóle jest modlitwa, jak ją określić, jakie są jej formy i rodzaje? Modlitwa jest byciem i rozmową z Bogiem – jest rozmową, a więc biorą w niej udział dwie strony. Nasza modlitwa może być prośbą, dziękczynieniem, przebłaganiem, skargą,. W każdej z tych form dochodzi do słownego sformułowania naszych intencji, nawet jeśli odbywa się to tylko w myślach. W każdej z nich mówimy coś do Pana Boga, coś Panu przekazujemy, chcemy wejść w jakąś relację z Bogiem, czy też tę relację pogłębić. To bardzo dobrze, ale to nie wystarcza, by mówić o naszej więzi z Panem Bogiem, bo do prawdziwej więzi potrzebna jest obustronna wymiana, więź jest aktem dwustronnym. Tymczasem takie modlitwy właściwie są monologami, my stale zagadujemy Pana, nie dając mu szansy, by On coś przekazał nam. Nasze Ja jest tak zaabsorbowane sobą i swoimi problemami i wyobrażeniami świata, że nie dochodzi do nas głos Ducha Świętego, o którym Biblia wielokrotnie mówi, że w nas mieszka i stale czeka w gotowości by nas prowadzić przez życie. I tutaj właśnie jest miejsce na modlitwę medytacyjną. W literaturze można spotkać wiele pokrewnych określeń, często używanych zamiennie, a często określających nieco różniące się między sobą formy.

Wyraźna różnica występuje pomiędzy medytacją dyskursywną a medytacją monologiczną, albo bezsłowną. W medytacji dyskursywnej, taką jest np. metoda ignacjańska, wprowadzona przez św. Ignacego Loyolę w jego Ćwiczeniach  Duchowych, staramy się myślą wniknąć w wybraną scenę z Pisma Świętego, wywołać w sobie jej obraz i następnie wyobrazić sobie siebie jako jej uczestnika. W tej formie medytacji angażujemy aktywnie wszystkie swoje władze umysłowe
i emocjonalne. W medytacji monologicznej, lub inaczej modlitwie głębi lub modlitwie ciszy, przeciwnie, staramy się wyciszyć aktywność umysłu, by wejść na ten poziom naszego bytu, na którym panuje już absolutna cisza, która jest przejawem obecności Boga. Stajemy przed Bogiem i po prostu milczymy, jak Maria u stóp Jezusa.

Dalej będę mówił o tej właśnie formie. W tej modlitwie staramy się oderwać od wszelkich myśli, obrazów, wyobrażeń, uczuć, a całą uwagę skierować ku swemu najgłębszemu wnętrzu, ku Duchowi, który tam przebywa i czeka na naszą uwagę. O tym jak tę modlitwę praktykować powiem za chwilę, teraz chciałbym tylko przypomnieć, że nie należy jej mylić lub utożsamiać z tymi wspomnianymi wcześniej medytacjami kosmicznymi, chociaż stosowane techniki, ale, podkreślam, tylko techniki, są podobne. Jak mówiłem, ta forma modlitwy znana jest w Chrześcijaństwie od pierwszych wieków, ale była traktowana jako forma dostępna głównie dla osób szczególnie wybranych, z reguły wewnątrz murów klasztornych, i tam też nie dla wszystkich i po wiekach właściwie została zapomniana. Została odkryta ponownie i niejako wyprowadzona w świat świecki i rozpowszechniona głównie przez dwóch współczesnych nam mnichów, benedyktyna Johna Maina oraz trapistę Thomasa Keatinga.

Ciekawa historia wiąże się z wspomnianym Johnem Mainem, którym właściwie pokierował przypadek, ale, jak powszechnie wiadomo, w każdym przypadku jest umaczany przynajmniej koniuszek Bożego palca. Tym koniuszkiem Bożego palca stal się tym razem młody człowiek który zwrócił się do przeora jednego z zakonów benedyktyńskich w Anglii z prośbą o informacje o Chrześcijaństwie, jako jednej z wielu religii. Sprawa trafiła do zakonnika Johna Maina. Chcąc się studenta pozbyć tanim kosztem, John zalecił mu przestudiowanie pism 4-to wiecznego mnicha Jana Kasjana. Niestety, pytaniami tego młodzieńca sam też został jakoś do tego zmuszony. I oto okazało się, że Jan Kasjan pisze między innymi o modlitwie niemal dokładnie to, czego John, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, jako cywil i dyplomata w brytyjskiej służbie kolonialnej na Manilach, dowiedział się tam o medytacji. A Kasjan przejął te nauki od swych mistrzów, Ojców Pustyni, a więc od ludzi, którzy całe swe życie poświęcali modlitwie i poszukiwaniu więzi z Bogiem. Ojciec Main zrozumiał, że taka forma modlitwy, takie kompletne wyciszenie, jest potrzebne naszemu światu i jest dostępne nie tylko dla wybrańców za klasztornymi murami, ale też i przede wszystkim dla nas wszystkich, żyjących „normalnym”, świeckim życiem, i że właśnie nam jest to najbardziej potrzebne. Do podobnych wniosków, chociaż inną drogą doszedł trapista O. Thomas Keating. Początkowo nauczał tej formy modlitwy zakonników w swym własnym klasztorze, później wieść rozniosła się po innych zgromadzeniach, a wkrótce wydostała się poza klasztorne mury i spotkała się z takim zainteresowaniem, że niemal wymusiła organizowanie spotkań i prelekcji medytacyjnych dla osób świeckich wszystkich stanów i zawodów. Obecnie funkcjonują dwie szkoły modlitwy medytacyjnej o zasięgu ogólno-światowym, jedna wg metody O. Johna Word Community for Christian Meditation (WCCM, w Polsce  Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej) i druga wg. O. Thomasa Contemplative Outrich (w Polsce pod nazwą Ruch Odnowy Kontemplacyjnej).

Wspomniani Ojcowie Pustyni, a po nich Jan Kasjan, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila i szereg innych mistyków i nauczycieli modlitwy nauczali o potrzebie milczenia i wewnętrznego wyciszenia, uwolnienia umysłu od wszelkich zbędnych słów, myśli czy obrazów. Nie o to chodzi by pozbyć się świadomości istnienia, by stać się na ten okres istotą bezmyślną, ale o to, by całą uwagę skierować na najgłębszą istotę naszego bytu, wsłuchać się i usłyszeć głos Ducha Świętego. Osiągamy to poprzez uważne powtarzanie w myślach jednego słowa, albo wezwania, i w taki sposób uspokajamy nieuporządkowane, chaotyczne impulsy umysłu. My nie mamy nic do ofiarowania Bogu, On też nie oczekuje od nas ofiar z kozłów, wołów, czy innych dóbr ziemskich. Jedyne, czego od nas oczekuje, czego pragnie, to nasza uwaga, nasze całe serca nie zaprzątnięte mnóstwem drobnych spraw i trosk.

 Na czym właściwie ta forma modlitwy polega? Jest to modlitwa bardzo prosta, lecz z góry powiem, że nie jest łatwa. Polega na wielokrotnym powtarzaniu w myślach, „w sobie”, nie słowami i nie wargami, ale niejako wdechem i wydechem, jednego słowa lub wybranej krótkiej frazy, zachowując absolutny bezruch ciała, i ignorując wszelkie inne myśli, przez około 20 do 30 minut, najlepiej dwa razy dziennie. Spróbujmy teraz parę minut. Co zrobić:
·            siadamy tak, by ciało było odprężone, ale nie w pozycji usypiającej
·            siedzimy nieruchomo; to wyraża uwagę i szacunek
·            kręgosłup wyprostowany: ciało jest wówczas uważne i czujne
·            oddychamy normalnie, ale głęboko, najkorzystniej przeponą
·            pozostajemy odprężeni, ale uważni - to wyraża pokój
·            lekko przymkamy oczy i rozpoczynamy powtarzanie świętego słowa (mantry): Jezu, Boże, Ma-ra-na-tha, lub inne do wyboru
·         powtarzamy swoje słowo modlitewne podczas całego czasu medytacji
·         rozproszeń  nie zwalczamy, ale je ignorujemy

Proste, ale nie łatwe – prawda? Wspomniałem o tej modlitwie krótko w czasie naszego spotkania poświęconego Modlitwie Jezusowej. Są one bardzo do siebie podobne, mają wspólne korzenie u Ojców Pustyni w pierwszych kilku wiekach Chrześcijaństwa. Różnią się tym, że medytacja wymaga dużej dyscypliny wewnętrznej i wydzielenia sobie na nią czasu i spokojnego miejsca, podczas gdy Modlitwę Jezusową można praktykować w każdym czasie i okolicznościach, nie absorbujących umysłowo. Medytacja wymaga pełnej uwagi, nie rozpraszanej niczym ani z
zewnątrz ani naszymi własnymi myślami. Poprzez wymóg dyscypliny ciała i umysłu, bezruch i opanowanie rozproszeń, kształtuje dodatkowo naszą osobowość, zwiększa naszą umiejętność zwaną uważnością. Koncentrując uwagę na powtarzaniu tylko jednego świętego słowa, zwanego też mantrą, przebija niejako warstwę rozproszeń blokujących nasz kontakt z naszym własnym, najgłębszym i prawdziwym Jai uwalnia je ze wszystkich pozorów spowodowanych tym, że stale, chociaż często nawet nieświadomie, jesteśmy wewnętrznie rozbici, udajemy kogoś innego niż naprawdę jesteśmy, po to, by niejako dopasować się do otoczenia. Uwalniając nas od tych pozorów i przebijając warstwę rozproszeń uwalnia i dopuszcza do głosu działającego w naszym najgłębszym centrum Ducha Świętego. Poprzez wymóg absolutnego bezruchu angażujemy w modlitwie całego siebie, nie tylko naszego ducha, ale też nasze ciało, modli się więc w tym czasie nasze ciało i nasz duch jako jedność, nasza osobowość ulega scaleniu. W czasie tych kilkudziesięciu minut medytacji nie obserwujemy i nie spodziewamy się żadnych jej owoców. One stają się widoczne w codziennym życiu, a nie w czasie samej modlitwy.

Modlitwa Głębi oswaja nas z językiem Boga jakim jest CISZA, prowadzi do pogłębienia wiary w Jego niezmienną i nieprzemijającą obecność. Ta modlitwa nie zastępuje i nie może zastąpić innych form modlitwy, natomiast bardzo wzbogaca zrozumienie i praktykę tych innych form. Jest ona odpowiedzią jaką dajemy Duchowi Chrystusa wyrażając naszą zgodę na obecność i działanie Boga w naszym wnętrzu.

Taka refleksja związana z wspomnianymi na początku medytacjami kosmicznymi. Mówiłem, że wiele z nich jest wyrazem odwiecznego poszukiwania jakiegoś nadrzędnego Bytu. I oto co się okazuje w naszych czasach – otóż współczesna nauka, nie związana z żadną religią, w szeregu dziedzinach prowadzi do wniosków, które wskazują że taki Byt istnieje. Wielu naukowców mówi o spójności świata i jednej jego zasadzie, która wyraża się w funkcjonowaniu wszechświata według jednego wielkiego, uniwersalnego wzoru. Doszli do tego głównie dzięki dociekaniom, które z dostępnych naszym zmysłom rzeczywistości prowadzą do wniosków sięgających poza pole badań dostępnych naukom empirycznym. Nie definiują tego uniwersalnego wzoru ani go nie nazywają, jednak dostrzegają jego istnienie.  My, ludzie wierzący, rozumiemy, że tym uniwersalnym wzorem jest działanie Boga.

Słyszałem przed laty takie stwierdzenie, które doskonale to wyraża: ilekroć jakiś naukowiec wspina się mozolnie po zboczu naukowej góry, spotyka na jej szczycie siedzącego tam od dawna teologa.

Pozwólcie Państwo, że na koniec pokażę dwie ilustracje z ogłoszenia Piotra o naszym dzisiejszym spotkaniu. One będą znakomitym podsumowaniem.


JuR,  marzec 2017, tekst ze spotkania Polonii North







Przed Wielkim Postem


Niemal połowa lutego, a już za parę tygodni Wielki Post, trzeba będzie coś postanowić. Doskonale wiem i pamiętam, że wiele z tych moich pobożnych postanowień pozostaje nie do końca zrealizowanych, bo zawsze coś przeszkodziło, zawsze było jakieś “ale” (tutaj każdy może sobie wstawić własne “ale …”).
Chodzi za mną myśl, by w tym roku postąpić nieco inaczej. Nie będę podejmował z góry żadnych konkretnych postanowień. One i tak są zwykle wymyślane nieco na siłę. Myślę, że równie trudne do wypełnienia, a na pewno z dużym pożytkiem nie tylko duchowym ale również ogólnym dla mnie i bliskich będzie podejmowanie nazwijmy je doraźnych postanowień, nasuwających się w różnych sytuacjach w ciągu dnia. Nie odpowiem ostro na zwróconą mi uwagę, będę unikał zaspokajania chwilowych zachcianek, na dodatkowe ciastko, na drugą kawę, na drugą porcję czegoś tylko dlatego, że mi smakuje, itp. Gdy tylko pomyślę, że mogę tego ciastka nie wziąć, to już kropka, ciastko zostaje na stole.

Takie to są te moje myśli, nie do końca jeszcze wiem, czy dobre i czy się zdecyduję, to naprawdę może być niełatwe.

Trochę inaczej, ale też nawiązanie do okresu przed Wielkanocą. W piśmie Restoration, wydawanym przez Madonna House w Combermere, które jest mi bardzo bliskie swoją duchowością, trafiłem na artykuł jednej z członkiń tego zgromadzenia, która pisze o tym, jak to ona sama, zamiatając podłogi i schody, odnalazła drogę naśladowania Chrystusa w  rzetelnym wypełnianiu codziennych, najbardziej zwykłych, nudnych i nie zawsze przyjemnych obowiązków. W jakimś konkretnym przypadku brud z podłogi i schodów, używanych przez wszystkich mieszkańców domu, nawiewany był na nią samą i do niej przylegał. Skłoniło ją to do rozważań, jak to Chrystus idąc na Krzyż wziął na siebie cały brud grzechów świata, by go oczyścić przed Ojcem.

Zasada “duty of the moment –  obowiązek chwili”  - Bóg chce ode mnie dobrego, najlepszego jak potrafię, wykonania takiego zadania, jakie mi w danej chwili zleca czy to poprzez okoliczności, czy poprzez polecenie przełożonego, czy potrzebę bliźniego. Nie rozważania co było przed chwilą, ani planowania, co zrobię i jak zrobię za chwilę, ale pełnej uwagi zwróconej na to, co robię w tej konkretnej chwili. Ona się już nie powtórzy, Ta zasada, będąca jednym z głównych elementów duchowości benedyktyńskiej i konsekwentnie realizowana w Madonna House, jest mi bardzo bliska. Co wcale nie znaczy, że potrafię  naprawdę bez szemrania i bez potknąć, realizować ją w moim własnym życiu. Ale nie można się cofać przed próbami.


JuR         luty 2017

Dwie wizje Kościoła

Wiele osób krytykuje pontyfikat papieża Franciszka, jako idący zbyt liberalnym kursem. Dyskusje na ten temat nie mają końca i często są dość ostre, niejednokrotnie sugerowany jest wpływ masonerii i różnych innych lobby inspirowanych przez Złego.
Myślę, że w tym wszystkim ścierają się dwie wizje jak rozumieć misję Kościoła i jego obecną rolę w świecie. Ja osobiście rozumiem działania papieża Franciszka jako dążenie do realizacji polecenia Pana „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” popartego innymi wypowiedziami, np. że przyszedł szukać to co zaginęło, i że gdyby chciał, to Ojciec zesłał by mu do obrony dwanaście hufców aniołów. Moim zdaniem Kościół nie musi bronić siebie i Boga przed światem, Bóg tej obrony nie potrzebuje, natomiast skoro ma iść i głosić światu Dobrą Nowinę, to musi iść nawet tam, gdzie go nie chcą, i głosić ją w języku zrozumiałym dla słuchaczy – to m.in. inkulturacja, którą zapoczątkowali niegdyś Jezuici w Chinach i chyba w Japonii. Nie trwało to długo, zostało na jakiś czas poniechane za sprawą Watykanu, ale zaowocowało, bo jednak na tych terenach chrześcijaństwo przetrwało do dziś. I właśnie teraz ta metoda w pewnym stopniu wraca do łask.

Druga gorąca kwestia to różne dewiacje seksualne i sprawy nieudanych małżeństw. Oczywiście, że nie możemy wszystkiego akceptować bez słowa, musimy mówić jasno co jest dobre a co złe, i według mnie papież od tego nie ucieka, ale jeśli mamy szukać zagubionych owiec, to nie możemy ich gonić z wielkim krzykiem, i wymachiwać kijem, bo uciekną jeszcze dalej. Lepiej podejść do nich spokojnie i powoli nakierowywać tak, by doprowadzać do całego stada.

W kwestii małżeństw mamy wokół nas, nawet wśród najbliższych i dobrze znanych osób, wiele smutnych doświadczeń i wiemy, i czujemy, jak niełatwa jest to sprawa i jak trudno o jednoznaczne dyrektywy. Chyba dlatego papież zwołał ten synod o rodzinie i na tym synodzie też nie uzyskano jednoznacznej odpowiedzi, a radzili przecież nie laicy, tylko ludzie najgłębiej zaangażowani w sprawy Kościelne, a i Duch Święty też chyba z nimi był.

Nie mnie oceniać teologicznie te wszystkie aspekty, piszę tylko w wielkim skrócie i dużym uproszczeniu jak ja to czuję i odbieram.

JuR      wrzesień 2016

Świętość na co dzień

(wg. prelekcji w Polonia North, Bolton, Ontario, Kanada)

Proszę państwa, mamy dziś rozważać naszą codzienną świętość spoglądając na wzór życia Świętej Rodziny.
Temat, który nas interesuje, to okres około 30 lat życia Jezusa, przed Jego chrztem i publicznym wystąpieniem. Ten okres przyjęto nazywać ukrytym życiem Jezusa, gdyż na dobrą sprawę Ewangelie i Listy niemal nic o tym okresie nie mówią.
W takim określeniu odnosimy się głównie do życia Jezusa, ale przecież Jezus nie żył samotnie, przyszedł na świat i żył w rodzinie, a ta rodzina żyła w jakiejś szerszej społeczności, w określonym czasie historycznym i określonym miejscu na ziemi. Tak więc można na ten okres patrzeć wielorako, eksponując różne aspekty, które w danej chwili nas interesują. Można koncentrować się na Jezusie i Jego dojrzewaniu do wystąpienia publicznego, można też większą uwagę zwrócić na Jego rodzinę i jej życie. Piotr ma w zanadrzu bardzo ciekawe  filmy rozwijające wątek Jezusa, jak w ciągu tych trzydziestu lat kształtowała się Jego osobowość. Ja chcę dziś zastanowić się, na ile życie Jego rodziny, jako całości i jako trzech osób, tę rodzinę tworzących, może stanowić wzór według którego możemy doskonalić nasze własne życie. Oczywiście, w wielu miejscach te spojrzenia będą się nakładały, przecież patrzymy a te same osoby, w tych samych kolcznościach.

Świętość w Naszym Życiu

Duchu Święty, który wszystko uświęcasz,
Bądź z nami w czasie tego spotkania,
wzbudzaj w nas pragnienie świętości
i wskazuj nam drogę ku niej
poprzez rzetelne spełnianie
naszych codziennych obowiązków.
Pomóż nam tak kształtować nasze sumienia,
by każde nasze działanie było zgodne z Bożą wolą.
Prosimy Cię o to, przez Chrystusa, naszego Pana
Amen

Na początku taka uwaga i prośba: proszę tego co powiem nie traktować jako wykładu ex katedra, jako czegoś, co jest potwierdzone przez wszystkie odpowiednie autorytety. Chcę jedynie opowiedzieć, skąd się wzięło moje zainteresowanie tematem „świętości na co dzień” jak szukałem odpowiedzi, do czego doszedłem i jak teraz to widzę. Może też uda się nam na koniec nieco na ten temat podyskutować i wymienić własne poglądy.

W pewnym wieku człowiek zapomina gdzie położył okulary, ale doskonale pamięta sceny z odległych czasów. Otóż ja tak właśnie pamiętam, że gdy w wczesnej młodości czytałem różne pobożne książki i opowiadania o świętych, to potem sam też chciałem być świętym. Taka dygresja – teraz dzieci mają do czytania książeczki mniej pobożne, ale za to lepiej wprowadzające w zagadnienie równości i tolerancji we wszystkich odmianach. Ostatnio spotkałem w internecie apel-protest przeciwko zamiarom by w jakiejś popularnej bajce Disneya o pięknej królewnie śniącej o równie pięknym królewiczu, tego królewicza zamienić na drugą królewnę, bo to będzie bardziej „nowocześnie”. I potem te dzieci też tak zechcą. Żeby była równość i nowoczesność.

Ale wracajmy do tematu.  Otóż te moje święte myśli z wiekiem gdzieś się zagubiły, życie poszło po swojemu. Kilkadziesiąt lat temu bylem na rekolekcjach u Benedyktynów w Tyńcu koło Krakowa. Spytałem tam czy dobre było moje wrażenie że większość znanych świętych to były osoby duchowne. Rekolekcjonista potwierdził, ale też dodał, że zbliża się czas świeckich świętych. Nie minęło wiele lat, gdy istotnie na ołtarze zaczęli wchodzić świeccy, a nawet rodziny. Na tym moje rozważania o świętości właściwie się skończyły. Do czasu. Do czasu, gdy odeszła najpierw moja teściowa, potem po kolei rodzice. Podjąłem wówczas spisywanie rodzinnej kroniki i wspomnień, zacząłem przeglądać korespondencję z rodzicami i nagle zobaczyłem całe ich życie, życie teściowej i wielu innych znanych mi osób, a nawet moje własne, w zupełnie nowym świetle. Spojrzałem na nich jak na świętych. Dlaczego, cóż takiego zrobili w życiu? Niby nic szczególnego, nic, co dało by się zapisać w jakimś eseju hagiograficznym, a jednak popatrzyłem na nich jak na świętych.

Moi rodzice przeżyli dwie wojny ze wszystkim co one niosły, wychowali czterech synów, pracowali tak, jak im warunki pozwalały, ale zawsze rzetelnie, na tyle, że do Mamy, która była nauczycielką, wiele lat po przejściu na emeryturę przychodzili z kwiatami i wyrazami wdzięczności byli uczniowie, a do Ojca niemal do ostatniej Jego chwili byli podwładni.  Teściowa podczas wojny straciła męża i została sama z swoją Matką i dwójką małych dzieci, w obcym mieście i środowisku. Utrzymywała ich, wychowała i wypuściła w świat jako prawych ludzi. Gdzie tu znamiona jakiejś szczególnej świętości?

Otóż to. A jednak. Pan Bóg dał Adamowi i Ewie polecenie „bądźcie płodni, zaludniajcie Ziemię i czyńcie ją sobie poddaną”. Mamy zaludniać Ziemię i czynić ją sobie poddaną. Zaludniać, to znaczy mieć potomstwo, o to potomstwo dbać, i je wychowywać. Czynić sobie Ziemię poddaną to znaczy pracować. Właśnie tak przeżyli swoje życie moi rodzice, moja teściowa, znajomi i nie byli oni jedynymi, takich jest przecież olbrzymia większość, my sami też, każdy na własną miarę, tak postępujemy. Malo tego, z reguły odbywa się to „w pocie czoła”, jak to usłyszeli Adam i Ewa przy eksmisji z Raju.

Czyż nie jest to spełnianiem Bożej woli w takich warunkach, w jakich przyszło im, czy nam, żyć? A jeśli było tym spełnianiem, to znaczy że ma znamiona świętości. Bo przecież świętość to pełnienie Bożej woli. To znaczy że zwykłe życie, zwykłych ludzi, może stać się życiem świętym. 

W Starym Testamencie Bóg wzywa swój Naród Wybrany by był święty, bo On sam, Bóg, jest święty. Wzywa cały Naród, nie jakieś wybrane osoby, nie jednostki, ale wszystkich, cały lud. Bóg nie daje zadań przekraczających nasze siły i możliwości. Skoro więc apeluje o świętość wszystkich, to znaczy że wszyscy jesteśmy do niej zdolni, niezależnie od wieku, stanu, pozycji społecznej czy zdrowia, każdy na swoją miarę, każdy inaczej, ale każdy. Chrystus powtarza to wezwanie w Nowym Testamencie.

Na ogół łączymy świętość, w każdym razie tę certyfikowaną i mającą papieską pieczęć, z jakimiś szczególnymi dokonaniami, z heroizmem albo martyrologią. Ale przecież nie wszyscy są powołani do heroizmu, tak jak nie mogą być wszyscy męczennikami, a mamy wszyscy być świętymi. Więc jak to jest? Jak rozumieć świętość?

 Myślę, że mamy tu do rozważenia dwie świętości. Jedna, to ta oficjalna, z dyplomem i pieczęcią Watykanu, na nią rzeczywiście trzeba jakoś specjalnie zasłużyć, i przejść długą drogę formalną (oczywiście nie kandydat na świętego, tylko, po jego odejściu, jego „promotorzy” – np. proces ks. Piotra Skargi, trwa już, z przerwami, ponad 400 lat). To jest droga dla jednostek.
Druga świętość, to ta zwykła, bez dyplomów i pieczęci. Listy Apostolskie adresowane są często do świętych jakiejś gminy. Są adresowane do całej gminy, a nie tylko do wybranych w niej ówczesnych VIPów. I tych wszystkich, całą gminę, apostołowie nazywają świętymi.

Nie udało mi się trafić na jakąś jednoznaczną definicję świętości, są raczej jej opisy. Z tych opisów odpowiada mi szczególnie ten jeden, o którym wspomniałem przed chwilą. Bardzo prosty: świętość jest to czynienie woli Bożej względem nas w każdej konkretnej chwili i sytuacji. Niby bardzo proste, pozostaje tylko pytanie jak tę Bożą wolę rozpoznać na bieżąco, w momencie, w którym się aktualnie znajdujemy? Jak ja to rozumiem? Otóż Bóg dał nam trzy władze: rozum, sumienie (serce) i wolną wolę. Rozum analizuje możliwości i skutki działania, sumienie ocenia i wskazuje najwłaściwszą drogę, a wola decyduje, jakie działanie podejmę.
Weźmy dwie sytuacje z życia:

Na parkingu znalazłem banknot 20 dolarowy. Dziękuję Ci, Panie Boże, za to, będę mógł pójść na ekstra kawę i dobre ciacho, na które akurat miałem ochotę, i jeszcze pomodlę się za osobę, która te pieniądze zgubiła. Albo może inaczej, może dam połowę do skarbonki dla biednych, a sobie wezmę tylko drugą połowę. A może lepiej będzie dać wszystko na Mszę za zmarłych? Moje ego głosuje za kawą i ciastkiem, sumienie podpowiada myśl, że ja znalazłem to, co ktoś inny zgubił, więc dobrze by było zrobić coś dobrego dla innych. Sam nie wiem, pomyślę, nie muszę tego robić w tym momencie. W końcu, po namyśle, decyduję się na to trzecie, daję na mszę.

Inna sytuacja: Gotuję zupę i akurat zapłakało dziecko. Serce przynagla, ale najpierw wyłączam palnik, by się coś złego nie stało, a dopiero potem idę do dziecka. Rozum podpowiada, że tak jest bezpieczniej, nie ryzykuję pożaru, gdybym zabawił dłużej przy dziecku i zupa się wygotuje.

Jak w tym przykładzie z dzieckiem, często musimy działać natychmiast, nie ma czasu na długi namysł. W takich sytuacjach postępowanie dyktuje nam intuicja i odruch, ukształtowane poprzednimi doświadczeniami, ale one też były wynikiem współdziałania tych trzech władz.
Tu moim zdaniem jest miejsce naszej codziennej, zwykłej świętości: świadomie kształtować nasze sumienie, aby nam dobrze wskazywało drogę. A potem w każdej sytuacji i w każdej chwili pełnić swoje obowiązki z całym oddaniem, wykorzystując te trzy władze. I koniecznie uczyć tego nasze dzieci,

Kościół stawia nam za wzór Świętą Rodzinę. Skoro ma być dla nas wzorem, to my, by ten wzór naśladować, powinniśmy jak najwięcej o nim wiedzieć. A my tak niewiele o tej Rodzinie wiemy. To trzy osoby: Matka, Jej Syn Jezus i Jego przybrany ojciec Józef. Na każdą z tych osób można patrzeć oddzielnie, a później na nie wszystkie razem jako na rodzinę. Praktycznie nie da się tego tak dokładnie podzielić i uporządkować, życie każdej rodziny jest przecież wypadkową indywidualnych osobowości jej członków, ale też zachowania tych poszczególnych osób są uwarunkowane przez życie całości. Są to stale sprzężenia zwrotne.

Powiedziałem, że o życiu Świętej Rodziny wiemy bardzo niewiele, zaledwie kilka razy wspomniane są w Pismach jakieś epizody tego życia: zwiastowanie, wizyta u Elżbiety, obrzezanie, ucieczka do Egiptu, wizyta w Świątyni i na tym koniec. Łącznie kilkanaście zdań z trzydziestu lat rodzinnego życia Jezusa przed Jego chrztem i publicznym nauczaniem. Dla nas, szukających informacji o naszym wzorze, to niesłychanie mało, a jednocześnie, paradoksalnie, to bardzo dobrze. W czym ten paradoks i dlaczego tak dobrze skoro tak mało? Otóż gdyby Ewangeliści zostawili więcej informacji, to niemal odruchowo nasze rozważania koncentrowałyby się na tych opisach, z pominięciem szerokiego społecznego, kulturowego, politycznego i gospodarczego tła, na którym to życie się toczyło. Dalej – ponieważ brak takich zapisów, to rozumiemy, że żadnych niezwykłych objawów życia tej Rodziny i jej trzech osób otoczenie nie zaobserwowało. Przecież po wystąpieniu Jezusa w synagodze w Jego rodzinnym Nazarecie, słuchacze oburzali się, że znają doskonale Jego samego, jako cieślę, Jego ojca - cieślę Józefa, Jego Matkę, Miriam, Jego krewnych, jako zwykłych ludzi, takich jak oni sami, więc skąd u Niego taka mądrość.

Nie mając konkretnych zapisów, musimy iść drogą nieco okrężną – skoro żyli jak wszyscy inni, nic szczególnego, to popatrzmy na tych wszystkich innych, bo tutaj wiadomości mamy szalenie dużo. Składają się na to odkrycia i prace wielu nauk, nie tylko biblijnych, a może nawet głównie nie biblijnych. To archeologia, kulturoznawstwo, języki starożytne, historia itd. itd. Tak więc zwykłe, przeciętne życie Palestyny, Galilei, Nazaretu, w czasach Jezusa, możemy odtworzyć z dużą dokładnością.

Mamy jeszcze jedną poważną trudność na jaką natrafiamy, jest nią podwójna, Boska i ludzka, natura Jezusa. Co z tym zrobić? Przecież nie będę się zastanawiał dlaczego Jezus-Bóg jest święty i jak naśladować Jego Boskość. Wiemy jednak, że Jezus był pełnym Bogiem, ale był też pełnym człowiekiem, we wszystkim, z wyjątkiem grzechu, podobnym do nas. Możemy więc spokojnie rozważać ten ukryty, 30-letni okres Jego życia z rodziną tak samo, jak patrzylibyśmy na każdego innego mieszkańca ówczesnego Nazaretu, pomijając Jego Boskość. Tak postępując, w żaden sposób nie naruszamy nauczania Kościoła. Konstytucja Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II stwierdza o Chrystusie: „On bowiem, Syn Boży, poprzez wcielenie zjednoczył się w pewien sposób z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami wykonywał pracę, ludzkim umysłem myślał, ludzką wolą działał, ludzkim sercem kochał. Zrodzony z Maryi Dziewicy, stal się prawdziwie jednym z nas, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu”.

Zobaczmy teraz jak to życie w czasach Jezusa i w ”Jego” okolicach wyglądało. Z Ewangelii wiemy, że Maryja i Józef  na ofiarę w Świątyni złożyli dwa gołębie, a więc to, co należało od ludzi ubogich, wiemy, że żyli w Galilei, konkretnie w Nazarecie, i że Józef był cieślą, że byli pobożni, bo odbywali corocznie pielgrzymkę do Jerozolimy, a jest to nie byle spacer, bo ok. 150 km.  

Tu jest projekcja z Power Point, z dokładniejszym omówieniem każdego obrazu – oddzielny post pt. Świętość na codzień prezentacja 

Po tym wszystkim co potrafiliśmy sobie odtworzyć, widać, że naśladowanie życia Św. Rodziny nie musi być takie trudne. Popatrzmy jeszcze raz:

Maryja, żona, matka, troszczy się o całe gospodarstwo domowe, wychowanie syna, nakarmienie męża i syna, cerowanie ubrań, mycie garnków, utrzymanie porządku, odwiedza i pomaga ciężarnej krewnej Elżbiecie, ma krewnych i sąsiadki. A jako młode dziewczę, 15-16 letnie, już zaręczona ale jeszcze przed ślubem, staje przed wyzwaniem, które może zbić z nóg: Anioł objawia Jej Boży plan. Ona sytuacji kompletnie nie rozumie, ale zadaje tylko jedno krótkie pytanie jak to będzie? Już nie docieka szczegółów, co ma robić, jak sobie da radę, czy dostanie specjalne przywileje, pięciogwiazdkowy apartament w jakiej metropolii, służbę, ochronę osobistą, itp. Nie, nic z tych rzeczy, zawierza Bogu i mówi krótkie zgoda.

Józef, zwykły rzemieślnik, zawierza głosowi Boga (jak go usłyszał, tego nie wiem, ale uwierzył), adoptuje nie swoje dziecko, po krótkim czasie jeszcze raz słyszy ten Głos i ostrzeżenie, ale zamiast dać jakąś gwardię ochronną, Głos wysyła Rodzinę na emigrację. Wszyscy troje stają się emigrantami politycznymi - refugee, z powodu tego nie-jego Syna, na którego dybie Herod, zazdrosny o swój tron. Po powrocie z emigracji Józef nadal pracuje na utrzymanie rodziny, przyucza syna do zawodu, dba o jego naukę i formację religijną, czyni to, co czyni każdy inny ojciec. W opisach ewangelicznych Józef jest jeszcze mniej obecny niż Maryja. Jest jednak przedstawiony jako mąż sprawiedliwy. Sprawiedliwy w języku biblijnym oznacza osobę która żyje według woli Bożej wyrażonej w Torze, w stałej otwartości na głos Boży i w świadomości stałej Bożej obecności w jej życiu. Człowiek sprawiedliwy z pokorą, bez szemrania podejmuje swoje obowiązki, nie oddziela tego, co Boże od tego co ziemskie, sacrum od profanum, jego całe życie jest ścisłą jednością sacrum i profanum.

Jezus, normalne dziecko, bawi się z rówieśnikami, miewa potłuczone kolana i rozbity nos, ma przyjaciół, jest posłuszny rodzicom, podejmuje takie prace jak większość w jego otoczeniu, pomaga ojcu w warsztacie, pracuje na roli, po śmierci Józefa, zgodnie z tradycją, kontynuuje jego zawód i opiekuje się matką. Może sprawiał rodzicom nieco mniej kłopotów niż rówieśnicy, ale wiemy dobrze że zawsze są dzieci łatwiejsze i dzieci trudniejsze. Jest jeden epizod w którym wymknął się spod rodzicielskiej opieki, to było podczas pielgrzymki do Jerozolimy, gdy bez wiedzy Rodziców pozostał w świątyni. Rodziców reakcja była całkowicie normalna i dla nas zrozumiała – głęboko zaniepokojeni szukają go rozpaczliwe. A co On po odnalezieniu Go? W tym jednym zdarzeniu ujawnia na moment swoją świadomość Bożego Synostwa, mówiąc, że winien być w tym co należy do Jego Ojca. A przecież Świątynia nie należała do Jego ziemskiego – przybranego ojca Józefa, lecz do Jego prawdziwego Ojca – Boga. Natychmiast jednak powraca do swego człowieczeństwa i w nim pozostaje do końca swych ziemskich dni. W Ewangelii jest zapisane że wrócił, był im posłuszny, i wzrastał w latach, mądrości i łaskach. Wzrost w każdym z tych aspektów jest przecież właściwy dla istot ziemskich, niedoskonałych i poddanych działaniu czasu. W Bogu nie ma wzrostu, Bóg jest niezmienny, nie podlega czasowi. Na pewno miał swoje słabości, Mateusz opisuje jak sam, już jako mężczyzna, o sobie mówił z humorem, że ma opinię pijaka i żarłoka, przyjaciela społecznych mętów.

Żadne z tych trojga, ani wszyscy razem jako rodzina, niczym się nie wyróżnia z otoczenia. Współmieszkańcy Nazaretu pamiętają ich jako Miriam, Józefa cieślę, i Jezusa też cieślę, syna tegoż Józefa. I tyle. Potem, po wystąpieniu Jezusa w synagodze, pytają zaskoczeni skąd u Niego taka wiedza i moc? Bo przecież nigdy przez te ubiegłe trzydzieści lat niczego odbiegającego od otoczenia u niego i Jego rodziny nie zauważyli.

Widocznie nie potrzeba żadnych spektakularnych czynów, bohaterstwa, czy męczeństwa, wystarczy żyć przyzwoicie, zgodnie z Bożymi zasadami, na miarę swego stanu i okoliczności. Nie ważne jest co przyszło nam robić, ważne, by robić to rzetelnie, najlepiej jak potrafimy. Świętość nie jest zarezerwowana dla niewielkiej liczby specjalnie wybranych osób, jest powołaniem wszystkich i jest możliwa dla wszystkich. Świętość to radzenie sobie z zastaną rzeczywistością w sposób uczciwy, zgodnie z Bożymi przykazaniami. To życie Ewangelią pośród zwykłych, codziennych obowiązków. Dla większości z nas będzie to codzienne życie w małżeństwie i rodzinie. Zapytamy teraz co robić, czego Bóg od nas oczekuje – otóż całym sobą oddać się innym członkom rodziny, nigdy nie stawiając siebie na pierwszym miejscu, raczej na ostatnim, służebnym. Życie Ewangelią w taki sposób, bez oklasków i widowiska, daje wiarygodne świadectwo czym jest wiara i Kościół, staje się, bez naszych starań, wzorem dla innych. A gdy nam coś nie wychodzi, to przepraszamy i próbujemy dalej, lepiej. Grzech jest wpisany w naszą naturę, najwięksi święci też grzeszyli i wciąż prosili o Boże miłosierdzie (mamy za sobą cykl prelekcji Piotra na temat Bożego miłosierdzia, które nie ma granic).

Tu znowu taka dygresja: natrafiłem kilka razy na wyniki różnych badań społecznych, z których wynikało, że w rodzinach określających się jako praktykujący chrześcijanie występuje znacznie mniej patologii, niż w obojętnych religijnie. To też coś mówi.

Na zakończenie jeszcze wypowiedzi trzech osób:

św. Jan Paweł II

…dążenie do świętości nie powinno być czymś abstrakcyjnym, ogólnym, lecz winno stać się autentycznym programem życia. «Szukajcie świętości w codziennym życiu» - w zwyczajnym życiu. Nie polega ona oczywiście na dokonywaniu rzeczy niezwykłych, lecz na niezwykłym podejściu do rzeczy zwykłych i codziennych. …

Błogosławiony kardynał Schuster, arcybiskup Mediolanu, zmarły w latach 50-tych

«Ludzie nie dają się już przekonać naszym kazaniom, lecz w obliczu świętości — jeszcze wierzą, jeszcze klękają, jeszcze się modlą. Gdy przechodzi święty, żywy czy zmarły, przychodzą wszyscy…. Diabeł nie lęka się naszych stadionów sportowych, naszych kin; on boi się naszej świętości.  Błogosławię wam. Bądźcie święci»

Symeon Nowy Teolog, Xw., wielki pisarz mistyczny chrześcijańskiego Wschodu

Wielu uważa za błogosławione życie pustelnicze, inni życie we wspólnocie,
a więc cenobityczne, inni zaś sprawowanie rządów, wychowanie, nauczanie, zakładanie kościołów, mówiąc, że to przynosi pożytek duszy i ciału różnych ludzi. Ja natomiast nie przedkładam jednego rodzaju życia nad drugi, ani też nie mówię, że jeden jest godny pochwały, drugi zaś wzgardy. Jakiekolwiek więc są czyny i dzieła, błogosławione jest życie, które prowadzi się dla Boga i według Boga.

Proszę państwa, wszystko zaczęło się od Zwiastowania. Anioł Gabriel przyniósł młodemu dziewczęciu niebywałą wiadomość – propozycję, iż jako dziewica porodzi syna. O czymś takim świat nie słyszał, a Ona odpowiedziała „zgoda”, zupełnie nie wiedząc co Ją dalej czeka.

A Józef – proszę sobie wyobrazić zakochanego młodzieńca, który już po oficjalnych zaręczynach, ale przed ślubem, dowiaduje się, że jego luba spodziewa się dziecka, bez jego udziału.

Obydwoje zawierzyli Bogu i postępowali, i żyli, jak im okoliczności pozwalały, bez żadnej taryfy ulgowej. A teraz ta Rodzina jest dla nas wzorem świętości.

Został nam jeszcze do rozważenia jeden aspekt naszej codziennej świętości, mianowicie do czego nam to jest potrzebne? Po co się o nią starać?  Żyjemy w społeczeństwie i kulturze, które są nastawione bardzo ekonomicznie – każda nasza działalność powinna przynieść określony, całkiem wymierny zysk, im większy tym lepiej. Co więc daje nam świętość, ile na niej możemy zarobić? Jaka z niej korzyść? Na pewno jest w niej silny aspekt metafizyczny, po prostu miłość – jako odpowiedź na Bożą miłość do nas jako ludzkości i do nas indywidualnie, do każdego z nas po imieniu. Ale ten aspekt jest wyczuwalny i wiodący w przypadku niewielkiej liczby osób, to będą najczęściej ci „nobilitowani” święci, Ale my, szara masa, co my z tego mamy?

Pójdźmy po kolei. Nasza świętość to czynienie Bożej woli najlepiej jak potrafimy w każdej chwili, w całym życiu, w domu, w pracy, na spacerze i na ulicy. Jaka jest Boża wola? Chrystus streścił ją dla nas w jednym zdaniu: „abyście się wzajemnie miłowali”. Jeżeli wszystko co czynimy będzie dyktowane wzajemną miłością, nie tą hedoniczną, zdewaluowaną obecnie do zaspokojenia chwilowych pożądań, ale tą pełną, prawdziwą, to zanikną nasze zajadłe spory, kłótnie, wojny, zabójstwa, oszustwa, kradzieże i tyle różnych innych gnębiących nas zjawisk. Święty Paweł w swoich listach wymienia szereg z nich. To oczywiście jest mało wyobrażalne i mało realne w zakresie globalnym. Jest to jednak w zasięgu naszej wyobraźni i naszych możliwości w kręgu najpierw rodzinnym, potem w tym otoczeniu, w którym żyjemy, z którym się stykamy. Jeśli takich osób będzie więcej to i te kręgi dobra się powiększą. A czyż w naszym własnym życiu mało jest miejsca na poprawę uczuć i zachowań w myśl tego wskazania byście się wzajemnie miłowali. Tego nie da się bezpośrednio przeliczyć na dolary, ale będą to bardzo realne i bardzo wartościowe wyniki starań o świętość. Naprawdę warto o nią zabiegać.

Zanim skończymy, poprośmy tego samego Anioła Gabriela, który rozmawiał z Miriam, o pomoc w naszym życiu:

Święty Gabrielu, Archaniele,
który oznajmiłeś zwyklej ludzkiej rodzinie,
że pod jej opiekę odda się Prawdziwy Bóg, Stwórca wszechświata,
I ta rodzina stała się świętym wzorem dla nas wszystkich,
Prosimy Cię, dopomagaj nam w dążeniu do świętości
w warunkach, w których Pan stawia nas w konkretnej chwili i miejscu,
w troskach i radościach naszego dnia codziennego.
Naucz nas kochać świat i ludzi oraz wybaczać wzajemne przewinienia.
Wspieraj i prowadź nas i nasze rodziny do pokoju,
zgody i prawdziwej miłości

Amen.